Przemilczany apostoł Miłosierdzia Bożego
28 września 2009 r. minie rok od beatyfikacji księdza Michała Sopoćki, żarliwego apostoła kultu Miłosierdzia Bożego. Nie jest bynajmniej rzeczą przypadku, że akt beatyfikacji dokonał się w Białymstoku. W tym bowiem mieście ksiądz Sopoćko przeżył 28 lat życia, wypełnionych do końca ofiarnym trudem w służbie Miłosiernego Zbawiciela. Ten heroiczny trud rozpoczął się w Wilnie, gdy ksiądz Sopoćko został kierownikiem duchowym siostry Faustyny Kowalskiej. Pan Bóg przez nią wprowadził go na apostolską drogę, której najdłuższy etap wiódł przez Białystok. Jeżeli obecnie „wielu ludzi i wiele środowisk… zwraca się niejako spontanicznie do Miłosierdzia Bożego w dzisiejszej sytuacji Kościoła i świata” (Jan Paweł II, encyklika o Bożym Miłosierdziu „Dives in misericordia”, 2), dzieje się to w ogromnej mierze wskutek niezmordowanej pracy tego kapłana, wypełniającej również białostocki okres jego życia.
Ksiądz Michał Sopoćko swą apostolską działalność rozwijał w wileńsko-białostockim klimacie głębokiej pobożności maryjnej, sprzyjającej otwarciu się środowiska na Ewangelię Miłosierdzia. Jego beatyfikacja, upragniona i wymodlona przez tysiące białostoczan, świadomych jego nieporównywalnego wkładu w promocję kultu Miłosierdzia Bożego, wciąż pozostaje źródłem ich wdzięczności za ten charyzmatyczny dar „dla nas i całego świata”. Kościół białostocki pragnie dzielić się tym dobrodziejstwem ze wszystkimi, którzy szukają prawdy i mocy płynącej z tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Stąd niedosyt i zdziwienie, że nie ukazuje się szerzej lub wręcz przemilcza pełną prawdę o księdzu Sopoćce i jego dokonaniach w apostolskiej służbie Miłosierdzia.
Świadectwo
Nader często słyszy się z różnych stron pytanie, dlaczego tak mało mówi się o kapłanie, bez którego trudno zrozumieć i wyjaśnić obecny rozwój i dynamikę kultu Bożego Miłosierdzia? Gdy jego relikwie docierają do odległych krajów i kontynentów, ludzie pytają: dlaczego tak mało wiemy o tym żarliwym apostole miłosiernej miłości Bożej? Niewiele, niestety, mówi się o nim także w jego umiłowanej Ojczyźnie. Czy nie nadszedł – mocno już spóźniony – czas, by zaczęły się spełniać poświęcone mu niegdyś słowa białostockiej poetki:
Przyszłość kiedyś okaże, a wieczność – odsłoni,
Kim był, czego dokonał, jak pojmował życie!…
Jakie kruszce zaskarbił za prawdą w pogoni,
Do jakich heroizmów powołan w ukryciu!
(M. Różycka, Przyjaciel Boży).
Dziś nie wie tego już tylko ten, kto nie chce wiedzieć, jak wiele ksiądz Sopoćko wniósł w dzieło kultu Bożego Miłosierdzia. Tak się złożyło, że ja wiem. W białostockim seminarium był moim profesorem i spowiednikiem. Później uczestniczyłem jako postulator w jego procesie beatyfikacyjnym, przypieczętowanym papieskim dekretem o heroiczności życia i cnót, a następnie wyniesieniem na ołtarze. Odbieram to jako niezasłużoną łaskę, a zarazem zobowiązanie. Nie chcę, żeby spełniły się na mnie gorzkie słowa poety: „Byłem świadkiem, lecz nie potrafiłem dać świadectwa”. Nie powiem, żebym nie dawał świadectwa, na jakie mnie stać. Ukazało się kilka moich książek poświęconych księdzu Sopoćce oraz kilkadziesiąt innych publikacji, które mówią o nim i jego apostolskiej idei.
Ufam, że nie zabraknie mi odwagi, by powiedzieć to, co jest aktualnie potrzebne i co może przynieść pożytek jego apostolskiej sprawie. Chodzi przede wszystkim o przywrócenie równowagi i właściwych proporcji w ukazywaniu pełnej prawdy o genezie kultu Miłosierdzia Bożego, który przeżywa swój rozkwit. Nie chcę zawieść zaufania, jakie ksiądz Sopoćko okazał mi u schyłku swego życia, prosząc o zaangażowanie w jego dzieło. Pragnę jednocześnie być wyrazicielem opinii i uczuć swojego środowiska, dotyczących niedostatku informacji lub wręcz przemilczania pełnej prawdy o słudze i apostole Bożego Miłosierdzia.
