Rynki z nosem na kwintę

Cięcia budżetowe zapowiedziane przez główne gospodarki świata
odbijają się na giełdach spadkiem indeksów i gorączkowym poszukiwaniem
przez inwestorów jakiejkolwiek „ostoi wartości” dla swoich kapitałów.
Wczoraj doszło do silnego tąpnięcia na nowojorskiej giełdzie, a na
warszawskim parkiecie klęską inwestorów skończył się debiut Tauronu.

Decyzja
najbogatszych krajów świata o zakończeniu akcji pompowania publicznych
pieniędzy w dotkniętą kryzysem światową gospodarkę i rozpoczęciu
redukcji deficytów budżetowych zaczyna zbierać żniwo na rynkach
finansowych przerażonych widmem powrotu recesji. Podczas spotkania G8
przywódcom europejskim udało się przekonać do przykręcenia finansowego
kurka także Stany Zjednoczone. We wtorek przed północą agencje doniosły o
silnym tąpnięciu na nowojorskiej giełdzie. Indeks Standard and Poor’s
500 spadł o 3,1 proc., do najniższego poziomu w tym roku. Ponad 2,6
proc. stracił Dow Jones Industrial, uznawany za „termometr koniunktury
amerykańskiej gospodarki”. Rynki się obawiają, że odcięcie dopływu
środków publicznych do globalnej gospodarki i ograniczenie publicznych
inwestycji nie zostanie zrekompensowane wzrostem aktywności sektora
prywatnego, który dotąd dzięki pomocy rządów jakoś utrzymywał się na
powierzchni. To zaś oznacza groźbę technicznej recesji.
Fala spadków
przepływa przez światowe giełdy. Głośno zapowiadany debiut Tauronu,
polskiego energetycznego giganta, na warszawskiej GPW pomimo wyjątkowo
niskiej, bo „wyborczej” ceny emisyjnej – 57 groszy za akcję – zaraz po
otwarciu zakończył się spadkiem kursu i stratami dla kilkuset tysięcy
inwestorów indywidualnych. Historyczne minima odnotowuje indeks
japońskiej giełdy NIKKEI.
– Sytuacja jest niecodzienna: z jednej
strony spadek NIKKEI, z drugiej – umacnianie się jena, i to pomimo
panującej w Japonii deflacji (spadku cen). To oznacza, że inwestorzy
uciekają przed niepewnym dolarem i euro w jeny, chcąc ochronić kapitał.
Ale – co charakterystyczne – nie wchodzą na tokijską giełdę, czyli
przewidują dalsze spadki. To zapowiedź pogłębienia kryzysu… –
komentuje Jerzy Bielewicz, finansista, szef Stowarzyszenia „Przejrzysty
Rynek”. Inwestowanie w jena można, jego zdaniem, odczytywać jako akt
rozpaczy, poszukiwanie jakiejkolwiek ostoi wartości w sytuacji, gdy
wszystkie walory tracą. Podobną rolę w Europie spełnia obecnie frank
szwajcarski, który po wypowiedzi przedstawiciela banku centralnego, iż
ustała obawa deflacji, poszybował w górę wobec euro, dolara i
pozostałych walut. Tradycyjnym sejfem dla inwestorów pozostaje
oczywiście od początku kryzysu złoto, którego ceny rosną nieprzerwanie.
Obawy
inwestorów przed drugą falą załamania gospodarczego potwierdzają
doniesienia mediów. Wczoraj brytyjski „Guardian” podał, że oszczędności
budżetowe rządu Davida Camerona uderzą najmocniej w sektor prywatny,
pozbawiony rządowych zamówień. Cięcia zaprojektowane w brytyjskim
budżecie sięgają 25 proc. wydatków w ciągu najbliższych 5 lat. Według
gazety, oznacza to utratę 1,3 mln miejsc pracy, zaś liczenie na to, że
odtworzy je sektor prywatny, jest w aktualnej sytuacji pozbawione
podstaw.
Także z rynku pracy w USA dotarły wczoraj bardzo złe
informacje. Sektor prywatny wykreował w ostatnim miesiącu jedynie 14
tys. miejsc pracy wobec oczekiwanych 60 tysięcy. Będzie to oznaczać
dalszy spadek indeksów.
Czy wobec tego cięcia nie są przedwczesne?

Moim zdaniem, są spóźnione o rok. Przez ten rok nastąpił gwałtowny
wzrost zadłużenia wszystkich kluczowych gospodarek świata. Pierwsze
pakiety pomocowe były uzasadnione, ale powinien im towarzyszyć plan
uzdrowienia sektora finansowego i finansów publicznych. To podtrzymałoby
kondycję realnej gospodarki. Niestety, tak się nie stało – zauważa
Jerzy Bielewicz.

Małgorzata Goss

drukuj