Rosyjski łącznik
Z Anną Zechenter, autorką książki "KGB gra w szachy", rozmawia Małgorzata
Rutkowska
Po lekturze Pani pasjonującej książki jedno nie ulega wątpliwości: istnieje
continuum, jeśli chodzi o politykę Związku Sowieckiego i Rosji wobec Zachodu,
zwłaszcza Europy. Na ile więc aktualny jest przywołany w jednym z esejów projekt
duchowego podboju świata cywilizacji zachodniej przez Moskwę, przedstawiony
przez byłego agenta KGB, Biezmienowa?
– Rosyjska polityka wobec Zachodu jest kontynuacją sowieckiej, bo za cel stawia
sobie, podobnie jak sowiecka, zdominowanie całej Europy. Rosjanie są przy tym
elastyczni: w tym procesie nieporównanie większą niż kiedyś rolę odgrywa
ekonomia – o stopniowym wykupywaniu zachodnich firm przez związanych z Putinem
miliarderów wciąż donosi prasa. Opisana przez Biezmienowa metoda rozkładu świata
zachodniego stwarza Moskwie warunki dla takich działań, niszczy bowiem wartości,
na których została ufundowana cywilizacja zachodnia. Jesteśmy w stanie
zweryfikować jego opis etapu pierwszego – demoralizacji Zachodu i udziału w tym
procesie tzw. pożytecznych idiotów, a także analizę etapu drugiego, czyli
destabilizacji poprzez "politykę odprężenia", kontakty handlowe z Moskwą oraz
penetrację nowoczesnych technologii. To widzieliśmy i widzimy na własne oczy. A
który etap destrukcji teraz obserwujemy: czy jeszcze destabilizację, czy już
ostateczny kryzys ekonomiczny, trudno odpowiedzieć, ponieważ nie sposób ogarnąć
równocześnie wszystkich zjawisk o charakterze globalnym. Mam wrażenie, że proces
duchowego rozkładu Zachodu przybiera odmienne tempo w różnych krajach – jego
przebieg zależy przecież od ogromnej ilości czynników. Istnieje jednak wiele
przesłanek, by twierdzić, że Biezmienow doskonale wiedział, co mówi – miał
ogromną wiedzę, którą zdobył podczas szkolenia dla wybranych agentów z pierwszej
linii obracających się za granicą.
Gwoli uzupełnienia: tenże Biezmienow – nazwisko sugeruje, że mamy do czynienia z
pseudonimem – pojawiał się w zachodnich mediach również jako Thomas Schuman.
W jakim segmencie władzy dostrzega Pani szczególną ciągłość między sowiecką
Rosją a dzisiejszą, odwołującą się do tradycji imperialnych, w jej nastawieniu
wobec Zachodu?
– Ciągłość polityce rosyjskiej zapewnia rządząca obecnie ekipa Putina, złożona
ze spadkobierców sowieckich służb specjalnych. Czy ludzie, których ukształtował
system sowiecki, mogliby wyjść poza swoją własną przeszłość? W ich interesie
jest rządzenie sowieckie i sowiecka polityka wobec innych krajów, zwłaszcza
"bliskiej zagranicy" – czego przykłady od czasu do czasu oglądamy, np. gdy
służby moskiewskie dokonują ataku na system informatyczny Estonii.
Periodyki MSW: "Służby Wnieszniej Razwiedki", "Specnaz Rossiji", "Czekist", "Nowosti
Razwiedki i Kontrrazwiedki", a także gazety codzienne, od kilku lat drukują
panegiryki ku czci "czekistów" – znanych sowieckich szpiegów, czego przykłady
znajdują się w książce "KGB gra w szachy". Gdy Putin odsłaniał pomnik szefa KGB
Jurija Andropowa, powiedział, że sowieckie organy bezpieczeństwa "zawsze broniły
interesów ludu". Można przytoczyć mnóstwo przykładów odwoływania się przez
dzisiejsze władze do tradycji sowieckich – to jednak temat obszerny,
wykraczający poza ramy tej rozmowy.