Święta Faustyna Kowalska, niegdyś prawie nieznana zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, dziś jest czczona na świecie jako „powierniczka”, „sekretarka” i „apostołka” Miłosierdzia Bożego. Widzimy w tym dzieło Boże, w którym ksiądz Sopoćko miał wyjątkowy i nieporównywalny udział.
Wybrał go Jezus
Siostra Faustyna w swym życiu zakonnym miała kilku spowiedników. Na ogół spełniali swój obowiązek bez zarzutu, ograniczając się w zasadzie do rutyny w dobrym znaczeniu tego słowa. Żaden jednak nie spełniał jej oczekiwań związanych ze zleconą misją. Po latach próby Zbawiciel wysłuchał jej gorącej modlitwy: „Dobroć Jezusa jest nieskończona” – zapisała w „Dzienniczku”. „Obiecał mi pomoc widzialną na ziemi i otrzymałam ją w krótkim czasie w Wilnie. Poznałam w ks. Sopoćce tę pomoc Bożą… usłyszałam głos w duszy: Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci dopomoże spełnić wolę moją na ziemi” (S.M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 1995, 53). Te jej słowa wprowadzają w samą istotę rzeczy.
Wileński spowiednik rozpoznał w Faustynie zarówno żarliwe pragnienie i znamiona świętości, jak też Boże wybranie do charyzmatycznej misji. Został jej przewodnikiem duchowym, a następnie wziął na siebie cały ciężar misji, której ona sama nie była w stanie wypełnić. Zyskała w nim upragnione kierownictwo duchowe i – co jeszcze ważniejsze – zesłaną przez Boga pomoc w wypełnieniu apostolskiego zadania. „W pewnym dniu w czasie rannego rozmyślania usłyszałam taki głos: Ja sam jestem kierownikiem twoim, byłem, jestem i będę; a iżeś prosiła o pomoc widzialną – i dałem ci, i wybrałem go wpierw sam, niżeli żeś mnie o to prosiła, bo tego wymaga sprawa moja” (Dz, 262). Jezus miał nadal sprawować swoje kierownictwo, ale już przez księdza Sopoćkę. Dla Faustyny skończyła się „udręka” i „niewymowne cierpienia” z braku odpowiedniego spowiednika i niewykorzystanych przez to łask (por. Dz, 53). Przełomowy moment nastąpił, gdy zbliżyła się do jego konfesjonału: „Kiedy odsłoniłam całą duszę przed tym kapłanem, Jezus zlał na duszę moją całe morze łask” (Dz, 263).
Faustyna z kolei rozpoznała w nim tego, którego Bóg wybrał od dawna do realizacji swych planów, podobnie jak ją. Nie mógł być to przypadek, lecz znak. „Jezu, dziękuję Ci za tę wielką łaskę, to jest za spowiednika, którego mi sam raczyłeś wybrać… Wiem, jak wielkie szkody sama ponosiłam, kiedy nie miałam tej pomocy. Bez kierownika łatwo można zejść na manowce” (Dz, 61). Widziała w nim „zastępcę Chrystusa” (por. Dz, 365) i w tym duchu odbierała jego posługę: „Spowiednik jest dla mnie wyrocznią, słowo jego jest święte dla mnie – mówię to o swoim kierowniku” (Dz, 293). Jej zaufanie nie miało granic: „Naśladowałam ślepego, który ufa przewodnikowi i trzyma się silnie jego ręki, i nie odstępuje ani na chwilę od posłuszeństwa, które było mi deską ratunku w próbie ognistej” (Dz, 68). Nietrudno sobie wyobrazić, jak taka ufność zobowiązywała spowiednika i jakie nakładała na niego brzemię odpowiedzialności.
