Przygotowując serca na pożegnanie

„Zaszczyt” i „egzamin” – te dwa słowa w ciągu minionych dni
mieszkańcy Krakowa powtarzali wyjątkowo często. Z jednej strony byli dumni, że
prezydent Lech Kaczyński wraz z małżonką spoczną na Wawelu, z drugiej zaś mieli
świadomość, że przed miastem stoi duże wyzwanie. Zdaniem wielu – jedno z
największych i najważniejszych w historii.

Dla sporej części krakowian sobota rozpoczęła się o wschodzie słońca. Już
wtedy ludzie czekali przy dwóch punktach informacji miejskiej, by odebrać
bezpłatne wejściówki na Rynek, gdzie pragnęli uczestniczyć w uroczystościach
pogrzebowych Pary Prezydenckiej. Magistrat przygotował ich ok. 10 tys., a ich
rozdawanie rozpoczęto rankiem o dziesiątej. Pierwsi chętni w kolejkach ustawili
się już przed szóstą. Ci, którzy przyszli później, ok. ósmej, dziewiątej, nie
mieli już pewności, czy wejściówkę zdobędą. – Czy przeraża mnie długość kolejki?
Byłoby to chyba niestosowne, zwłaszcza że w Warszawie ludzie stali po
kilkanaście godzin, by złożyć prezydentowi hołd – mówi pan Marek, który do
punktu przy ul. św. Jana przyszedł przed ósmą. – Grubo przed ósmą – podkreśla.
Wejściówek wystarczyło do południa. Więcej chętnych Rynek nie był w stanie
pomieścić.
W ostatnich miesiącach Kraków stał się wielkim placem budowy.
Rozkopane ulice były i są nieodłącznym elementem jego krajobrazu, a prace nie
ominęły również najważniejszych i najbardziej reprezentacyjnych części miasta.
Od kilku dni nerwowo uwijali się drogowcy poprawiający stan nawierzchni dróg,
którymi wczoraj przejechał kondukt żałobny i przybyłe do Krakowa delegacje. Na
niektórych ulicach wystarczyło załatać dziury i wyrwy, na innych trzeba było
zdzierać asfalt i kłaść nowy. Gruntownie uprzątnięty został Rynek Główny. Na
czas historycznych uroczystości zniknęły z niego kwiaciarki, kawiarniane stoliki
oraz budki, w których sprzedawali kupcy z remontowanych Sukiennic. Te ostatnie
zostały wywiezione na ogromnych tirach. Pojawiły się za to wielkie telebimy i
głośniki. Flagami przepasanymi kirem oraz żałobnymi dekoracjami przystrojono
Rynek oraz wszystkie prowadzące do niego ulice. Przed bazyliką Mariacką
ustawiono rzędy kilku tysięcy krzeseł, na których wczoraj zasiedli uczestnicy
ceremonii pogrzebowej.
Im bliżej niedzieli, tym nastrój stawał się bardziej
podniosły. Od kilku dni w centrum uwagi znajdowała się pracownia
projektowo-rzeźbiarska Dolmar, w której pod fachowym okiem Jana Siuty powstawał
onyksowy sarkofag przeznaczony dla Lecha i Marii Kaczyńskich. Do podkrakowskiego
Cholerzyna zjeżdżali dziennikarze i ludzie chcący zobaczyć postęp prac. W piątek
wieczorem prace się zakończyły, a w sobotę rano sarkofag został zamontowany w
przedsionku krypty Józefa Piłsudskiego na Wawelu. Przez całą sobotę dziennikarze
niemal z całego świata czekali, by przyjrzeć się z bliska sarkofagowi i
uwiecznić go na zdjęciu czy taśmie filmowej. – Jeszcze chwilkę, za pół godziny
będzie to możliwe – obiecywali pracownicy ochrony. Gdy chwilka zmieniała się w
dłuższą chwilę, pozwalali na krótki moment przyjrzeć się sarkofagowi z bliska. –
Mają państwo pięć minut; już zaczęło się odliczanie – mówili, i czasu faktycznie
skrupulatnie pilnowali. Trudno się im jednak dziwić, bo w krypcie Józefa
Piłsudskiego wykonywanie dziennikarskiego obowiązku nie było najważniejsze.
W
przeddzień podniosłej uroczystości wawelskie wzgórze odwiedziły tysiące gości z
kraju i zagranicy. Wielu z nich trzymało biało-czerwone flagi przepasane kirem.
Wśród nich spotkałem Thomasa i Stefanie, małżeństwo z Berlina. Do Krakowa
przyjechali w środę zaproszeni przez znajomych. Przez moment zastanawiali się
nawet, czy nie przełożyć wizyty na inny termin, ostatecznie postanowili nic nie
zmieniać. Nie żałowali. – Baliśmy się, że żałoba i oczekiwanie na pogrzeb
pokrzyżują nasze turystyczne plany i może w jakimś stopniu tak się nawet stało,
ale nigdy nie zapomnimy tych dni przeżytych razem z naszymi przyjaciółmi.
Poznaliśmy Polaków z innej strony, poczuliśmy waszą niesamowitą więź i
wewnętrzną siłę – przyznają. Choć mieli wrócić do domu w sobotę, postanowili
zostać do niedzieli, by uczestniczyć w pogrzebie Prezydenckiej Pary.
Tuż pod
wawelskim wzgórzem przy krzyżu katyńskim od rana gromadziły się setki krakowian.
Większość z nich zapalała znicze, wszyscy modlili się w zadumie. – Tu od zeszłej
soboty bije serce Krakowa – mówi pani Krystyna.
Przed krzyżem z przejęciem
wartę pełnili harcerze. Skupieni, pełni powagi, ale zarazem starający się
podnosić na duchu przychodzących ludzi. – Taka też jest nasza służba – mówi
Krzysztof Troczyński, drużynowy z 33. Krakowskiej Drużyny Wędrowników. W sobotę
wraz z kolegami i koleżankami od godziny dziesiątej do południa pełnił wartę
honorową, potem rozdawał biało-czerwone flagi. – Harcerze są stworzeni do takich
działań. Nikt z nas nie narzekał, nie skarżył się na bolące nogi, choć
musieliśmy wstać o świcie i swoje odstać. Było wręcz na odwrót, każdy chciał tu
być, pytał się, czy i kiedy może przyjść. Gdybym komuś z jakiegoś powodu
zabronił, pewnie by się na mnie śmiertelnie obraził – dodaje. Co ciekawe, pod
katyńskim krzyżem nie brakowało harcerzy i z innych zakątków Polski, a nawet z
zagranicy. – Zaskoczenie? Ależ skąd! Harcerstwo i skauting są ponadnarodowe,
jesteśmy braćmi i w trudnych sytuacjach staramy się sobie zawsze pomagać. Poza
tym tragedia spod Smoleńska poruszyła cały świat. Nam, Polakom, raz jeszcze
uświadomiła, że w trudnych chwilach potrafimy się zjednoczyć, odłożyć na bok
waśnie i spory i być razem. Dla nas, młodych, ostatnie dni były wspaniałą lekcją
patriotyzmu, umiłowania Ojczyzny. Zawsze przykładaliśmy dużą wagę do historii
Polski, teraz mogliśmy się wykazać w działaniu – podkreślił przejęty
Krzysztof.
Kraków szykował się też na przyjęcie znamienitych gości. Miłośnicy
historii przypominali, że tylko raz w swych dziejach podwawelski gród gościł w
jednym czasie tak wiele najważniejszych osobistości w świecie. W 1364 r. za
panowania króla Kazimierza Wielkiego do miasta zawitało mnóstwo europejskich
monarchów, książęta, margrabiowie, a nawet cesarz. Teraz miało być podobnie. Od
kilku dni kamienice usytuowane przy Wawelu lub przy trasie przejazdu delegacji
odwiedzali policjanci i przedstawiciele innych służb mundurowych. Sprawdzali,
przepytywali, notowali. Interesowała ich liczba mieszkańców i ewentualne
posiadanie pozwolenia na broń. Część krakowian czekała, że lada dzień do ich
drzwi zapukają agenci ze Stanów Zjednoczonych. Przyjazd Baracka Obamy był
oczekiwany z emocjami, ale plany pokrzyżował wulkaniczny pył. Prezydent USA, a w
ślad za nim wielu najważniejszych polityków odwołało swoją wizytę na
uroczystościach. Owację i uznanie zdobył za to premier Maroka Abbas El Fassi,
który do Krakowa dostał się na pokładzie niewielkiej Cessny 560. Jego przylot
zaskoczył nawet władze lotniska w Balicach, gdyż nikt nie uprzedził ich o tym,
że samolot wyleciał z Maroka. – Pokazał wszystkim, że chcieć to móc –
podkreślali krakowianie.
W sobotę wieczorem, kilkanaście godzin przed
uroczystościami pogrzebowymi, na Rynku Głównym zabrzmiało „Requiem” Wolfganga
Amadeusza Mozarta w wykonaniu artystów z Polski i Rosji.

Piotr Skrobisz

drukuj