Prawo buldożera

Z Edwardem Trusewiczem, sekretarzem Związku Polaków na Litwie, rozmawia
Łukasz Sianożęcki

Polacy na Litwie są rozczarowani podpisaniem przez Dalię Grybauskaite
nowelizacji ustawy oświatowej godzącej w ich prawa. Sporo osób miało nadzieję,
że pani prezydent jednak nie podpisze tak fatalnego w skutkach dokumentu.

– To prawda, nie wykluczaliśmy takiego rozwiązania. Pamiętaliśmy wcześniejsze
wypowiedzi pani prezydent, która przecież znana była jako osoba dialogu, zawsze
skłonna do dyskusji, i to w jak najszerszym aspekcie. Była przecież komisarzem
europejskim, więc sądziliśmy, że będzie otwarta również na rozmowy dotyczące tej
ustawy. Ostatecznie zachowała się jednak dość dziwnie, w tym sensie, że
przytaknęła litewskiemu parlamentowi, a w zasadzie rządzącej większości, i
postanowiła wraz z nimi uszczęśliwiać Polaków na siłę. Najbardziej rozczarowały
nas nie same założenia ustawy, ale fakt, jakimi metodami ta ustawa była
przyjmowana i w jaki sposób została ogłoszona przez parlament. Zastosowane
metody można śmiało nazwać prawem buldożera i w naszym liście otwartym
skierowanym do prezydent Grybauskaite odnosimy się do takich metod,
przypominając, że była kiedyś taka epoka, w której władze wciąż powtarzały, że
wiedzą wszystko najlepiej i chciały za wszelką cenę zapędzić ludzkość do
szczęścia.

Jak odniósłby się Pan do opinii, że litewski rząd działa w ciasnej konwencji
nacjonalistycznej? Może to jednak zbyt ostre słowa?

– Ja wcale nie określałbym stwierdzenia, że "litewski rząd patrzy
nacjonalistycznie", jako wyjątkowo ostrego. A to dlatego, że pojawiało się
mnóstwo propozycji dotyczących nie tylko ustawy oświatowej, rzekomo działających
dla dobra mniejszości narodowych, a w rzeczywistości były to programy skierowane
wyłącznie na asymilację. Zwracamy się do premiera, a także do odpowiednich
resortów, które będą odpowiadać za realizację tych programów, ze swoimi
propozycjami powołując się na europejskie dokumenty, żeby nie traktować nas tak,
jakby Litwa była krajem Afryki Północnej. Jedyne, z czym się spotykamy, to
pobłażliwe odpowiedzi w stylu: "Dziękujemy za wasze propozycje, ale uważamy, że
są one tutaj niestosowne". Poniekąd już się do tego przyzwyczajamy, tylko
szkoda, że tak się właśnie dzieje. Na szczęście wkrótce odbędą się wybory
parlamentarne, zmieni się rząd i być może zmieni się nasza sytuacja.

Co nowa ustawa oznacza w praktyce dla zwykłego polskiego ucznia na Litwie i
dla szeregowego nauczyciela?

