Prezydent najpierw zatelefonuje

Konsultacje Bronisław Komorowski
chciałby zacząć od spotkania z szefem
partii, która wyjdzie zwycięsko z
wczorajszych wyborów parlamentarnych. Sądzę, że ze wszystkimi powinienem się spotkać i ze wszystkimi chcę się spotkać, bo to nie tylko kwestia
tworzenia nowej koalicji większościowej i perspektywa utworzenia rządu, ale
także budowanie relacji między prezydentem a partiami. To także budowa poprawnych relacji między
partiami politycznymi między sobą mówił wczoraj prezydent po oddaniu
głosu w wyborach. Komorowski
stwierdził, że na konsultacje „mamy
trochę czasu”, jednakże jeszcze przed
ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów, a tym samym przed oficjalnymi
konsultacjami, chciałby telefonicznie porozmawiać z szefami partii,
które wejdą do parlamentu.

To do kompetencji prezydenta należy w pierwszym kroku wskazanie po wyborach
parlamentarnych szefa nowego rządu, który następnie musi uzyskać wotum zaufania
od Sejmu. Chciałbym, by korzystając z dobrych
wzorców, był czas na gratulacje dla
tych, którzy wygrali, ale i dla tych, którzy przegrali, szacunek dla wysiłku konkurenta. To wszystko może tworzyć
dobry klimat dla polskiej demokracji zaznaczył Komorowski. Prezydent stwierdził,
że od sposobu powołania rządu i od pierwszych zachowań i wzajemnych komentarzy będzie zależała jakość przyszłej polskiej polityki.

Najmniejszą różnicę z opublikowanych w ostatnich dniach sondaży pomiędzy
pierwszą a drugą partią wskazywało badanie przeprowadzone dla Polskiego Radia
przez Instytut Badania Opinii Homo Homini. Opublikowany na tydzień przed wyborami sondaż wskazywał poparcie
dla Platformy na poziomie 30,1 proc.,
a dla PiS 29,1 procent. W porównaniu z poprzednim badaniem
przeprowadzonym przez ten Instytut
poparcie dla Platformy spadło o 3
punkty, a wzrosło dla Prawa i Sprawiedliwości o 1 punkt. Sondaż wskazywał, iż oprócz dwóch największych partii do Sejmu dostałyby się jeszcze
trzy ugrupowania: PSL 10,4 proc., SLD 9,9 proc. oraz Ruch Palikota 9 procent. Sam premier Donald Tusk
chyba nie bardzo wierzył tym sondażom, dającym łatwe zwycięstwo jego partii, gdyż po opuszczeniu wraz z rodziną lokalu wyborczego stwierdził, że „z emocji będą obgryzać pazury i
czekać na wyniki”. Przyglądając się
innym sondażom przedwyborczym,
Bronisław Komorowski może mieć
nadzieję, iż jako pierwszy na spotkanie z głową państwa przybędzie niedawny partyjny kolega prezydenta,
obecny premier Donald Tusk, któremu będzie mógł zaproponować rządzenie przez kolejną kadencję. Oficjalnie publikowane sondaże tradycyjnie dawały bowiem pierwszeństwo i wyborcze zwycięstwo Platformie
Obywatelskiej. Niektóre z bardzo wyraźną przewagą. Z ankiety przeprowadzonej przez Centrum
Badania Opinii Społecznej, która
zbadała preferencje polityczne wyborców na tydzień przed wyborami, wynika, że Platforma Obywatelska
powinna we wczorajszych wyborach
zwyciężyć przygniatającą większością. Badanie CBOS dawało Platformie Obywatelskiej 34 proc. głosów,
podczas gdy Prawu i Sprawiedliwości jedynie 20 procent. Z ankiety wynika, że do
Sejmu dostałyby się także: SLD z marnym wynikiem 9 proc.,
Ruch Palikota z 7-procentowym poparciem i PSL z 6-procentowym.

W opublikowanym w piątek nie sondażu, lecz „prognozie wyborczej” TNS OBOP dla „Gazety Wyborczej”
Platforma Obywatelska zwyciężyła z
aż 39,5proc. poparcia. Poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości zaprognozowano na
29,1 procent. Trzecią pozycję przyznano Ruchowi Palikota 10,3 procent. Według prognozy do
Sejmu dostałby się także SLD z 9,2 -procentowym poparciem, i ludowcy
z wynikiem 8,7 procent. Opublikowany 3 października sondaż Millward Brown SMG/KRC dla TVN24 wskazywał z kolei na zwycięstwo
Platformy 32 proc., z 4-punktową przewagą nad Prawem i Sprawiedliwością. Za PiS (29 proc.) znalazły się: SLD 9 proc., Ruch Palikota
8 proc., i PSL 5 procent. Spośród formacji, które zarejestrowały swoje listy
wyborcze w całym kraju, sondażownie nie dawały nadziei na wejście do Sejmu ani
PJN, ani Polskiej Partii Pracy Sierpień „80. Zarówno prezydent
Bronisław Komorowski, jak i premier Donald Tusk, odnosząc się wczoraj do wyborczej frekwencji,
spodziewali się, iż do urn pójdzie
mniej Polaków niż przed czterema
laty. W 2007 r. w wyborach parlamentarnych wzięło udział 53,88 proc.
uprawnionych do głosowania. Była to najwyższa frekwencja w wyborach parlamentarnych po
1989 roku. Dwa lata wcześniej, gdy
wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość, frekwencja wyniosła 40,57 procent. Według
Państwowej Komisji Wyborczej, wczoraj po dwóch
godzinach głosowania frekwencja
wyniosła 2,79 proc., a po 7 godzinach do godz. 14.00, głosowało 23,03 proc.
uprawnionych. Przewodniczący PKW Stefan Jaworski tłumaczył, iż trudno porównywać
te cząstkowe dane o frekwencji z
wczoraj z danymi o frekwencji z
poprzednich wyborów. A to ze
względu na inne godziny otwarcia
lokali wyborczych. Zachowania ludzi w tym wolnym dniu zależnie
od godziny rozpoczęcia głosowania
są różne tłumaczył Jaworski. Zwrócił uwagę, iż poprzednie wybory rozpoczynały się o godzinie
6.00 bądź 8.00.

Wczoraj głosowaliśmy natomiast od godziny 7.00. Przed czterema laty lokale wyborcze otwarto o godz. 6.00. Na godz.
10.30 frekwencja wyniosła w 2007
r. 8,36 proc., a na godz. 16.30 38,22 procent.
Ostatniego dnia kampanii wyborczej w piątek, liderzy ubiegających się o parlamentarne mandaty ugrupowań to właśnie głównie o
frekwencję zabiegali u swoich wyborców. Z orędziem wystąpił także Bronisław
Komorowski. Zachęcając do udziału w wyborach, podkreślał, że głos każdego
wyborcy liczy się tak samo jak głos prezydenta. Stwierdził, że wszyscy czerpiemy radość z „obserwacji rosnącej
roli Polski na arenie międzynarodowej i z tego, co w wielu miejscach możemy zobaczyć nieomalże przez okna własnego domu”. A
możemy zdaniem prezydenta zobaczyć „zmieniającą się dzięki
naszym wysiłkom na lepsze Polskę
lokalną”. W orędziu Bronisław
Komorowski najwyraźniej nawiązał do budowanego przez jego byłą partię przekonania, że tylko Platforma może wywalczyć dla Polski
duże pieniądze z Unii Europejskiej, zaznaczając, iż "skala naszego rozwoju zależy w poważnym
stopniu od skuteczności naszej polityki europejskiej, od umiejętnego, właściwego wykorzystania funduszy unijnych”. Nie mam powodów, żeby wątpić, że każda z partii chce jak najlepiej dla Polski. Ale te
partie różnią się programami i wizją przyszłości naszego kraju, więc być może od wyników niedzielnych
wyborów zależeć będzie, czy Polska obroni trwający wzrost gospodarczy mówił Komorowski. O głosy dla Platformy apelował też
Donald Tusk. To obawy przed utratą poparcia tych, którzy są przekonani, że głosując na Palikota,
oddają głos na koalicję PO Palikot, musiały sprawić, że szef Platformy
ogłosił wykluczenie możliwości
współpracy "z kimś, kto chce legalizacji narkotyków niezależnie od tego, czy nazywa się Palikot, czy inaczej”. Jarosław Kaczyński apelował natomiast, aby w niedzielę
do wyborów przyjść całymi rodzinami i przekonywać do udziału w
wyborach każdego niezdecydowanego. W wyborczych spotach mówił, iż Donald Tusk
się nie sprawdził, i zwracał się do wyborców, żeby nie oddawać Polski w ręce
koalicji Tuska z Palikotem. Prezes PiS podpisał również deklarację w
sprawie ponadpartyjnej współpracy „Polska jest jedna”. Chodzi o wsparcie wszystkich sił politycznych dla starań Polski o środki w
nowym budżecie unijnym i zrównanie dopłat dla polskich rolników,
ale także o obronę polskich polityków przed atakami zagranicznych mediów. Zadeklarował, iż politycy
PiS broniliby Donalda Tuska, gdyby taki atak na szefa PO nastąpił.

 

Artur Kowalski

***

Prezydent musi się liczyć z wolą wyborców

Z dr. Markiem Dobrowolskim, konstytucjonalistą z Katedry
Prawa Konstytucyjnego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II,
rozmawia Paulina Gajkowska

Bronisław Komorowski, a za nim Tomasz Nałęcz, kilkakrotnie w ciągu ostatnich
dni powtarzali, że prezydent może, ale nie musi desygnować na premiera lidera
zwycięskiej partii. Jak w świetle Konstytucji wygląda proces powoływania przez
głowę państwa szefa rządu?

– Zacząłbym od tego, że tryb powoływania premiera i Rady Ministrów jest
rozłożony na trzy etapy. Jeżeli pierwszy nie przynosi rezultatu, tj. nie
dochodzi do skutecznego powołania rządu, wówczas w grę wchodzi kolejny etap, a
potem analogicznie trzeci. Jeśli chodzi o pierwszy, Konstytucja jasno mówi, że
to prezydent desygnuje premiera i na jego wniosek powołuje Radę Ministrów. W tym
miejscu nie ma żadnych prawnych ograniczeń co do tego, kogo prezydent może
desygnować na premiera. Czyli od strony prawnej te deklaracje nie stoją w
sprzeczności z Ustawą Zasadniczą. Prezydent ma dość dużą swobodę. Jednakże rząd,
który zostanie powołany w pierwszym etapie, musi zwrócić się do Sejmu o wotum
zaufania. Jeśli tego wotum nie otrzyma, wówczas otwiera się drugi etap, w którym
Sejm samodzielnie wybiera premiera i rząd. W związku z istnieniem tego drugiego
etapu prezydent musi liczyć się z układem sił, jaki jest w Sejmie. Myślę, że
przy tak spolaryzowanej scenie politycznej dobrze byłoby kształtować zwyczaj
desygnowania na premiera w pierwszej kolejności lidera zwycięskiej partii. Nawet
wtedy, jeśli nie uzyskałaby ona większości bezwzględnej.

Dlaczego?
– Chodzi o umożliwienie liderowi, który zyskał największe poparcie, stworzenie
rządu. Jeśli okazałoby się, że partia zwycięska nie jest w stanie stworzyć
rządu, np. nie ma zdolności koalicyjnej, wówczas Sejm wybiera premiera, który
będzie miał większość. Niedesygnowanie lidera zwycięskiej partii na premiera,
choć jest to prawnie dopuszczalne, naraża prezydenta na zarzut wikłania się w
spory polityczne czy preferowania jednej partii. Oczywiste jest, że każdy
prezydent wywodzi się z konkretnego środowiska politycznego czy partii
politycznej, jednak jego rolą jest wychodzenie ponad partyjne korzenie czy
sympatie. Prezydent ma reprezentować państwo i brać pod uwagę werdykt wyborców.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat demokracji zdarzały się przecież sytuacje,
kiedy desygnowany premier był z radykalnie odmiennej opcji politycznej niż
prezydent. Tak było i za Lecha Wałęsy, i za Aleksandra Kwaśniewskiego i za śp.
Lecha Kaczyńskiego.

Prezydencki doradca podkreślił, że od 1989 roku aż 9 z 12 premierów nie było
liderami zwycięskiej partii…

– Owszem, tak było. Jednak warto pamiętać również, dlaczego tak się działo.
Wynikało to z sytuacji politycznej w Sejmie, a nie – w pierwszej kolejności – z
kroków podejmowanych przez prezydenta. Najczęściej było to skutkiem decyzji na
szczeblu politycznym w Sejmie, w części przypadków – decyzji samej zwycięskiej
partii, a nie forsowania pewnej koncepcji politycznej przez głowę państwa.
Wracając jeszcze do etapów powoływania rządu. Tak jak powiedziałem, w świetle
prawa prezydent może powołać na premiera nawet jakiegoś Kowalskiego – polityka
nikomu nieznanego. Jednak kolejny etap powoduje, że prezydent musi liczyć się z
układem sił w parlamencie. Wchodząc w bardziej politologiczne rozważania,
obecnie sytuacja jest taka, że desygnowanie premiera z partii, która nie
zwyciężyła, uniemożliwia tej, która uzyskała największe społeczne zaufanie,
stworzenie rządu. A przecież należy taką szansę stworzyć w pierwszej kolejności
właśnie zwycięskiemu ugrupowaniu. Zresztą i tak wszystko rozgrywa się w Sejmie,
bo jeśli na przykład prezydent desygnuje na premiera inną osobę niż lider
zwycięskiej partii, a ta zwycięska partia ma zdolność koalicyjną, to desygnowany
premier nie będzie w stanie uzyskać wotum zaufania, więc w drugim etapie
większość sejmowa – stworzona przez wygranych – powoła własny rząd. Prezydent
swoim działaniem może co najwyżej utrudnić powołanie takiej koalicji, a tym
samym wydłużyć okres oczekiwania na nowy rząd. Oczywiście inną kwestią jest owa
zdolność koalicyjna partii. W każdym razie gdyby prezydent przy desygnowaniu
premiera zdecydował się na pominięcie lidera wygranej partii, to naraziłby się
na zarzut politykierstwa i straciłby w oczach opinii publicznej. Poza tym trudno
by mu było potem wybrnąć z tej sytuacji i wytłumaczyć swoją motywację. A efekt
byłby mizerny, gdyż jak wspomniałem, wszystko, co dotyczy powołania nowego
rządu, w istocie rozgrywać się będzie w Sejmie. Wypowiedzi płynące z Kancelarii
Prezydenta należy przyjmować z dystansem, może wywołują one pewne zamieszenie,
ale ich realne znaczenie jest niewielkie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj