Rosyjska sieć
dziś na Zachodzie. Oleg Gordijewski, były pułkownik KGB i były agent
wywiadu brytyjskiego, twierdzi, iż w samych tylko Stanach Zjednoczonych
przebywa legalnie około 400 Rosjan zajmujących się zbieraniem informacji
dla służb specjalnych i około 50 zakonspirowanych par małżeńskich. Część
z nich to prawdopodobnie "uśpieni" agenci sowieccy, których przydatność
stoi dziś pod znakiem zapytania, ale nawet i tacy mogą w sprzyjających
warunkach zostać przebudzeni. Rzecz w tym, iż struktury dzisiejszych
służb rosyjskich są w sensie organizacyjnym powieleniem służb
sowieckich. Wywiad wojskowy nie zmienił nawet swojej nazwy. Pozostał
Głównym Zarządem Wywiadowczym – GRU (Gławnoje Razwiediwatielnoje
Uprawlienie).
Wywiad cywilny z czasów sowieckich Pierwoje Gławnoje Uprawljenie KGB (PGU)
jest dziś częścią Federalnej Służby Bezpieczeństwa i funkcjonuje pod
nazwą Służba Wnieszniej Razwiedki (SWR). Wszystko jednak wskazuje na to,
że zachowana została ciągłość celów i zasad działania.
Wielkie afery szpiegowskie są dziś rzadkością. Nie dlatego, że świat
stał się bardziej przyjazny, lecz z przyczyn czysto technologicznych. W
pracy wywiadowczo-operacyjnej coraz większą rolę odgrywa po prostu
gromadzenie informacji czerpanych z otwartych źródeł. Ukuto nawet w
związku z tym specjalny termin – OSINT (od Open Source Intelligence).
Nieudana podróż
Tym większą niespodzianką musiało być dla wielu obserwatorów sceny
politycznej to, co wydarzyło się w końcu czerwca po wizycie prezydenta
Dmitrija Miedwiediewa w Stanach Zjednoczonych. Decyzja Sądu Federalnego
w Nowym Jorku, który na wniosek Departamentu Sprawiedliwości wydał nakaz
aresztowania jedenaściorga agentów rosyjskiej Służby Wywiadu
Zagranicznego (SWR), zaskoczyła zapewne w równym stopniu zwolenników
zbliżenia z imperium postsowieckim, jak i władze na Kremlu. W Moskwie
uznano ją z miejsca za próbę podważenia kursu polityki zagranicznej
prezydenta Baracka Obamy przez republikańskich "jastrzębi". Dopiero po
chwili refleksji zaczęto napomykać, że – co prawda – zatrzymani Rosjanie
działali nielegalnie, ale przecież nie przyniosło to Stanom Zjednoczonym
żadnych istotnych strat; należy więc nadal pracować na rzecz ocieplenia
stosunków rosyjsko-amerykańskich.
Wiele wskazuje na to, że akcja Departamentu Sprawiedliwości miała
wyłącznie prewencyjny charakter. Na podstawie porozumienia zawartego z
Rosją władze amerykańskie wymieniły dziesiątkę agentów na czterech
więźniów rosyjskich odsiadujących kary za rzeczywistą bądź rzekomą
współpracę z CIA i MI5. (Jedenasty z podejrzanych, zatrzymany na Cyprze
i zwolniony za kaucją, zbiegł.) Resort bezpieczeństwa narodowego podjął
w tym wypadku decyzję w zgodzie z zasadą, która mówi, że natura wojny
przypomina naturę złej pogody, a "istotą złej pogody nie jest nadejście
nawałnicy, (…) lecz to, że się na nią zanosi w ciągu wielu kolejnych
dni" (tak to sformułował Thomas Hobbes w XIII rozdziale "Lewiatana").
