Smoleńskie dossier w Departamencie Stanu
Z dr Mirą Modelską-Creech rozmawia Piotr Falkowski .
Jakie znaczenie ma dla zwykłych Amerykanów NATO i szczyt Sojuszu w
Chicago?
– Niewielkie. Niedawno prowadzono sondaż w związku z tym wydarzeniem i okazało
się, że większość mieszkańców miasta nie potrafi prawidłowo rozwinąć skrótu NATO
i w ogóle nie wie, co to takiego. Władze miejskie i stanu Illinois robią
wszystko, żeby szczyt był zauważalny, ale specyfika kultury amerykańskiej jest
inna. Po pierwsze, miasta i stany żyją raczej swoim życiem. Kiedy
przeprowadziłam się z Waszyngtonu tu, do Chicago, poszłam do oddziału firmy,
która prowadziła moje rozliczenia podatkowe w poprzednim miejscu. Okazało się,
że nie bardzo wiedzieli, co to takiego Washington DC – sądzili, że chodzi mi o
dzielnicę przy stacji metra Washington w Chicago. Niestety, większość Amerykanów
skupia się na życiu prywatnym i małej wspólnoty. Pochłania ich koszenie trawy,
kibicowanie swojej drużynie sportowej i zimne piwo. Polityka zaś to podatki.
Może trochę wyolbrzymiam, ale tak to mniej więcej jest. Wynika to w dużej mierze
z bardzo małej wiedzy o świecie przekazywanej przez system edukacyjny w USA.
Amerykanie niechętnie rozróżniają liczne państwa i narody w Europie czy Azji. Na
przykład na Azjatów ukuło się ogólne określenie "dot head" – "głowa z kropką",
bo taką mają Hindusi. Ale przecież trudno jest tak kojarzyć Arabów, Chińczyków
czy Japończyków. Tymczasem dla Amerykanina, nawet wykształconego, ci wszyscy są
tylko "dot head". Odróżnia się tylko Meksykanów i tu, w Chicago, Polaków.
Może lepiej byłoby zorganizować szczyt w Waszyngtonie? Tam mieszkają
urzędnicy rządowi, którzy są lepiej zorientowani.
– Myślę, że to skutek układu osobistego. Burmistrz Chicago Rahm Israel Emanuel
był do niedawna szefem administracji w Białym Domu. Prawdopodobnie to on
"załatwił" ten szczyt w swoim mieście. Proszę pamiętać, że poza ogólnym brakiem
zainteresowania zagranicą mamy w USA kryzys finansowy. Tutaj tysiące ludzi
odczuwają załamanie na rynku kredytów hipotecznych. Są wywłaszczani, a ich domy
z wyposażeniem licytowane. To są ludzkie tragedie, przy których trudno myśleć o
Europie.
Ale Chicago to też miasto "polskie".
– Niestety, brak zainteresowania sprawami zewnętrznymi dotyczy też społeczności
polskiej w USA, której łatwo udzielił się amerykański prowincjonalizm. Polacy na
przykład bardzo rzadko głosują. Myślę, że polskość Chicago nie będzie miała
wpływu na przebieg obrad.
Ten prowincjonalizm zapewne rzutuje na priorytety polityki zagranicznej?
Przecież politycy muszą prezentować się w wyborach.
– Skoro Amerykanie nie interesują się jakimikolwiek krajami na świecie, to i
kwestie międzynarodowe nie mają takiego znaczenia w kampanii wyborczej. Jedynie
ci obywatele Stanów Zjednoczonych, którzy są świadomi swoich korzeni za granicą,
interesują się krajami pochodzenia. A więc Irlandczycy, Żydzi, trochę Niemcy czy
Włosi. I ich postulaty są jakoś uwzględniane w programach politycznych, ale
tylko o tyle, o ile silne i wpływowe są te społeczności narodowe. Do tego
dochodzi jeszcze jeden czynnik mentalności amerykańskiej. Tutaj nie lubi się
rzeczy smutnych, bólu, martyrologii. Stąd tak trudno przebić się z polskimi
problemami, takimi jak Katyń, Syberia, powstania. Wyjątkiem jest holokaust,
który jest ciągle przypominany i wszędzie upamiętniany. Z tym że to efekt siły
przebicia Żydów amerykańskich, a nie naturalna skłonność.
Jak się wykuwa obecnie strategia polityczna w Stanach Zjednoczonych?
– Elita amerykańska w ostatnich dziesięcioleciach zmieniła się na gorsze.
Politycy byli kiedyś naprawdę doskonałymi ekspertami. Na przykład Jimmy Carter
ukończył Akademię Marynarki Wojennej. On doskonale znał się na obronności. A
mniej więcej od czasów Clintona zaczyna decydować tzw. networking. To znaczy, że
ludzie w jakiś sposób zaprzyjaźnieni, znający się typują na wszystkie stanowiska
osoby z własnego grona, czyli sieci (ang. network), z coraz mniejszym uznaniem
dla kompetencji. Stąd ludzie na najwyższych stanowiskach już nie decydują, nie
mają pomysłów, strategii, ale za to wywodzą się z odpowiedniego towarzystwa.
Mówi się o nich "big boys network" (sieć dużych chłopców). Oczywiście do
prawdziwej dyplomacji potrzeba specjalistów, technokratów, których się
wynajmuje, płaci, i oni wykonują swoją pracę. Ale rządzą "big boys". Łatwo sobie
wyobrazić, jak oni rządzą i jakie ma to konsekwencje dla kraju. Jednakże "big
boys network" jest bardzo efektywną strukturą do zdobycia i utrzymania władzy.
Gorzej z wypracowaniem strategii politycznej, o którą pan pyta.
Oznacza to poważny kryzys przywództwa.
– Powiem o jeszcze jednej ważnej właściwości amerykańskiego ducha. Otóż tutaj
panuje przekonanie, że wszyscy ludzie są wszędzie tacy sami i chcą tego samego,
co Amerykanie. Także Chińczycy, Irakijczycy itd. Wszyscy wiemy, do czego to
prowadzi. Na przykład do tego, że jak ktoś okazuje się inny, to nie szuka się
tego przyczyn, tylko wysyła do wojska. Uważają chyba, że skoro takim talibom nie
odpowiada amerykański styl życia, to chyba nie są ludźmi. Mówię o tym dlatego,
że taka ekspansja kulturowa i cywilizacyjna kształtuje politykę USA.
Mówiła Pani, że Amerykanów nie interesują rzeczy smutne, tragedie. Może
dlatego tak trudno się tu przebić z wątpliwościami wokół katastrofy smoleńskiej.
– Tak, ale to nie wszystko. Dla Stanów Zjednoczonych Polska jest tylko pionkiem
w grze. Takim kanarkiem, którego się w odpowiednim momencie wyciąga z rękawa.
Oczywiście, że samoloty z prezydentami nie spadają przypadkowo. Ale to, czy ten
fakt zostanie wprowadzony do agendy relacji międzynarodowych, zależy od rozwoju
sytuacji w zupełnie innych obszarach. W ostatnim czasie dwie osoby będące
znacznymi autorytetami w Partii Demokratycznej, mianowicie Zbigniew Brzeziński i
Madeleine Albright, w swoich wystąpieniach poruszają kwestię napięcia wokół
Iranu. Oboje zapewniali, że USA nie będą i nie chcą zbrojnie interweniować w
Iranie. Mówili o tym bardzo kategorycznie. Owszem, wszelkie metody pokojowe
należy wykorzystywać, ale nie wojskowe. Z drugiej strony Izrael prze do wojny z
Iranem i ma poparcie różnych kręgów amerykańskich. To o to chodzi w polityce
USA. Ameryka będzie broniła Polski nie wtedy, gdy ta będzie naprawdę w
potrzebie, ale gdy to będzie w interesie USA. Mocarstwa używają małych państw do
tego, żeby za ich pośrednictwem się "szczypać" (pinch) – regulować napięcie
konfliktu politycznego. Możliwe, że do takiego celu zostanie użyta i katastrofa
smoleńska. Na pewno obszerne dossier na ten temat leży w Departamencie Stanu i
czeka na właściwą okazję. Tylko że w rozgrywce o Iran USA nie potrzebują
zwiększać napięcia, a już na pewno nie z Rosją. Więc to nie jest moment na
wyciąganie akurat tego kanarka z rękawa.
Dziękuję za rozmowę.
Mira Modelska-Creech pracowała w latach 1977-1993 w Białym Domu, m.in.
jako tłumacz języka polskiego i rosyjskiego podczas spotkań na najwyższym
szczeblu. Jest z wykształcenia pedagogiem, socjologiem i ekonomistą. Jest także
poetką. Mieszka w Chicago.