Zamiast nazwania po imieniu i rozliczenia niezliczonych zbrodni sowieckich
komunistów tandem Putin – Miedwiediew zadekretował odgórnie "destalinizację"
Rosji. Czy władza, która w 80 proc. składa się z funkcjonariuszy służb
specjalnych, wywodzących się z KGB, jest zdolna zmierzyć się z prawdą o
ludobójczym systemie? Jak tę operację "destalinizacji" należy odbierać? Kolejna
"maskirowka" czy dezinformacja? Czemu ma służyć?
– "Destalinizacja" jest bardzo pożytecznym mitem. Tak zwany stalinizm był w
rzeczywistości, by użyć języka marksistowskiego, najwyższą formą komunizmu.
Josip Wissarionowicz Dżugaszwili był wiernym następcą Lenina we wprowadzaniu
terroru na niespotykaną skalę. Tak zwany okres stalinowski nie stanowił – jak
usiłowała wmówić nam propaganda sowiecka, a teraz czyni to rosyjska –
"wypaczenia" idei marksistowskiej czy – mówiąc kolokwialnie – "wypadku przy
pracy". Do stałego repertuaru sowieckich i rosyjskich następców Stalina należy
obwoływanie go zbrodniarzem. Co złe, to stalinowskie – w odróżnieniu, rzecz
jasna, od posunięć Chruszczowa, Breżniewa czy Andropowa.
Masowy terror stalinowski nie wziął się z odrzucenia leninizmu, lecz był jego
naturalną konsekwencją. Warto zacytować w tym kontekście za Richardem Pipesem
słowa Marksa: "Teraźniejsze pokolenia przypominają Żydów, których Mojżesz wiódł
przez pustynię. Muszą one nie tylko zdobyć nowy świat, lecz także w tej walce
zginąć, aby dać miejsce tym, którzy odpowiadać będą jego wymaganiom". A czymże
innym niż "ludem wiedzionym przez pustynię" byli współpracownicy Lenina, którzy
uczestniczyli w zorganizowaniu i przeprowadzeniu puczu, a później w budowaniu
państwa sowieckiego? Zdobyli "nowy świat" i naturalną koleją rzeczy musieli
odejść. Nie jest prawdą, że Stalin "wypaczył" ideologię
marksistowsko-leninowską. Właśnie Lenin zmusił partię do przyjęcia rezolucji
zakazującej tworzenia frakcji – rezolucji, która dała później Stalinowi podstawę
do mordowania konkurentów.
Łagry zaczął zakładać Lenin, a na rozpętanie masowego terroru po prostu nie
starczyło mu czasu. System terroru powszechnego, uderzającego na ślepo w
zwykłych obywateli, paraliżował całe społeczeństwo strachem i pomógł
wyeliminować potencjalnych wrogów komunizmu. Miał również i tę zaletę, że
pozwalał utrzymać się przy władzy ludziom niemającym pojęcia o rządzeniu
państwem.
Elementem procesu destalinizacji ma być "zrehabilitowanie" ofiar zbrodni
katyńskiej…
– Może Rosjanom należy przypomnieć, że polscy oficerowie nie byli przestępcami –
a rehabilituje się przestępców. Nasuwa się pytanie, czy tę "rehabilitację"
przeprowadzać powinni rządzący Rosją spadkobiercy NKWD. Można odnieść wrażenie,
że zbrodnia na polskich oficerach traktowana jest przez obecne władze rosyjskie
instrumentalnie: raz ogłaszają, że za Katyń odpowiada NKWD, a potem, że "sprawa
katyńska" jest niejasna. I to jest polityka dezorientowania zarówno polskich
władz, jak i społeczeństwa.
Poza tym władze rosyjskie zdają się nie pamiętać, że na podstawie decyzji
Biura Politycznego WKP(b) z 5 marca 1940 roku wymordowano nie tylko oficerów z
trzech obozów jenieckich, ale i ponad siedem tysięcy polskich więźniów.
Zapominają też o operacji polskiej NKWD, która pochłonęła w 1938 roku życie 111
tysięcy Polaków, pozostałych na terytorium sowieckim po pokoju ryskim. Czy ich
też będzie się "rehabilitować"?