Pod pełną kontrolą FBI
Większość komentatorów w krajach Wolnego Świata zgadza się co do
jednego: służby amerykańskie spenetrowały system komunikacyjny wywiadu
rosyjskiego na skalę niedającą się z niczym porównać w ostatnich
kilkudziesięciu latach. SWR usiłowała rozbudować sieć agenturalną i
przeniknąć do amerykańskich kręgów rządowych (głównie za pośrednictwem
ludzi biznesu i finansjery) po to między innymi, by móc systematycznie
gromadzić informacje dotyczące wewnętrznych problemów w siłach
zbrojnych, polityki wobec krajów Ameryki Środkowej i Bliskiego Wschodu
(w szczególności Iranu i Afganistanu), tudzież zasad rozpracowywania
grup terrorystycznych korzystających z internetu. Z raportów, które
stały się podstawą wniosków o aresztowanie rzeczonej jedenastki, wynika,
iż osoby najstarsze stażem agenturalnym były obserwowane co najmniej
przez siedem lat (w związku z działalnością Vicky Peláez odnotowano fakt
spotkania z przedstawicielem władz rosyjskich sprzed dziesięciu lat).
FBI w sposób niepozostawiający śladów przeszukiwało mieszkania
podejrzanych, instalowało w ich samochodach urządzenia GPS pozwalające
monitorować trasę podróży, podsłuchiwało ich rozmowy telefoniczne,
nagrywało na taśmie przelotne spotkania, w czasie których przekazywali
poufne materiały, pieniądze i sprzęt komputerowy, monitorowało
transakcje bankowe, dekodowało zaszyfrowane teksty, odczytywało maile i
tajne komunikaty zamieszczane przy pomocy specjalnego oprogramowania na
oficjalnych stronach internetowych. Niemalże wszystko pozostawało więc
pod pełną kontrolą służb amerykańskich, które nie reagowały przez lata
prawdopodobnie po to, by uśpić czujność centrali w Moskwie i upewnić
się, w jakich konkretnych celach władze rosyjskie szkolą i wysyłają do
Stanów swoich agentów. Bo cel zasadniczy nie pozostawiał złudzeń.
Najpełniej oddawał go chyba zaszyfrowany komunikat sprzed roku, w którym
centrala przypomniała Lidii i Władimirowi Guriewom (małżeństwo Murphy) o
ich obowiązkach: "Zostaliście wysłani w długą służbową podróż. Wasze
wykształcenie, konta bankowe, samochód, dom etc. – wszystko to służy
jednemu celowi: wypełnieniu głównej misji, [którą jest] nawiązywanie i
rozszerzanie kontaktów w kręgach politycznych Stanów Zjednoczonych i
wysyłanie raportów do C[entrali]".
Nielegałowie
W zawiadomieniach o przestępstwie złożonych przez prawników Departamentu
Sprawiedliwości pojawił się termin "nielegałowie" (illegals). Objęto nim
en bloc wszystkich zatrzymanych, nie bawiąc się w subtelne rozróżnienia
i nie zważając na to, iż pochodząca z sowieckich czasów sprzed II wojny
światowej koncepcja nielegalnego oficera może być dziś uznana za
anachronizm.
Nielegałami w tradycyjnym pojęciu tego terminu byli agenci szkoleni w
Związku Sowieckim, z reguły Rosjanie przyjmujący tożsamość obywateli
innych państw. Po przeszkoleniu, które trwało od trzech do ośmiu lat,
wysyłano ich z fałszywymi dokumentami na Zachód. Tam – indywidualnie
bądź w parach jako małżeństwa (rzeczywiste lub fikcyjne) – wtapiali się
w lokalne społeczności i zaczynali wykonywać zlecone zadania. Nie byli
przy tym kontrolowani przez rezydentury wywiadu znajdujące się przy
legalnych instytucjach, takich jak ataszaty wojskowe czy też placówki
konsularne. Kontrolę sprawowała nad nimi centrala w Moskwie –
bezpośrednio bądź za pośrednictwem nielegalnych rezydentur.
