Skąd tu wziąć zaufanie?
Wprawdzie, jak zauważył Aleksy de Tocqueville, nie ma takiego okrucieństwa
ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się skądinąd łagodny i
liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy, ale przecież nie oznacza to, że
rację automatycznie mają krytycy rządu – bez względu na to, co mówią. Zanim tedy
uwagę naszą ostatecznie pochłoną przygotowania do obchodów pierwszej rocznicy
katastrofy smoleńskiej, same obchody, potem spory między poszczególnymi
frakcjami uczestników uroczystości, kto na niej "żeruje" i ją "upolitycznia", a
kto swoim uczestnictwem "bezcześci" pamięć ofiar, po czym kraj pogrąży się w
świątecznej nirwanie – wróćmy na chwilę do innego sporu, angażującego posiadaczy
najtęższych głów w naszym nieszczęśliwym kraju: profesora Leszka Balcerowicza i
ministra Jacka Rostowskiego.
O ile dotychczas batalię o dochody z prowizji od pieniędzy wyłudzonych od
obywateli pod pretekstem zreformowania im emerytur toczyli zainteresowani albo
po jednej, albo po drugiej stronie ekonomiści, o tyle teraz, w ostatniej chwili,
włączyli się do niej prawnicy w osobie profesora Jerzego Stępnia, byłego prezesa
Trybunału Konstytucyjnego. Właściwie nie byłoby powodu, by do tego sporu wracać,
bo cóż to dla nas, ofiar bankrutującego systemu emerytalnego, za różnica, czy
obrabują nas filuci prywatni, czy też rząd, skoro tak czy owak zostaniemy
obrabowani – gdyby nie argument, którego pan profesor Stępień użył w obronie
dotychczasowej wysokości odpisu na rzecz otwartych funduszy emerytalnych.
Powiedział mianowicie, że przyjęta niedawno przez Sejm ustawa podważa zaufanie
obywateli do państwa.
Czy można podważyć coś, czego nie ma? Wydaje się, że nie, i dlatego argument
pana profesora Stępnia zdaje się w istniejących okolicznościach bezprzedmiotowy.
Wprawdzie nie prowadzę takiego intensywnego życia towarzyskiego jak celebryci,
którzy nie tylko codziennie widują się z mnóstwem interesujących ludzi
wszystkich możliwych płci, ale w dodatku co noc kochają kogoś innego, niemniej
jednak odbywam wiele publicznych spotkań i o ile pamiętam, nie spotkałem dotąd
nikogo, kto obdarzałby nasze państwo w jego współczesnej postaci zaufaniem.
Nawiasem mówiąc, taki nieufny stosunek obywateli do obecnej postaci naszego
państwa przynosi zaszczyt ich spostrzegawczości, bo rzeczywiście – III
Rzeczpospolita nastawiona jest raczej na bezlitosną grabież swoich obywateli,
których sprzedaje w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówce poprzez
powiększanie długu publicznego oraz oczywiście również kosztów tak zwanej jego
"obsługi". Dlatego też jedna część naszego społeczeństwa emigruje, inna schodzi
do gospodarczego podziemia w "szarej strefie", która wytwarza już co najmniej 30
procent produktu krajowego brutto, a więc tego, co w Polsce jest wyprodukowane i
sprzedane, a kolejna – coraz natarczywiej prezentuje postawy roszczeniowe,
licząc na to, że w ten sposób "odkradnie" sobie to, co rząd wcześniej jej
zrabował. Oczywiście jest to złudzenie, bo stworzony przez naszych Umiłowanych
Przywódców system eksploatowania obywateli naszego nieszczęśliwego kraju jest
perfekcyjnie uszczelniony. Rząd wypuszcza obligacje, które kupują otwarte
fundusze. Te pieniądze rząd dokłada do ZUS, żeby miał z czego wypłacać
emerytury. Później jednak rząd musi od OFE obligacje wykupić – z czego mają one
zysk bez ryzyka, z którego wypłacają sobie prowizję. Ten zysk pochodzi z tego,
że obywatele muszą dwa razy płacić za to samo; raz – jako ubezpieczeni – składkę
do ZUS, z której 1/3 dostawały OFE, a drugi raz – jako podatnicy – żeby rząd
mógł od OFE obligacje wykupić. W tej sytuacji tylko idiota mógłby do takiego
państwa żywić zaufanie – a idiotów aż tak dużo znowu u nas nie ma, żeby ze
względu na nich formułować solenne konstytucyjne principia demokratycznego
państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej. Bo
gdyby nawet jakiś naiwniak miał wątpliwości co do tego sprytnego mechanizmu
grabieży, to ostatecznie powinna przekonać go okoliczność, że gwarantem
wypłacalności całego interesu jest… budżet państwa, a więc znowu biedni
podatnicy, którzy – w razie, gdyby coś poszło nie tak – będą musieli za to samo
zapłacić po raz trzeci. Nic więc dziwnego, że w obronie takich alimentów
poruszone zostały wszystkie możliwe Moce – ale z punktu widzenia obywatela to,
kto go akurat ograbia, nie jest takie specjalnie ważne, skoro przed samą
grabieżą żadne prawo ani państwo go nie chroni.
Stanisław Michalkiewicz