– Należy jednak pamiętać, że w latach 2005-2006 z wnioskami o rehabilitację
zwróciło się do strony rosyjskiej ponad pięćdziesięciu krewnych ofiar. O powody
takiego posunięcia należałoby spytać właśnie ich – może tylko taka procedura
jest możliwa?
Z drugiej strony, kto powinien wystawić Zachodowi rachunek za wysługiwanie
się Związkowi Sowieckiemu w latach zimnej wojny? Jak to się stało, że możliwa
była współpraca agenturalna czołowych polityków RFN z czekistami?
– Niestety, nie ma kto wystawić takiego rachunku. I nikt go nigdy nie wystawi,
bo między Zachodem a Rosją powstał już system silnych powiązań politycznych i
ekonomicznych.
Dokładnych okoliczności towarzyszących rozpoczęciu powojennej współpracy
polityków zachodnioniemieckich z KGB nie znamy. A jeśli chodzi o przyczyny, to
akurat w przypadku RFN łatwiej je wskazać niż w przypadku innych państw
zachodnich: bogate tradycje lewicowe, socjaldemokratyczne i komunistyczne – by
wspomnieć Różę Luxemburg, Karla Liebknechta, rewoltę w Berlinie w 1919 roku i
powstanie Bawarskiej Republiki Rad. Drugim czynnikiem sprzyjającym współpracy
musiało być istnienie drugiego państwa niemieckiego – zakładnika pod sowiecką
okupacją. Kontakty ułatwiało np. wydobywanie za pieniądze ludzi z enerdowskich
więzień. Większą wagę nadawałabym jednak niemieckiej słabości do Rosjan,
sięgającej co najmniej przełomu XIX i XX wieku.
Rozprawia się Pani z wieloma mitami i kłamstwami na temat komunistycznych
służb specjalnych, zwłaszcza z tzw. obaleniem komunizmu. Dlaczego prawda o
decydującej roli KGB i kompleksu wojenno-przemysłowego w transformacji
ustrojowej 1989 r. tak słabo przebija się do świadomości społecznej?
– Bo, po pierwsze, prawda uderza w tych, którzy uważają, że "obalili komunizm".
Po wtóre, scenariusz uwzględniający zasadniczy wpływ służb na transformację
uzasadnia wpływ tych służb na sytuację wewnętrzną w krajach tzw.
postkomunistycznych. Po trzecie, przebieg zmian inspirowanych z Sowietów
wyjaśnia politykę grubej kreski, którą prowadzono przecież nie tylko w Polsce,
ale we wszystkich krajach bloku, łącznie z Niemcami. Po czwarte zaś, przyjęcie
tego scenariusza odbiera zasługi środowiskom opozycyjnym, które zasiadały przy
"okrągłych" i innych stołach z komunistami, przepijając do siebie nawzajem.
Nawet jeśli środowiska te kierowały się wówczas przekonaniem, że koncesje na
rzecz władzy dadzą szanse poszerzenia sfery wolności oraz niepodległości, to
szansy tej nie wykorzystały – trzymały się uporczywie ustaleń z władzą.
Kiszczak miał dość czasu na zniszczenie ogromnej ilości akt, zarówno własnych
ludzi, jak i tajnych współpracowników. W Niemczech, stawianych zazwyczaj za wzór
dekomunizacji, chadecja porozumiała się z Moskwą i szef wywiadu Markus Wolf
dostał czas do stycznia 1990 roku na "likwidację" resortu – nikt go przy tym nie
kontrolował, a zniknięcie pewnych dokumentów leżało w interesie obu stron:
komunistycznych Niemiec oraz Republiki Federalnej, ponieważ pozwoliło- wprawdzie
tylko na jakiś czas – ukryć różne sprawy, które można interpretować jako
współpracę, np. ratowanie NRD milionami zachodnich marek, przekupstwa
deputowanych do Bundestagu przez Stasi, przekazywanie informacji między
socjaldemokratami zachodnioniemieckimi a KGB tzw. kanałem Kieworkowa…
Czy fakt, że scenariusz przemian był napisany w Moskwie, przesądził o tym, że
w Polsce nie zastosowano opcji zero w służbach specjalnych po 1989 roku? Jak
wyglądałoby dziś nasze państwo, gdyby zdecydowano się na ten wariant?
– Tego nie wie nikt, bo nigdzie takiego wariantu nie zastosowano. Najbliższe
opcji zerowej są, jak się zdaje, Czechy, gdzie pierwszą ustawę lustracyjną
uchwalono w październiku 1991 roku, przed podziałem Czechosłowacji na dwa
państwa. Zamykała ona drogę do parlamentu, na wyższe urzędy państwowe – przede
wszystkim do ministerstw spraw wewnętrznych oraz obrony – ale i do mediów
funkcjonariuszom i tajnym współpracownikom StB, działaczom partyjnym wyższego
szczebla na pięć lat. Nie było to całkowite wyeliminowanie agentury z życia
publicznego, bo zostawiło możliwość powrotu po pięciu latach. Trudno zresztą
porównywać oba te kraje z racji wielkości Polski, a co za tym idzie,
nieporównywalnie większej skali problemu. Nie mówiąc o różnicach politycznych,
które w skrócie można opisać stwierdzeniem, że prezydentem Czechosłowacji został
prześladowany opozycyjny pisarz Vaclav Havel, a prezydentem Polski – Jaruzelski.
Zazwyczaj jako przykład opcji zerowej traktuje się Niemcy…
– Trudno się z tym zgodzić. Sytuacja była po zjednoczeniu dość szczególna,
ponieważ establishment zachodni był powiązany z władzami NRD, więc lustrację
wprawdzie przeprowadzono, ale wybiórczo. Skandal wokół osoby Gregora Gysiego,
czołowego polityka lewicy, od 2005 roku przewodniczącego frakcji parlamentarnej,
zaś w czasach NRD adwokata znanego w kręgach Stasi jako "Notariusz", pokazuje,
że niektórzy agenci nadal działają w polityce. Po wcieleniu NRD do Niemiec byli
opozycjoniści oskarżali Gysiego, a ich zarzuty potwierdziła w maju 1998 roku
parlamentarna Komisja ds. Immunitetów. Ale jeszcze w tym samym roku Sąd Krajowy
w Hamburgu zakazał mówienia i pisania o tym, że Gysi "szpiclował". Również w
1998 roku Niezależna Komisja ds. Zbadania Majątku SED i innych organizacji
masowych w NRD zarzuciła mu wyprowadzenie ogromnego majątku SED, 107 milionów
marek zachodnich do Sowietów w 1989 roku. Za pośrednictwem KPZS trafiły one na
konta moskiewskiej firmy Putnik. "Notariusz" osobiście dopilnował całej operacji
na miejscu, w stolicy ZSRS. Gdy wybuchła związana z tymi pieniędzmi afera,
twierdził, że w 1989 roku zwracał sowieckim komunistom stare długi. Czołowy
polityk lewicy, spadkobierczyni SED, jest od 2005 roku przewodniczącym frakcji
parlamentarnej. Przed usunięciem z życia politycznego uchronił Gysiego brak w
archiwach podpisanego przezeń zobowiązania do współpracy. W maju 2008 r.
Marianne Birthler, ówczesna pełnomocnik rządu ds. Akt Stasi, odpowiednik prezesa
IPN, powtórzyła w publicznej telewizji ZDF: "Nie ma wątpliwości, Gregor Gysi był
tajnym współpracownikiem Stasi. Dobrowolnie i świadomie przekazywał informacje o
swoich klientach".