Według gen. Iona Pacepy, byłego zastępcy szefa wywiadu rumuńskiego,
który swego czasu szkolił rumuńskich nielegałów, ale w roku 1978 zbiegł
na Zachód, to właśnie ten typ działania ma największe szanse stać się
wzorem dla "rosyjskich szpiegów przyszłości". Innego zdania jest jednak
rosyjski zbieg z "obozu", były pułkownik KGB (w latach 1974-1985 agent
wywiadu brytyjskiego – MI6) Oleg Gordijewski, który ma na swoim koncie
m.in. dziewięcioletni staż pracy z nielegalnymi oficerami sowieckimi.
Zapytany przez dziennikarzy o charakter działalności tych ostatnich,
odpowiedział z lekceważeniem, iż skuteczność ich jest znacznie mniejsza,
niż jawnie działających służb. To, co obecnie robią, jest według niego
niczym. Po prostu siedzą w swoich domach w Wielkiej Brytanii, Francji i
w Stanach Zjednoczonych. Ów brak skuteczności jest według niego
konsekwencją braku wsparcia ze strony funkcjonujących za granicą
legalnych placówek rosyjskich.
Tak czy inaczej, definicja nielegała, do której przywykli historycy,
tylko w części mogła wesprzeć decyzję sądu o zatrzymaniu agentów. Troje
działało przecież pod własnymi nazwiskami. Dwudziestoośmioletnia Anna
Chapman, z domu Kuszczenko (ur. 23.02.1982), zachowała po prostu
nazwisko byłego męża, obywatela Wielkiej Brytanii. Niewiele młodszy od
niej Michaił Semenko (ur. 17.12.1982) nigdy nazwiska nie zmieniał ani
nie używał fikcyjnych danych osobowych. Oficjalnie oboje pochodzili z
Rosji. Prawdopodobnie pod własnym nazwiskiem występowała również Vicky
Peláez, z pochodzenia Peruwianka. Wątpliwości co do użycia terminu "nielegałowie"
mogą płynąć również z faktu, iż w dokumentach sądowych mowa jest o
siatce szpiegowskiej, a zdaniem historyków, nielegalni oficerowie nie
działali w sieci i nie kontaktowali się między sobą.
Wygląda na to, że służby rosyjskie chciały przystosować sprawdzone
sowieckie wzory do nowych warunków, wypadałoby więc zapytać w pierwszej
kolejności o rezultat wprowadzonych zmian, dopiero po tym zastanawiać
się nad nazewnictwem. Wynik owych zmian okazał się w sumie żałosny. Być
może dlatego politycy rosyjscy natychmiast wprowadzili do publicznego
dyskursu ton prześmiewczy i niektórzy próbowali podać w wątpliwość
kompetencje zawodowe prawników odpowiedzialnych za przygotowanie aktu
oskarżenia. Były szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaj Kowaliow
napomknął w rozmowie z dziennikarzami, iż niektóre zarzuty pod adresem
oskarżonych przypominają kiepską powieść szpiegowską.
Przewrotność tej wypowiedzi jest na tyle oczywista, że nie wymaga
specjalnego komentarza. W istocie rzeczy stroną skompromitowaną okazały
się przecież nieudolnie działający wywiad rosyjski i reprezentowana
przez byłego oficera KGB (dziś premiera rządu) tamtejsza elita władzy.
Roztrwoniony kapitał?
Jednym z powodów fiaska niedawnych przedsięwzięć wywiadu rosyjskiego
jest najpewniej zapóźnienie technologiczne Rosji. Służby specjalne na
Zachodzie korzystają dziś z najnowszych zdobyczy technologii informacji,
ale miejscem, gdzie może się ona najszybciej rozwijać, i kolebką
większości innowacji w tej dziedzinie są właśnie Stany Zjednoczone. To
tu ściągają najwybitniejsi specjaliści z całego świata.
Z raportów FBI, na podstawie których wydano nakaz aresztowania
rosyjskich agentów, wynika, że SWR wykorzystywała w pracy operacyjnej z
nielegałami nowoczesną technologię, nie przyniosło to jednak pożądanych
skutków. Ważną rolę mógł tu odegrać oczywiście czynnik "ludzki". Starsi
stażem agenci nawiązywali łączność z centralą bardziej tradycyjnymi
metodami, głównie drogą radiową z użyciem kodów przypominających alfabet
Morse’a (w związku z działalnością Michaiła Wasenkowa i Vicky Peláez
wspomniany jest jeden przypadek użycia atramentu sympatycznego).
Pierwszy ślad wykorzystania przez rozpracowaną grupę steganografii z
użyciem komputerów pochodzi z roku 2004. Steganografia (ang.
steganography; od gr. steganos – przykryty) to dziedzina wiedzy
specjalistycznej zajmująca się technologią przekazywania wiadomości
ukrytych w innych, najczęściej oficjalnie publikowanych materiałach.
Desygnujące ją słowo nie znalazło się, jak dotąd, w słowniku języka
polskiego i brzmi niezwykle tajemniczo, sam mechanizm, do którego się
odnosi, znany jest jednak od stuleci.
Proszę wyobrazić sobie, że artykuł niniejszy pisze oficer SWR, który
chce przesłać wiadomość osobom zaangażowanym w przygotowanie zamachu na
przywódcę opozycji w Polsce. Jego przyjaciele czekają na znak, on zaś
rozumie, że celem polskich służb specjalnych jest złamanie kodu
szyfrowego używanego przez szkolonych zamachowców. Będzie więc próbował
przygotować tekst w sposób niebudzący podejrzeń, iż ukrywa on w sobie
jakieś dodatkowe instrukcje. W poczcie elektronicznej, którą wysłał
wcześniej do jednego z wtajemniczonych z konta zawierającego fikcyjne
dane osobowe, znalazła się wszakże uwaga dotycząca jakiejś pracy na
temat steganografii, z cyframi rzymskimi i arabskimi rzekomo
oznaczającymi numery rozdziałów i akapitów, które warto by przeczytać:
II – 2; 3; 4; 5; 10; 14,1; 16,1. III – 4; 10,1; 17; 18. IV – 1; 2; 3.
Jeśli adresat owego maila odniesie cyfry rzymskie do kolejności zdań w
niniejszym akapicie, oddzielone średnikami cyfry arabskie do kolejności
słów w zdaniach, a ułamki dziesiętne (w zapisie polskim, z przecinkiem)
do kolejności wyodrębnionych liter w słowach i jeżeli zaznaczy wskazane
fragmenty tłustym drukiem, po zmianie interpunkcji otrzyma tekst
następującej treści: "Przyjaciele czekają na znak. Celem JK. Przygotować
P! Dodatkowe instrukcje w poczcie elektronicznej".
To tylko przykład zabawy w steganografię. Agenci różnych nacji używają
bardziej subtelnej technologii. Najczęściej jest to oprogramowanie,
które w sposób niestandardowy pozwala cyfrowo zdefiniować jakieś
odcienie kolorów bądź dźwięków i przełożyć je na znaki językowe. Tak
sporządzony tekst wtapia się następnie w obraz lub pasmo dźwiękowe.
Ludzkie oko i ucho nie dostrzegą go, ale inny posiadacz użytego przy tym
programu bez większych trudności odczyta przekaz.
Niektórzy z zatrzymanych rosyjskich agentów używali w komunikacji z
centralą laptopów, które najpierw wędrowały do Moskwy, następnie zaś
wracały do posiadaczy bądź za ich pośrednictwem były przekazywane innym
agentom. Dzięki zainstalowanemu w Moskwie oprogramowaniu mogli oni
odczytywać i umieszczać w internecie teksty przygotowywane techniką
steganograficzną. Mogli też nawiązywać kontakt z przebywającymi w
bliskiej odległości przedstawicielami placówek rosyjskich za pomocą
nielegalnej sieci bezprzewodowej krótkiego zasięgu bez ryzyka, że ktoś
wykryje to z dalszej odległości bądź zauważy, iż doszło między nimi do
fizycznego kontaktu.
