Rachityczny „bunt” celebrytów

Długofalowe skutki "buntu" celebrytów są niemożliwe do przewidzenia. Może
nic wielkiego się nie stanie, a może Platforma i sam pieczołowicie dotąd
chroniony premier nabędą cechę "obciachowości"? Obóz rządzący nie może sobie
pozwolić na to nawet w najmniejszym stopniu, bo utraciłby tarczę znakomicie
zmniejszającą skutki merytorycznej czy politycznej krytyki.

Tak zwany bunt celebrytów musiał w pierwszej chwili wywołać co najmniej poważny
niepokój wśród polityków i doradców Platformy Obywatelskiej oraz rządu. W końcu
to artyści i dziennikarze lifestyle´owych, kolorowych magazynów, grupowo zwani
celebrytami, zawsze stanowili niemal zwartą falangę, na której siłę (w tym siłę
komiczną) Donald Tusk zawsze mógł liczyć. Szczególnie na odcinku bycia trendy i
nalepiania przeciwnikom (ostatnio oczywiście niemal wyłącznie PiS, a wcześniej
także LPR i innym) łatki obciachu, co zwłaszcza wśród młodych wyborców ma bardzo
duże znaczenie. Jeśli bowiem do któregoś ugrupowania ma się żal, np. za
niespełnione obietnice albo za wzrost cen czy bezrobocia, ale i konkurencyjne
partie nie są święte i nieskalane, mało refleksyjny i niezdolny do pogłębionej
analizy wyborca będzie kierował się kryterium zastępczym. Czyli wybierze tych,
którzy się lepiej prezentują, a odrzuci "obciachowców".

Zachować falangę
Tymczasem w ostatnich tygodniach posypały się publiczne oświadczenia celebrytów,
w których wyrażają oni rozczarowanie rządami Platformy, wysuwając najróżniejsze
zarzuty (trzeba zresztą powiedzieć, że mocno chaotyczne – od inwigilacji
dziennikarzy, przez wzrost cen, po utrzymywanie penalizacji posiadania miękkich
narkotyków) i oświadczając, że albo nie zagłosują już na Platformę, albo
przynajmniej są poważnie zatroskani obrotem spraw w "tym kraju".
Dla rządu Donalda Tuska niewielką było przy tym pociechą, że "zbuntowani"
celebryci nie wskazywali PiS, SLD czy PJN jako alternatywy i przeważnie mówili,
że "teraz to już nie ma na kogo głosować, bo wszyscy są siebie warci". Kto wie,
czy wezwanie do porzucenia zainteresowania polityką nie jest jeszcze gorsze, bo
przecież wiadomo, że co jak co, ale niska frekwencja wybitnie działa na
niekorzyść Platformy.
Początkowa reakcja obozu rządowego na oświadczenia znanych i lubianych wskazuje
na nieprzygotowanie na taki obrót rzeczy. Dyżurni partyjni komentatorzy zrazu
próbowali bagatelizować pozycję "buntowników", w sposób bardziej lub mniej
grzeczny wysyłać w świat komunikat: "A co oni się tam znają na rządzeniu,
przecież to muzycy, aktorzy i redaktorzy pisemek z rozebranymi paniami". Ale
doradcy premiera musieli chyba szybko się zorientować, że nie tędy droga: w
końcu sami przyłożyli rękę, i to wielokrotnie, do budowania autorytetu
celebrytów, odwołując się do ich popularności. Niszczyć więc to, co wcześniej
mozolnie się budowało i co na pewno jeszcze nieraz się przyda, byłoby rzeczą
nadzwyczaj nierozważną, o ile w ogóle wykonalną.
Chociaż wypowiedzi Marcina Mellera, Tomasza Lipińskiego, Tomasza Karolaka czy
Pawła Kukiza niewątpliwie nie były dla Platformy i rządu przyjemne,
prawdopodobnie skutki "buntu" będą mniejsze, niż można było się spodziewać.
Składa się na to kilka przyczyn.
Przede wszystkim siła celebrytów nie jest dokładnie znana, ale zapewne wcale nie
jest taka wielka. To, że brylują w mediach, nie znaczy jeszcze, że mają walny
wpływ na elektorat. Są raczej w stanie przeważyć szalę zwycięstwa w sytuacji
zbliżonej siły politycznych konkurentów. Są również niewątpliwie oderwani od
życia zwykłych ludzi, a ich problemy nie są problemami przeciętnego Polaka.
Dobrze oddał to jeden z tabloidów, pisząc, że artyści martwią się o brak
dostępności legalnej marihuany, a tymczasem ludzie cierpią z powodu drożyzny.
Dodatkowo rodzi się pytanie, jaki faktyczny wpływ mają "buntownicy" na
najmłodszy elektorat (a więc ten wrażliwy), biorąc pod uwagę choćby różnicę
wieku. Na przykład w sobotnim "Drugim śniadaniu mistrzów" najmłodszy z
reprezentujących stronę celebrycką Marcin Meller ma 42 lata, a Zbigniew Hołdys w
tym roku przekroczy sześćdziesiątkę.