Nie można zaprzeczyć, że udało się wyeliminować niektórych IMB – tajnych
współpracowników rozpracowania, czyli agentów wpływu, znanych w NRD z pięknej
opozycyjnej karty. Należał do nich Lothar de Maiziřre, "Czerny", który po
pierwszych wyborach do Bundestagu zjednoczonych Niemiec w październiku 1990 roku
został wiceprzewodniczącym CDU – drugą osobą po kanclerzu Helmucie Kohlu. Wszedł
także do rządu Kohla jako minister do spraw specjalnych. Nie udało się ukryć
przeszłości Wolfgangowi Schnurowi "Torstenowi", który wraz z innymi
opozycjonistami założył w chwili upadku NRD partię Demokratyczny Przełom i
został jej przewodniczącym. W grudniu 1989 r. zasiadał za enerdowskim "okrągłym
stołem" i był najpoważniejszym kandydatem na stanowisko pierwszego premiera
"odnowionej" NRD. Jego teczka została odkryta jeszcze przed wyborami.
A czy ktoś po zjednoczeniu Niemiec został skazany za działalność szpiegowską
na rzecz NRD?
– Markus Wolf, wieloletni szef Głównego Zarządu Wywiadu przy Ministerstwie
Bezpieczeństwa Państwa, stanął w 1990 roku przed sądem razem z kilkoma innymi
wysokimi funkcjonariuszami wschodnioniemieckiego wywiadu, został w 1993 r.
uznany za winnego działalności szpiegowskiej przeciwko RFN i skazany na sześć
lat więzienia. O dalszym losie Wolfa oraz wielu jego towarzyszy przesądziło
Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z maja 1995 roku, uznające, że byłe
kierownictwo Stasi nie może być sądzone za nadzorowanie działalności
szpiegowskiej przeciwko Zachodowi w okresie zimnej wojny, ponieważ działało
zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem. Nie doszło przecież do "delegalizacji"
NRD i uznania jej władz za organizację zbrodniczą, bo nie leżało to w niczyim
interesie. Trybunał uznał w tej sytuacji, że obowiązywać musi prawo symetrii:
ponieważ nie sądzi się szpiegów RFN, nie można skazywać agentów enerdowskich.
A szef SED Erich Honecker, który w sierpniu 1960 roku wydał rozkaz strzelania
do uciekinierów z NRD?
– Nie odpowiedział za ani jeden przypadek śmierci. Natomiast Ericha Mielkego, od
1957 roku szefa Stasi, odpowiedzialnego za wypełnianie tego rozkazu, udało się w
końcu skazać na sześć lat więzienia za morderstwo na dwóch policjantach w 1931
roku. Nie mamy pojęcia, ilu szpiegów Wschodu przejęły wywiady zachodnioniemiecki
czy amerykański. I pewnie nigdy się tego nie dowiemy. A mówimy tu o ludziach
niezwykle pożytecznych, wyszkolonych, znających wiele tajemnic.
KGB nie tylko gra w szachy, ale również prowadzi wielką politykę, pilnuje
interesów ekonomicznych sowieckiego imperium, korumpuje polityków z najwyższej
półki, manipuluje opinią publiczną. Jaka była rola tzw. nielegałów w tej
działalności? Sprawa Anny Chapman i grupy rosyjskich szpiegów wydalonych w
ubiegłym roku z USA pokazuje, że ta historia wcale się nie skończyła?
– Nielegałowie, czyli oficerowie sowieckiego wywiadu pracujący poza granicami
ZSRS, zgodnie z rygorystycznymi zasadami: w głębokiej konspiracji, bez kontaktu
z sowieckimi placówkami dyplomatycznymi, pod fikcyjnymi nazwiskami, ze
zmyślonymi życiorysami i obywatelstwem obcego kraju. Szkolenie nielegała trwa,
jak twierdzi były szef rumuńskiej bezpieki Ion Pacepa, od trzech do ośmiu lat i
jest żmudne. Zazwyczaj znają język kraju przeznaczenia, bo wybiera się ludzi
urodzonych w mieszanych małżeństwach lub na emigracji, muszą jednak perfekcyjnie
"nauczyć się" innego kraju, by nie wzbudzać tam podejrzeń. Ich zadanie wymaga
wtopienia się w otoczenie w celu spełnienia jakiegoś zadania.
Nie wiem, czy akurat Anna Chapman i pozostali zatrzymani w USA w 2010 roku
Rosjanie byli nielegałami. Zazwyczaj Rosjanie przyznają się tylko do agentów
pracujących pod tzw. oficjalnym przykryciem, najczęściej dyplomatycznym.
Schwytani na gorącym uczynku nielegałowie są sądzeni za działalność szpiegowską
jako zdrajcy kraju, którego obywatelstwo noszą. Część zatrzymanych w ubiegłym
roku nie ukrywała ani swojego pochodzenia, ani związków z Rosją – to jest
zachowanie niezgodne z zasadami.
Era wielkich nielegałów, takich jak Arnold Deutsch, Dmitrij Bystroletow, Moisiej
Akselrod czy Richard Sorge, przypada na lata przed II wojną światową. Zdobywali
oni szyfry i cenne dokumenty, werbowali najzdolniejszych studentów zachodnich –
zwłaszcza brytyjskich – uniwersytetów. Później do historii przeszedł William
August Fisher, znany jako Emil Robert Goldfus, oraz Rudolf Abel, pułkownik KGB,
szef nielegalnych siatek szpiegowskich w USA, aresztowany za szpiegostwo atomowe
w USA w 1957 roku.
Ale nie trzeba szukać przykładów w odległej przeszłości w Stanach. Przecież
właśnie zaczyna się proces lustracyjny Tomasza Turowskiego, do niedawna
ambasadora tytularnego RP w Moskwie. Instytut Pamięci Narodowej skierował do
sądu wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego w związku z wątpliwościami
co do zgodności z prawdą jego oświadczenia. IPN podejrzewa, że zataił on
informację o swojej szpiegowskiej przeszłości. W grudniu 2010 r.
"Rzeczpospolita" poinformowała, że Turowski od połowy lat 70. działał pod
pseudonimem "Orsom" jako wtyczka komunistycznego, czyli sowieckiego, wywiadu w
Watykanie. Oprócz meldunków z Rzymu przekazywał też informacje o opozycji w
Polsce i przeciwnikach komunizmu we Włoszech i Francji. Do dyplomacji III RP
trafił w 1993 roku. Był jednym z głównych organizatorów wizyty Lecha
Kaczyńskiego w Katyniu jako łącznik między MSZ a ówczesnymi urzędnikami
Kancelarii Prezydenta. 10 kwietnia był na lotnisku w Smoleńsku, kiedy doszło do
katastrofy prezydenckiego samolotu.
W 2009 r. ABW poinformowała o schwytaniu w Polsce rosyjskiego szpiega o polsko
brzmiącym nazwisku. Kontaktował się on bezpośrednio z centralą GRU, a w jego
mieszkaniu znaleziono sprzęt do tajnej łączności. Rosjanin mieszkał w Polsce od
ponad 10 lat. Prowadził tu swoją firmę, która zajmowała się m.in. handlem
celownikami optycznymi do karabinów myśliwskich. W grudniu 2010 r. został
skazany na trzy lata więzienia za szpiegostwo na rzecz Rosji.
Jakie tajemnice komunistycznych specsłużb mogą jeszcze kryć archiwa Stasi?
Czy w wystarczającym stopniu przebadano niemieckie zasoby pod kątem inwigilacji
Watykanu, zamachu na Jana Pawła II, zabójstw księży w latach 80. w Polsce?
– Z doświadczenia wynika, że w archiwach Stasi wciąż jeszcze odnajdywane są
ważne dokumenty – w 2010 r. odkryto serię meldunków dowodzących, że w sierpniu
1961 r., kiedy władze NRD przecięły Berlin murem, Zachód błyskawicznie pogodził
się z nowym porządkiem rzeczy i nie zamierzał – mimo ostrych oficjalnych
protestów – kiwnąć palcem w obronie miasta.