Pierwszej z metod używały z całą pewnością dwie pary małżeńskie Lidia i
Władimir Guriewowie (małżeństwo Richard i Cynthia Murphy) oraz Andriej
Bezrukow i Elena Wawilowa (Donald Heathfield i Tracey Lee Ann Foley).
Drugą metodą posługiwali się najmłodsi, od dzieciństwa obyci z
komputerami Anna Chapman i Michaił Semenko. Problem w tym, iż większość
z wymienionych zademonstrowała wyraźne braki w wyszkoleniu. Podczas
tajnych przeszukań w mieszkaniach pierwszej czwórki w okolicach New
Jersey i Bostonu FBI skopiowało materiały świadczące o beztrosce, braku
solidnej wiedzy z zakresu technologii informacji i słabym rozumieniu
zasad pracy operacyjnej kontrwywiadu. U Guriewów znaleziono (między
innymi) i sfotografowano kartkę papieru z zapisem
dwudziestosiedmioliterowego hasła, które pozwalało otwierać rosyjskie
programy steganograficzne. Po skopiowaniu twardego dysku komputera
Bezrukowa i Wawilowej odzyskano zapisy ponad stu skasowanych komunikatów
steganograficznych. Dobrze wyszkolony agent nie pozostawiłby tego
rodzaju śladów.
Zamrożone aktywa
Służby rosyjskie musiały zdawać sobie sprawę ze słabości swoich
wysłanników. Świadczy o tym choćby fakt, iż zabroniły im ubiegania się o
pracę w resorcie rządowym, gdzie trzeba przechodzić przez wnikliwą
procedurę sprawdzania przeszłości. Sieć agenturalna miała objąć ludzi
biznesu i obrzeża środowisk politycznych. Skala jej rozpracowania przez
służby amerykańskie okazała się jednak tak duża, że część komentatorów
zaczęła przebąkiwać o krecie w SWR. Według znanej dziennikarki
rosyjskiej Julii Łatyniny, podwójnym agentem był prawdopodobnie łącznik
grupy z centralą, tajemniczy zbieg, Christopher R. Metsos. Zdaniem
innych, źródłem informacji przydatnych do rozpracowania siatki
szpiegowskiej mógł być zmarły w czerwcu bieżącego roku były pułkownik
SWR Sergiej Tretiakow, który współpracował ze służbami amerykańskimi
podczas pobytu w rosyjskiej misji przy Organizacji Narodów Zjednoczonych
w Nowym Jorku w latach 1995-2000. Każda z tych wersji wydarzeń jest
prawdopodobna, żadna nie wyjaśnia jednak wszystkich niuansów i nie może
posłużyć za kanwę optymistycznego scenariusza.
Trzeba liczyć się z faktem, że w dyspozycji Rosji pozostają jeszcze
aktywa z czasów sowieckich, te zaś obejmują agenturę całego bloku
komunistycznego. W zbiorze relacji oficera SWR spisanych i
opublikowanych przez Pete’a Earley pt. "Comrade J" Tretiakow podaje
przykład peerelowskiego dyplomaty, który po upadku komunizmu nadal
sprawował ważne funkcje w III Rzeczypospolitej, działając jednocześnie
jako agent służb rosyjskich o pseudonimie "Profesor". Podczas pobytu na
placówce w Stanach Zjednoczonych człowiek ów współpracował wydajnie z
rezydenturą rosyjskiego wywiadu w Nowym Jorku, po czym wrócił do kraju,
by – jak się okazało – kontynuować karierę w Urzędzie Ochrony Państwa na
stanowisku zastępcy szefa jednego z wydziałów. Było to możliwe, jako że
służby dyplomatyczne nie zostały objęte lustracją.
Dzięki "wymianie" informacji między służbami sowieckimi a podległymi im
służbami "demoludów" SWR i GRU mają dziś stosunkowo dobre rozeznanie,
kto był kim w krajach obozu komunistycznego i tam, gdzie nie doszło do
gruntownej weryfikacji aparatu rządowego, mogą swojej wiedzy używać
choćby do szantażu. Dotyczy to również agentury na Zachodzie. Bogatym
źródłem informacji w tym zakresie są funkcjonujące co najmniej od
drugiej połowy lat siedemdziesiątych bazy danych GRU, do których
napływały informacje z całego bloku. Warto sięgnąć w tym miejscu po
przykład z niedawnej historii wywiadu peerelowskiego.
Po wprowadzeniu w Polsce w grudniu 1981 roku stanu wojennego wśród
dyplomatów peerelowskich doszło do licznych dezercji. Media peerelowskie
informowały wówczas szeroko o ucieczce Romualda Spasowskiego, ambasadora
PRL w Waszyngtonie, i Zdzisława Rurarza, ambasadora w Tokio. Z
odtajnionych dokumentów służb wojskowych wynika, iż ucieczek takich było
znacznie więcej. Od sierpnia 1980 r. do końca marca 1982 r. z samych
tylko placówek dyplomatycznych PRL i misji wojskowych nie powróciło do
kraju 38 osób. Znaleźli się wśród nich konsulowie z Nowego Jorku
Aleksander Janowski i Tadeusz Kondratowicz, szyfrant Misji Polskiej przy
ONZ Waldemar Mazurkiewicz, emerytowany generał artylerii Leon Dubicki,
były pracownik Zarządu II Sztabu Generalnego płk Włodzimierz Ostaszewicz
oraz pracownik Wojskowej Służby Wewnętrznej ppłk Jerzy Sumiński.
Ucieczki tego typu zawsze łączą się z groźbą dekonspiracji struktur
wywiadowczych i kanałów komunikacyjnych, toteż rezydentury
peerelowskiego wywiadu wojskowego musiały używać sowieckich kanałów
łączności i wprowadzać zmiany w strukturze organizacyjnej pod czujnym
okiem towarzyszy z GRU. To wtedy właśnie doszło do wyjęcia PRL-owskiej
agentury zamrożonej w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie spod kontroli
rezydentur pod przykryciem oficjalnych placówek i podporządkowania jej
specjalnie utworzonemu Oddziałowi "Y". Trudno przypuszczać, że
dzisiejsze służby rosyjskie nie mają rozeznania, kto został wówczas
zamrożony.
Mniej groźnie wygląda sprawa dawnych agentów wywiadu cywilnego, ale i to
środowisko jest podatne na szantaż. W okresie pierwszej "Solidarności" i
po wprowadzeniu przez władze komunistyczne stanu wojennego z delegacji
służbowych do państw kapitalistycznych nie powróciło około 240 tys.
osób, a z wyjazdów turystycznych około 150 tysięcy. Niektóre wcześniej
współpracowały ze Służbą Bezpieczeństwa. Część zgodziła się na
współpracę z Departamentem I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w chwili
odbierania paszportu. Nawet jeśli osoby te nie mają dziś dostępu do
ważnych informacji, z obawy przed ujawnieniem mogą w sposób dostępny i
legalny wpływać na opinię publiczną, choćby przez pracę na uczelniach
czy w organizacjach emigracyjnych. Studiując materiały przechowywane w
archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, natrafiłem na kilka takich
przypadków i tylko niektóre zostały do tej pory opisane.
Rzecz w tym, iż kształtowanie opinii może być równie ważne jak
dostarczanie konkretnych informacji. Niezależnie od realizacji innych
zadań, dwoje wydalonych agentów rosyjskich Michaił Wasenkow (Juan Lazaro)
i Vicky Peláez wykonywało typową pracę agentów wpływu. Gdy Lazaro
prowadził w Baruch College zajęcia na temat problemów politycznych w
Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, część studentów była zachwycona.
Dlaczego? Bo krytykował politykę Stanów Zjednoczonych w tym rejonie,
chwalił prezydenta Wenezueli Hugo Cháveza i potępiał prezydenta Kolumbii
Álvaro Uribe. Na podobnych zasadach funkcjonowała Peláez. Jako
dziennikarka związana z wychodzącą w Nowym Jorku hiszpańskojęzyczną
gazetą "El Diario-La Prensa" dała się poznać z antyamerykańskich
komentarzy. Gdyby oboje rozpowszechniali swoje opinie w warunkach pełnej
niezależności finansowej, można by zastanawiać się nad motywami
ideologicznymi ich działalności. Niestety, są dowody, że opłacała ich
centrala w Moskwie.
Mieć oczy otwarte
Wiedza o funkcjonowaniu służb specjalnych ma charakter wiedzy tajemnej.
Jest z istoty rzeczy ułomna, jako że pełne informowanie o wynikach
działalności pracowników i agentów resortu bezpieczeństwa byłoby
kontrproduktywne. Przynajmniej część informacji musi zawsze pozostać
niejawna. Można więc zrozumieć powody, dla których utajniono nazwiska
przypadkowo uwikłanych w aferę osób ze świata polityki i pominięto
informacje dotyczące pełnionych przez nich funkcji. W zawiadomieniach o
przestępstwie, które trafiły do sądu, znalazła się tylko część
zgromadzonych materiałów, ale wypowiedź przedstawiciela Wydziału
Bezpieczeństwa Narodowego w Departamencie Sprawiedliwości Michaela
Farbiarza nie może pozostawiać złudzeń co do nieujawnionej reszty.
Oświadczył on po wstępnym przesłuchaniu podejrzanych, iż aresztowani
agenci to tylko wierzchołek góry lodowej symbolizującej działalność SWR.
Warto pamiętać, że w czasach "zimnej wojny" GRU i PGU gromadziły
informacje dotyczące wszystkich segmentów życia politycznego i
gospodarczego. Nie chodziło wyłącznie o najnowsze uzbrojenie i o
politykę militarną. Komunizm był systemem gospodarczo niewydolnym. Aby
nie pozostać zbyt daleko w tyle, władze sowieckie musiały opierać się na
kradzieży najnowszych technologii. Dzisiejsza Rosja pozostaje krajem
wielkich ambicji imperialnych, ale podobnie jak Związek Sowiecki nie
potrafi wyjść z gospodarczego zapóźnienia. Nie ma też szans, by dorównać
Stanom Zjednoczonym w rozwoju technologicznym. Stąd też nie należy
oczekiwać, że zaniecha dotychczasowych praktyk i że praca służb
wywiadowczych przestanie być głównym instrumentem rosyjskiej polityki
zagranicznej. Jeśli po wymianie zużytych części mechanizmu stworzonego w
czasach sowieckich wywiad rosyjski odzyska utraconą sprawność, kraje
Wolnego Świata może czekać niejedna jeszcze niespodzianka.
Toteż bardziej niż beztroskie opowieści o rosyjskich nieudacznikach z
SWR przemawiają do mnie komentarze nadane przez brytyjskie rozgłośnie
radiowe. Sir Stephen Lander (do roku 2002 dyrektor generalny
brytyjskiego kontrwywiadu MI5) powiedział między innymi: "Samo istnienie
sieci nielegałów nie może być powodem do śmiechu. Fakt, że są nijacy,
lub że wyglądają niepoważnie, dodaje tylko uroku ich [szpiegowskiemu]
biznesowi. To dzięki niemu Rosjanie odnoszą na tym polu pewne sukcesy".
W jednej kwestii można się z całą pewnością zgodzić z większością
komentatorów. W interesie Wolnego Świata leży istnienie pokojowej Rosji.
Dlatego wszędzie tam, gdzie państwo rosyjskie umacnia swoją pozycję
kosztem innych krajów, używając przy tym nielegalnych środków, należy
mieć oczy szeroko otwarte.
Dr Tadeusz Witkowski
Autor jest publicystą, badaczem akt przechowywanych w
Instytucie Pamięci Narodowej; byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu
Wojskowego i członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb
Informacyjnych.