Nie taki znowu bunt
Atak był w gruncie rzeczy słaby i mało merytoryczny, a gdy sławy napotykały
jakikolwiek opór ze strony polityków, bardzo łatwo się wycofywały. Wspomniany
wyżej program Marcina Mellera, a także jego wcześniejsze i późniejsze wypowiedzi
pokazują jasno, że celebryci rozumieją, iż nieco zanadto wysforowali się, ale że
już to zrozumieli i w żadnym razie nie pragną porażki Platformy. Oni chcieli
tylko, by premier "robił więcej".
Słabość dotychczasowego ataku i rachityczność nowej "warszawkowej" mody na
krytykowanie rządu Tuska daje temu ostatniemu okazję do ponownego przechwycenia
inicjatywy. I premier tej szansy jak na razie nie zmarnował. Po "Drugim
śniadaniu" pojawiło się wiele komentarzy, w dużej mierze zapewne szczerych, że
Donald Tusk poradził sobie znakomicie, co dowodzi jego klasy i intelektu.
Zresztą już przed programem sam prowadzący wyrażał się z uznaniem o szefie rządu
(notabene w charakterystyczny szorstki i męski sposób), że ma odwagę stawić
czoła groźnym przeciwnikom.
Gdyby premier nie stawił czoła, zmarnowałby bardzo atrakcyjną okazję, która sama
pchała się w ręce. Poziom zarzutów, wiedza i determinacja w obnażaniu zaniedbań
rządu, jaką demonstrują artyści, bardziej przystoi bowiem piętnastoletnim
pensjonarkom niż mężczyznom w średnim wieku, w dodatku o ponadprzeciętnym bagażu
życiowym.
Donald Tusk broni się i przechodzi do kontrataku nadzwyczaj łatwo, poprawiając
swój wizerunek i dodając do niego "twardzielskie" elementy. Nic dziwnego, w
końcu to doświadczony polityk, a zmagał się już z oponentami sroższymi niż
przychylni artyści, lekko jedynie zmartwieni brakiem jednomandatowych okręgów
wyborczych i trawki w legalnej dystrybucji.
Premier nie ma na razie trudnego zadania. Ta konstatacja wywołała falę
przypuszczeń, że cały ten "bunt" celebrytów był ustawiony. Na pierwszy rzut oka
hipoteza wydaje się atrakcyjna: rząd dostaje prztyczka w nos, łatwo wychodzi na
prostą, a krytycy ugrywają na tym swoje, przypominając o sobie i wzmacniając
buntowniczy wizerunek. Wszyscy korzystają.
Jednak taka "ustawka" byłaby zbyt ryzykowna. Artyści ze swej natury są trudno
przewidywalni i nawet gdyby z kilkoma się umówić, inni mogliby bunt kontynuować
i rozszerzać. A nie wszyscy są zależni od przychylnych Platformie mediów czy
rządowych agencji rozdających pieniądze…
Czy moda na bycie antyplatformerskim rozwinie się i utrwali wśród młodych
wykształconych z wielkich miast? Bardzo trudno wyrokować. Odpowiedź poznamy na
pewno przed wyborami. Na pewno "bunt" celebrytów i inne czynniki stworzyły ku
temu solidne warunki, ale z drugiej strony premier na razie dobrze sobie z tym
radzi.

 

Marek Wróbel
 

Autor jest specjalistą w obszarze public relations, wiceprezesem Fundacji
Republikańskiej.

drukuj