Pozorne konsultacje wyborcze
Z prof. Krystyną Pawłowicz, wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji
Uniwersytetu Warszawskiego oraz członkiem Trybunału Stanu, rozmawia Paulina
Jarosińska
Wczoraj odbyło się spotkanie Bronisława Komorowskiego z Donaldem Tuskiem w
sprawie terminu wyborów parlamentarnych. Prezydent po rozmowach z PKW oznajmił,
że termin, który postulowała opozycja, czyli 30 października, jest niemożliwy do
realizacji, a ponadto Komorowski rozważa zarządzenie dwudniowych wyborów – ich
możliwość wprowadza nowy kodeks wyborczy.
– Zaczęłabym od tego, że nowy kodeks wyborczy wprowadza szereg nowości, które
budzą wątpliwości, jeśli chodzi o ich zgodność z Konstytucją: po pierwsze,
możliwość zarządzenia dwudniowych wyborów; po drugie, głosowanie przez
pełnomocnika; ponadto dokonano nowego podziału okręgów wyborczych, zakazano
billboardów oraz znacznie ograniczono płatne reklamy. Gdyby chcieć zająć się
każdą z tych zmian, okazałoby się, że wszystkie one godzą w zasady
demokratycznego państwa. W przypadku możliwości zarządzenia dwudniowych wyborów
Ustawa Zasadnicza mówi wyraźnie: prezydent zarządza wybory parlamentarne,
wyznaczając je na DZIEŃ (jeden dzień) wolny od pracy. Nie ma więc podstawy w
Konstytucji, która pozwoliłaby na takie zarządzenie. Poza tym dwudniowe wybory
wprowadzają ryzyko naruszenia ciszy wyborczej, ponieważ dają czas na manipulacje
i nadużycia, a to z kolei narusza zasady demokracji. Ponadto decyzja o tym, czy
wybory mają trwać jeden dzień czy dwa dni, zależy do swobodnego uznania
prezydenta, który – jak wiadomo – reprezentuje konkretną opcję polityczną i
pojawia się obawa, że przy podejmowaniu takiej decyzji będzie kierował się
interesem swojego środowiska, a nie dobrem ogółu. W mojej ocenie, jakiekolwiek
konsultacje w sprawie terminu wyborów są tylko fasadą – termin został ustalony
już dawno.
Fasadą – która ma zbudować wrażenie, że prezydent wychodzi z inicjatywą i
pragnie szukać najlepszego rozwiązania – jest w tym wypadku najlepszy termin
wyborów?
– Tak. Przecież oczywiste jest, że prezydent i premier rozmawiają ze sobą często
i zapewne na bieżąco konsultują wspólnie różne sprawy. Wracając do nowego
kodeksu wyborczego, pragnę zauważyć, że niezgodne z Konstytucją jest również to,
aby głosowanie odbywało się przez pełnomocnika, ponieważ narusza to
konstytucyjną zasadę bezpośredniości wyborów. W takiej sytuacji może dochodzić
do bardzo wielu nadużyć, ponieważ nie ma możliwości późniejszej kontroli, czy
pełnomocnik oddał głos zgodnie z wolą osoby udzielającej pełnomocnictwa. Jeśli
już znalazłaby się osoba, która miałaby uprawnienia do głosowania, ale nie mogła
sama wybrać się do lokalu wyborczego, to komisja powinna przyjść do takiej osoby
i umożliwić jej oddanie głosu bezpośrednio. Kolejną kontrowersyjną kwestią w
nowelizacji prawa wyborczego jest nowy podział okręgów wyborczych tak, aby
okręgi, które zazwyczaj sympatyzowały np. z Prawem i Sprawiedliwością, były
porozbijane i podzielone tak, aby łączyć je z okręgami, gdzie przewagę miał
elektorat Platformy Obywatelskiej. Cel takiego zapisu jest wyłącznie polityczny,
bo ostatecznie dotychczasowe okręgi, w których poparcie miało PiS, zostają
rozproszone i wchłonięte przez przestrzenie dominacji PO. Zakaz billboardów i
ograniczenie płatnych reklam osłabia z kolei znacznie kanał komunikacyjny i
przepływ informacji pomiędzy partią a jej wyborcami, co jest fundamentem w
każdej demokracji. Ogranicza to prawa wyborców, jak również prawa partii
politycznych. Zmiany w prawie wyborczym zostały podyktowane – według
pomysłodawców – koniecznością zwiększenia frekwencji. Jednak nie możemy jej
traktować jako jakiegoś nadrzędnego celu.
Zmiany, o których mówimy, są zatem przede wszystkim w interesie konkretnego
środowiska politycznego?
– Zmiany w kodeksie wyborczym stanowią ukłon partii rządzącej w stronę jej
elektoratu, tak aby tylko tę część społeczeństwa zaktywizować. Uważam, że w
obliczu tak poważnych naruszeń zasad demokratycznego państwa, jakie niesie za
sobą nowelizacja prawa wyborczego, mówienie o tym, że prezydent spotyka się na
konsultacjach z premierem w sprawie terminu wyborów, nie brzmi poważnie ani
wiarygodnie. Wiadomo, że nieliczni obywatele zastanawiają się nad zasadnością
zmian w prawie wyborczym, dlatego dla większości informacja o tym, że prezydent
debatuje nad najlepszym terminem wyborów, może być sygnałem, że ich prawa są
respektowane. Natomiast lista i możliwości nadużyć, które wiążą się z
wprowadzeniem zmian zawartych w tej nowelizacji, świadczą o tym, że prawa
obywateli nie są na pierwszym planie. Ponadto obecna koalicja pokazała już
nieraz, że z Konstytucją się nie liczy.
Według Konstytucji prezydent zarządza wybory parlamentarne na dzień wolny od
pracy przypadający w ciągu 30 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji
Sejmu i Senatu, czyli w tym roku powinny się one odbyć pomiędzy 6 października a
4 listopada. Prawo i Sprawiedliwość postuluje, aby wybory odbyły się 30
października – na co nie zgadza się PKW. Natomiast PO chce wyborów 23
października. Według Pani, który termin byłby najlepszy?
– Obiektywnie najkorzystniejsze byłoby, aby wybory odbyły się w najpóźniejszym
możliwym terminie, czyli 30 października, ponieważ stworzyłoby to równe szanse
dla wszystkich partii, a przede wszystkim dla partii opozycyjnej, która ma
ograniczony dostęp do mediów. Dałoby to okazję do kontaktu z wyborcami, a dzięki
temu wszystkie partie miałyby przybliżone szanse walki o elektorat. Powtórzę:
termin wyborów jest już ustalony, a wczorajsze spotkanie prezydenta z premierem
stanowiło tylko kolejny pozorny ruch, sygnał dla społeczeństwa, że sprawujący
władzę mają na uwadze realizację procedur zgodnych z demokracją. Patrząc na
radykalne zmiany w prawie wyborczym, widać, że jest to zaledwie fasada – z
demokracją bowiem niewiele ma to wspólnego.
Dziękuję za rozmowę.