Kapłan według serca mojego
Zasadniczą płaszczyzną późniejszych kontaktów księdza Sopoćki i siostry Faustyny było apostolstwo w szerzeniu kultu Bożego Miłosierdzia. Faustyna widziała, jak stawało się domeną jego trudów. Pod datą 30 VIII 1937 r. zapisała skierowane do niej słowa Jezusa: „Jest to kapłan według serca mojego, miłe są mi jego wysiłki. Widzisz, córko moja, że com ci przyobiecał, dotrzymuję. Przez niego rozsiewam pociechy dla dusz cierpiących, udręczonych; przez niego upodobało mi się rozgłosić cześć dla miłosierdzia mojego, a przez to dzieło miłosierdzia więcej dusz do mnie się zbliży, aniżeliby on dzień i noc rozgrzeszał aż do końca życia swego, bo tak pracowałby tylko do końca życia, a przez dzieło to pracował będzie aż do końca świata” (Dz, 1256). Dowiadując się o jego pracy na tym polu, zapisała: „Widzę księdza Sopoćkę, jak umysł jego jest zajęty i pracuje w sprawie Bożej [starania dotyczyły kultu i święta oraz nowego zgromadzenia zakonnego] wobec dostojnych Kościoła, aby przedłożyć życzenia Boże. Za jego staraniem nowe światło zajaśnieje w Kościele Bożym dla pociechy dusz. Choć na razie dusza jego jest przepełniona goryczą, jakoby nagrodą za wysiłki dla Boga, ale nie tak będzie… widzę radość jego, której nic uszczerbku nie sprawi, udzieli mu Bóg i części tej radości już tu na ziemi. Takiej wierności dla Boga, jaką się ta dusza odznacza, nie spotkałam” (Dz, 1390). Warto wniknąć głębiej w wymowę tego proroczego świadectwa…
List księdza Sopoćki (otrzymany przy końcu października 1937 r.) pomógł jej zrozumieć, że Bóg oczekuje od niej nie czynu, który mógłby „pokrzyżować plany Boże”, lecz jedynie modlitwy i ofiary: „Poznałam w tym liście, jak wielkiego światła użycza Bóg temu kapłanowi; utwierdza mnie w przekonaniu, że dzieło to Bóg przez niego przeprowadzi… chociaż przeciwności się piętrzą. Wiem o tym dobrze, że im dzieło piękniejsze, tym straszniejsze burze przeciw niemu szaleć będą” (Dz, 1401). Kiedy indziej, podczas Mszy św. odprawianej przez księdza Sopoćkę, widziała Jezusa: „Rzekł do mnie: Myśl jego jest ściśle złączona z myślą moją, a więc bądź spokojna o dzieło moje, nie dam mu się pomylić, a ty nic nie czyń bez jego pozwolenia – napełniając duszę moją wielkim spokojem o całość dzieła tego” (Dz, 1408). Kolejne świadectwo, którego nie wolno przeoczyć.
Skuteczność duszpasterska podjętej pracy dodawała księdzu Sopoćce sił i zapału, nie pozwalała zniechęcać się w chwilach próby. Faustyna, wczuwając się w jego sytuację, dostrzegała głębszy sens spotykających go doświadczeń: „Dziś ujrzałam wysiłki tego kapłana w sprawie Bożej. Serce jego zaczyna kosztować tego, czym było przepojone serce Boże w czasie tego ziemskiego żywota. Za wysiłki – niewdzięczność… Lecz gorliwość jego wielka jest o chwałę Bożą” (Dz, 1547). Dziękowała Bogu, pełna podziwu dla mądrości i celowości Jego miłosiernych planów, coraz bardziej spokojna o losy kultu, którego zręby wytrwale budował jej spowiednik. „O Jezu – pisała – Ty widzisz, jak wielką mam wdzięczność dla ks. Sopoćki, który tak daleko posunął dzieło Twoje. Ta dusza, tak pokorna, umiała wytrzymać wszystkie burze i nie zniechęciła się przeciwnościami, ale wiernie odpowiedziała wezwaniu Bożemu” (luty 1938 r., Dz, 1586).
Te świadectwa mają nieocenioną wagę dla zrozumienia, w jak ogromnej i nieporównywalnej mierze powstanie i obecny rozwój nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego są dziełem księdza Sopoćki. Nie sposób sobie wyobrazić, jak bez niego potoczyłyby się dzieje powierzonego Faustynie posłannictwa. Dziś wiemy, że miłosierna Opatrzność chciała przez nią włączyć go w swoje plany. Nie zawiódł Jej oczekiwań. Tym bardziej można zastanawiać się, dlaczego świadectwa „z pierwszej ręki”, jak te zawarte w „Dzienniczku”, nie są należycie wykorzystywane dla ukazania porywającej prawdy o tym, jak miłosierny Bóg przeprowadza zbawcze zamiary przez wybranych do tego ludzi.
Wyobraźnia Miłosierdzia
Podczas ostatniego spotkania umierająca zakonnica wywarła na swym dawnym spowiedniku „wrażenie istoty nadziemskiej” (por. M. Winowska, Prawo do Miłosierdzia, Paryż 1974, s. 259-60; M. Tarnawska, dz. cyt., s. 220). Tym razem on w swoim „Dzienniku” zapisał: „Udałem się do Krakowa, by odwiedzić konającą S. Faustynę. S. Faustyna bardzo się ucieszyła tym, że wszyscy biskupi zostali już powiadomieni i przepowiedziała, że za 10 dni umrze. Istotnie otrzymałem po powrocie do Wilna depeszę, że 5 października zasnęła w Panu. O jej świętości jestem mocno przekonany. Obiecała pomagać mi z nieba. 11 i 17 X odprawiłem za nią /a może już na jej cześć/ Mszę Świętą” (Ks. dr Michał Sopoćko, Dziennik, odpis maszynowy rękopisu autora, Gorzów Wlkp. 1979, Zeszyt 2, s. 47-48).
Przekonania o jej święto ści nie zatrzymał dla siebie, mając na względzie perspektywę obejmującą jej charyzmatyczną misję. Patrzył poza horyzont spraw zamkniętych w granicach miejsca i czasu. Nie zabrakło mu tego, co nazywamy wyobraźnią Miłosierdzia. W jego liście (Archiwum Kurialne Archidiecezji Białostockiej, teczka X, 11) wysłanym po śmierci Faustyny do jej krakowskiej przełożonej (była nią matka Irena Krzyżanowska) dominują dwa ściśle powiązane ze sobą wątki: świętość Faustyny i podstawy kultu Miłosierdzia Bożego. Wiedząc, że jej świętość przemawia za wiarygodnością udzielanych jej objawień i zleconej misji, myślał o procesie beatyfikacyjnym. Niemniej zaznacza, że nie wolno opierać starań o wprowadzenie kultu Miłosierdzia do życia Kościoła głównie na przeżyciach mistycznych Faustyny. „Inaczej bowiem można sprawie zaszkodzić, albo przynajmniej ją odwlec, jak to było z kultem Serca Pana Jezusa. Dlatego w swych staraniach dotychczasowych nic nie wspominałem i nie łączyłem kultu Miłosierdzia Bożego z S. Faustyną… Natomiast starałem się podawać dowody i motywy na stosowność, słuszność, zbawienność, jeżeli nie konieczność tego kultu – i tak będę postępował nadal”. Deklaracja ujawnia roztropność i trzeźwość myślenia teologa, dla którego miarodajne pozostają ściśle teologiczne źródła argumentów i uzasadnień.
Ksiądz Sopoćko wierzył, że Faustyna nie szukała Nieba tylko dla siebie i dlatego jej misja nie skończyła się wraz ze śmiercią. Ufał mocy jej wstawiennictwa u Boga względem siebie, co mu obiecała. Sprawę kultu widział we właściwym świetle i proporcjach: „Jeżeli Bóg zechce okazywać szczególniejsze łaski za wstawiennictwem św.p. S. Faustyny, o co Zgromadzenie może i winno się modlić, wówczas dopiero można będzie dołączyć i ten motyw, który jednak decydującym nie będzie”. Decydujące będzie stanowisko Kościoła wyrażone przez powołane do tego jego instytucje i prawowite władze kościelne. Do tego było konieczne budowanie teologicznego fundamentu kultu: on ten trud podjął i wykonał.
Kiedy arcybiskup Karol Wojtyła, późniejszy autor encykliki „Dives in Misericordia”, podjął w 1965 roku decyzję o wszczęciu procesu beatyfikacyjnego siostry Faustyny, wyraził podobne życzenie, żeby nie łączyć go z nabożeństwem do Miłosierdzia Bożego (P. Socha, Rozwój nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego w nowej formie w Polsce i za granicą, w: Wobec tajemnicy Miłosierdzia Bożego, Poznań 1991, s. 205-206). Jakkolwiek ściśle oba nurty wiążą się ze sobą, będzie o wiele lepiej, ażeby każdy opierał się na własnej, odpowiadającej jego naturze bazie dowodowej. Godna uwagi zbieżność myślenia dwóch wielkich apostołów rzeczonego nabożeństwa.