– Należy w tym miejscu zacząć od tego, że litewscy politycy, w tym także
prezydent, podkreślali, iż nie podpiszą takiej ustawy, która nie będzie
lustrzanym odbiciem tej regulującej sytuację Litwinów w Polsce. Niestety,
podpisany przez prezydent Grybauskaite dokument nie wyrównuje tej sytuacji, a
wręcz w dużym stopniu pogarsza los Polaków na Litwie. Aby zrównoważyć tę
sytuację, nie będziemy teraz postulować oczywiście pogarszania sytuacji Litwinów
w Polsce, to byłoby przecież absurdalne. A obecnie tego lustrzanego odbicia w
żadnym wypadku dopatrzyć się nie sposób. Bardziej jest to podobne do krzywego
zwierciadła. Wystarczy przedstawić tu choćby pierwsze z brzegu fakty w kwestii
tego, co mają Litwini w Polsce, a czego Polakom na Litwie się odmawia. Weźmy np.
egzamin maturalny. Litwini w Polsce składają go w tym języku, w którym było
prowadzone nauczanie. Czyli jeśli Litwin w Polsce ukończył kurs historii
prowadzony w języku polskim, wówczas składa egzamin w tym właśnie języku. U nas
natomiast jeśli kurs, dajmy na to fizyki, był prowadzony w języku polskim, to
mimo wszystko na egzaminie obowiązuje język litewski. Tak więc 12 lat nauki po
polsku, po czym egzamin w innym języku. Takich sytuacji nie spotyka się w
Polsce. To jest jedna z różnic. Kolejną jest możliwość uczestniczenia przez
Litwinów mieszkających nad Wisłą w takich kursach, jak historia Litwy czy
geografia Litwy. Tu, na Wileńszczyźnie nie ma mowy o historii Polski, o
geografii Polski, są jedynie ogólne historia powszechna i geografia powszechna.
Inną kolosalną różnicą jest tzw. koszyczek ucznia, czyli systemy finansowania
szkolnictwa. Jeżeli współczynnik finansowania koszyczka polskiego ucznia na
Litwie wynosi +15 procent, tzn. nasze szkoły otrzymują 15-procentowy dodatek, to
dla porównania litewskie szkoły w Polsce otrzymują dodatki od 50 do aż 300
procent. Według mnie, aż nie wypada wspominać o jakiejkolwiek symetrii w
przypadku formowania klas. Dlatego że liczba uczniów, aby sformować polską klasę
na Litwie, jest nieporównywalnie wyższa od analogicznej sytuacji w Polsce. Nie
ma tu absolutnie żadnej symetrii. Żadnej. Ostatnia rzecz, ale równie
bulwersująca, czyli obowiązkowy egzamin maturalny z języka ojczystego. Na Litwie
absolwent szkoły polskiej nie ma takiego obowiązku, z kolei Litwini w Polsce
mają obowiązkową maturę ze swojego języka ojczystego. Takie rozwiązanie w
znacznym stopniu zwiększa status tego języka. To są główne rozbieżności tej
ustawy, które jasno pokazują, że o żadnym lustrzanym odbiciu nie ma mowy.

Mają Państwo plan działań w tej konkretnej, trudnej sytuacji? Wspominał Pan o
liście otwartym do pani prezydent, o licznych apelach do premiera i jego
ministrów…

– Na dzień dzisiejszy wszelkie oficjalne drogi są niestety zamknięte. Bardzo
mało jest także dróg nieoficjalnych, ponieważ nie mamy już do kogo apelować.
Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się dalsze prowadzenie rozmów z
poszczególnymi litewskim politykami, aby spróbować za pół roku, bo wówczas
będzie możliwość po raz kolejny znowelizować tę ustawę, a wszystkie negatywne
zapisy wykreślić.

Czego oczekują Państwo od władz w Warszawie? Jakiego rodzaju wsparcia?
– Jeżeli chodzi o wsparcie… Przyznaję, że moralne wsparcie czujemy, nie można
tego zanegować. Dotarły do mnie także informacje, że marszałek Senatu Bogdan
Borusewicz zadeklarował wszelką pomoc, kiedy będzie wdrażana nowa ustawa. To
znaczy chodzi o zapobieżenie, jak najbardziej się da, tym negatywnym skutkom.
Tak więc jest też deklaracja senacka. Gdy zaś idzie o nasze oczekiwania, to
sądzę, że strona polska już dziś – w kontekście przypadającego w tym roku
20-lecia dwustronnych stosunków dyplomatycznych – powinna rozważyć przyszłość
tych relacji. Rząd w Warszawie powinien się w tej sytuacji poważnie zastanowić,
czy nadal jest potrzebny traktat polsko-litewski. Należy to rozważyć ze względu
na fakt, że jest on przez Wilno nagminnie łamany. Jest też pytanie, jaka jest
przyszłość tego dokumentu, a tym samym przyszłość wzajemnych relacji. To bowiem,
jak zachowują się litewscy dyplomaci, zarówno w stosunkach bilateralnych, jak i
na skalę europejską, kompromituje ten traktat.

Mówił Pan o tym, że dofinansowanie, jakie otrzymujecie, nie jest zbyt
wysokie. Będąc na Litwie, można zaobserwować, że polskie szkoły i litewskie,
jeśli chodzi choćby o infrastrukturę, dzieli przepaść.

– Jeśli chodzi o litewskie szkoły na Wileńszczyźnie, to wiele z nich otrzymuje
dodatkowe środki finansowe prosto z rządu. One pozostają w gestii ministerstwa
oświaty i ono jednostkowo decyduje o dofinansowaniu poszczególnych placówek.
Także przez to jest realizowany program lituanizacji Wileńszczyzny. Jak to
działa? Rząd ma zatwierdzony program rozwoju regionu wileńskiego i integracji w
tej części kraju. Na ten program władze rokrocznie znajdują ok. 16 milionów
euro. Z tej puli wydawane są także środki finansowe dla lokalnych placówek
oświatowych… Niestety, wyłącznie dla litewskich placówek oświatowych. Dlatego
też wyglądają one o wiele lepiej w sensie zagospodarowania niż szkoły polskie.
Wiele z nich ma np. własne baseny i obiekty sportowe, o jakich polskie szkoły
nawet nie mogą pomarzyć. Są one urządzone tak atrakcyjnie po to, aby ściągnąć
ucznia-Polaka do szkoły litewskiej poprzez pokazanie mu, że to właśnie w niej
będzie miał zdecydowanie lepsze warunki. Drugą sprawą jest ciągła komplikacja
działania polskich szkół poprzez stałe zwiększanie limitu klas. Gdyby tego
limitu nie było, sieć naszych szkół wyglądałaby zupełnie inaczej. Niekonieczne
byłoby wprowadzenie filii przy placówkach oświatowych i ich ciągła
reorganizacja. To zostało wymuszone na władzach samorządowych w regionach
wileńskim i solecznickim. W praktyce oznacza to, że szkoła nie może działać
samodzielnie, lecz musi być podległa innej placówce, gdyż rzekomo w danej szkole
jest za mało uczniów. To co wpływa także na gorszy stan naszych szkół, to
również narzucony z góry zakaz przesuwania koszyczka ucznia z jednej szkoły na
inną. Jeżeli któraś placówka ma nadwyżkę wynikającą z tego koszyczka, mogłaby
podzielić się z sąsiednią placówką, która ma pewne braki. Niestety radom
samorządowym, które decydują o powstawaniu i pracy szkół, zakazuje się dzielenia
tego koszyczka. Gdyby nie było tego zakazu, wiele szkół mogłoby w dalszym ciągu
swobodnie działać. To jasno pokazuje, jak stale próbuje się komplikować życie
Polaków na Litwie i uszczuplać nasz stan posiadania.

Samorządy, które powinny mieć ostatnie słowo w kwestii szkolnictwa, nie są w
stanie zbyt wiele zdziałać na tym polu.

– To prawda. Odbiera się samorządom prawo tak wydawałoby się błahe, jakim jest
posługiwanie się koszyczkiem ucznia. Gdyby samorząd mógł działać w pełni, to
jeszcze jakoś byśmy dali radę i utrzymali obecną sieć szkół. Tak samo ciągłe
zwiększanie liczby uczniów w klasie. Jeszcze przed kilkoma laty było to pięcioro
uczniów na klasę, dziś jest to już dziesięcioro. I tak, jak wspominałem, także
tu nie ma symetrii względem Litwinów w Polsce, którzy klasy kompletują przy
znacznie niższej liczbie uczniów.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj