Prezydenta Obamy błąd w założeniu
Uzasadniając amerykańską decyzję o rezygnacji z budowy systemu tzw. tarczy antyrakietowej, Barack Obama oświadczył, że wycofanie się USA z tego strategicznego pomysłu nie nastąpiło pod presją Rosji. Wydaje się to jednak potwierdzeniem w formie zaprzeczenia.
Głęboka satysfakcja polityczna i wręcz entuzjazm zapanowały w Moskwie natychmiast po decyzji Obamy. Co więcej – natychmiast pojawiły się nowe żądania Kremla. Prezydent Miedwiediew oznajmił, że Rosja nie jest zainteresowana małymi kompromisami. Natomiast premier Putin dodał od siebie, że rezygnacja z tarczy to za mało i że oczekuje jeszcze od USA „zniesienia wszelkich ograniczeń w handlu z Rosją”.
Już tylko z ostatnich wypowiedzi obecnej władzy na Kremlu widać, że Obama podjął decyzję błędną. To Ameryka musiała ustąpić Rosji, ponieważ to Rosjanie konsekwentnie prowadzą politykę zagraniczną według cynicznej doktryny carskiej: „Co nasze, to nasze, a o waszym możemy dyskutować”.
I jakoś nie widać, aby Ameryka uzyskała coś w zamian od Rosji za swe ustępstwo. Prezydent Obama popełnił błąd w założeniu, głosząc politykę dialogu, wyciągniętej ręki i kompromisów. Rosjanie tradycyjnie przyjmują takie deklaracje i działania jako słabość. To wyraźny sygnał dla Moskwy, że opłaca się być twardym wobec Stanów Zjednoczonych i w ogóle wobec Zachodu. Tak właśnie kapitulancką decyzję Obamy ocenia profesor Richard Pipes – niegdyś doradca prezydenta Ronalda Reagana. Pipes, wybitny znawca Rosji, uważa, że Obama jest ignorantem w polityce międzynarodowej i znaczenie jego decyzji wykracza poza kwestię tarczy antyrakietowej.
W historii stosunków amerykańsko-rosyjskich już wiele razy bywało tak, że pod presją Kremla Stany Zjednoczone prowadziły politykę słabości. Prezydent Roosevelt ustępował Rosji sowieckiej i nie jest też prawdą, że sprzedał Polskę w Jałcie. Nie sprzedał, ponieważ nie otrzymał nic w zamian. Po prostu oddał Polskę Stalinowi za darmo! Kennedy, podobnie jak Obama, głosił początkowo politykę dialogu i odprężenia, Chruszczow odebrał to jako słabość Ameryki i kazał wybudować mur w Berlinie, a na Kubie zainstalował rakiety atomowe wymierzone w Stany Zjednoczone. Nieudolny prezydent Carter polityką odprężenia rozzuchwalił Breżniewa, który dokonał inwazji na Afganistan i planował rozpętanie III wojny światowej. Na szczęście przyszedł do Białego Domu Ronald Reagan. Zdefiniował, że komunistyczna Rosja jest imperium zła ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ze złem należy walczyć, a nie zawierać z nim zgniłe kompromisy. Teraz w ciągu kilku miesięcy swej prezydentury Barack Obama uznał, że bardziej zależy mu na dobrych stosunkach z Rosją niż z Polską i Czechami. Ten błąd Ameryka może jeszcze naprawić, im szybciej, tym lepiej. Nie chodzi bowiem o system tarczy antyrakietowej, tylko o coś ważniejszego – o obecność Ameryki w Europie zapewniającą stabilizację dla całego kontynentu, która dodatkowo wzmacnia polską suwerenność i bezpieczeństwo. Najdobitniej określił decyzję Obamy były premier Czech Mirek Topolanek: „Amerykańska decyzja oznacza, że wróciliśmy do roli, jaką znamy w Europie Środkowej z ostatnich 100 lat. Znów nie mamy pewnych sojuszników i nie jesteśmy pewni swego bezpieczeństwa. To zagrożenie i ja tak to czuję”.
Polski dotyczy to jeszcze w większym stopniu niż Czech, ponieważ polski problem ostatnich 100 lat to właśnie brak wiarygodności naszych sojuszników w sytuacjach dla nas nieoczekiwanie dramatycznych.
prof. Józef Szaniawski