Trudno mi oceniać stan polskich badań nad archiwaliami byłego Stasi, jestem
jednak pewna, że nie przeprowadzono szczegółowej kwerendy dotyczącej
wspomnianych przez panią spraw. Berlińskie archiwum zawiera ogromne zbiory,
które musiałyby zostać dokładnie i systematycznie zbadane przez grupę polskich
historyków oraz archiwistów. O tym, że warto tam poszukać głębiej, niech
świadczy głośna w 2002 r. sprawa raportu MSW PRL o stanie bezpieczeństwa państwa
sporządzonego w 1984 r. na polecenie Moskwy. Otóż jego pierwsza wersja,
przygotowana do druku w 1992 r. przez Jana Widackiego pod tytułem "Czego nie
powiedział generał Kiszczak", okazała się po dziesięciu latach tylko jednym
rozdziałem z całości. Wojciech Sawicki dotarł do pełnego raportu – złożonego z
siedmiu rozdziałów – podczas dokładnych poszukiwań w archiwach byłego Stasi i
opublikował go w 2002 r. pod tytułem "Raport Kiszczaka dla Moskwy". Zatem
niedostępny w Polsce raport znalazł się w Berlinie, zdobyty "metodami
operacyjnymi", czyli poza wiedzą Kiszczaka, przez enerdowską Grupę Operacyjną
Stasi "Warszawa", która działała w Polsce, co należy podkreślić, jeszcze w
początkowym okresie rządów Tadeusza Mazowieckiego. IPN wydał zbiór dokumentów
"Przed i po 13 grudnia", zawierający – obok archiwaliów innych służb bloku
wschodniego – dużo materiałów Stasi dotyczących "Solidarności" i stanu
wojennego. Pojedyncze dokumenty wydawał Tomasz Mianowicz w paryskiej "Kulturze",
a także nieistniejący już "Czas Krakowski" w 1994 roku.
Może są w Berlinie świadectwa inwigilacji Watykanu, zamachu na Jana Pawła II czy
zabójstw księży w latach 80., ale nie sposób o tym przesądzać bez szczegółowych
badań.
Norymberga II pozostaje wciąż postulatem, ale prawdziwy koniec komunizmu musi
nastąpić. Jak długo jednak będziemy odczuwać jego skutki? Czy lewicowe salony
zdobędą się na potępienie najbardziej zbrodniczego systemu?
– O potępieniu komunizmu przez jakąś instytucję ponadpaństwową – bo o takiej,
jak rozumiem, pani mówi – nie ma co marzyć. Co się zaś tyczy salonów, to też nie
widzę szansy na taką rewolucyjną zgoła przemianę. Salony mogą zresztą wygłaszać
jakiekolwiek opinie, ale decydować będą twarde interesy, na które środowiska
lewicowych pisarzy, historyków itp. nie mają najmniejszego wpływu.
Odwoływanie się do procesów norymberskich i żądanie Norymbergi II dla
komunistów, często zgłaszane np. przez znanego rosyjskiego dysydenta i pisarza
Władimira Bukowskiego, nie wydaje się sensowne. Mówię to z całym szacunkiem dla
najwybitniejszego żyjącego rosyjskiego krytyka komunizmu oraz zachodniej lewicy.
Norymberga nie może być wzorem czy modelem, bo tam po stronie oskarżycieli stali
– za przyzwoleniem Zachodu – sowieccy zbrodniarze. W konsekwencji Norymberga
oczyściła Sowiety, a niewiele brakowało, by na wniosek moskiewskiej prokuratury
Niemców sądzono za zbrodnię katyńską.
Rozliczenie systemu komunistycznego nie leży w niczyim interesie, a już na pewno
nie rządów zachodnich, które współpracowały i współpracują z Moskwą. Niejeden
polityk mógłby stracić twarz – jestem przekonana, że kontakty
zachodnioniemieckich socjaldemokratów z komunistyczną partią NRD to tylko
wierzchołek góry lodowej.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Zechenter – germanistka, działaczka Studenckiego Komitetu Samoobrony
(1977-1980), publicystka. Obecnie pracownik Oddziału IPN w Krakowie. W 2010 r. w
wydawnictwie Arcana wydała książkę "KGB gra w szachy" – zbiór poszerzonych
szkiców z cyklu "Nieprzedawnione" publikowanych w "Dzienniku Polskim" w
Krakowie, a także artykułów zamieszczonych w "Arcanach" oraz wydawnictwach IPN.
