Poza mainstreamem jest życie

Z Krzysztofem Skowrońskim, dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, byłym
dyrektorem Programu 3 Polskiego Radia, założycielem i dyrektorem internetowego
Radia Wnet, rozmawia Mariusz Bober

Trzy lata koalicji PO – PSL to dobry przykład na to, że rząd może być
skrajnie nieudolny i cieszyć się poparciem dzięki propagandowemu wsparciu
największych mediów.

– Obecnie problemem Polski nie jest to, czy rząd jest dobry czy zły. Problemem
jest fakt, że takiego pytania poważnie się nie stawia. Przed aferą Rywina i
orlenowską także wydawało się, że w głównych mediach nie ma tematów tabu, że
wszystkie pytania na temat Polski zostały postawione i na wszystkie zostały
sformułowane odpowiedzi.

Okazało się tymczasem, że cała sfera najistotniejszych wydarzeń pozostaje
ukryta przed opinią publiczną.

– Debata publiczna ma charakter ogólny – np. stawiane są pytania o deficyt
budżetowy. Ale życie gospodarcze odbywa się na poziomie konkretnych wydarzeń,
jak np. wypłata odszkodowania dla Eureko, na poziomie kontraktu gazowego,
przyjęcia konkretnych koncepcji prywatyzacyjnych czy szczegółowych rozstrzygnięć
w polityce zagranicznej. Istotny dyskurs dotyczy szczegółu i konkretu, a jego
konsekwencją może być debata ogólna. Tymczasem w największych mediach mamy do
czynienia z debatą ogólną lub nagłaśnianiem ponad miarę jakiejś nowej awantury.
Brakuje przyzwoitej, w miarę możliwości obiektywnej, analizy konkretnych zdarzeń
i ich konsekwencji. Mamy np. informacje na temat tego, że Polacy płacą za prąd
najwięcej [w Unii Europejskiej, biorąc pod uwagę siłę nabywczą złotówki – red.],
a z głównych mediów nie można dowiedzieć się, dlaczego. Mamy informacje, że
chcemy budować elektrownie atomowe, ale brakuje dyskusji o tym, czy to ma sens i
czy nie ma alternatywnych metod pokrycia polskiego zapotrzebowania na energię.
Propagandowość polega na zatrzymywaniu się na powierzchni zdarzeń. Pozornie
wszystko jest w porządku. W praktyce – nie.

Polskie mainstreamowe media zaczynają przypominać te zza wschodniej granicy?
– Mam wrażenie, że powodowany własną retoryką i podszeptem PR-owców premier
Donald Tusk nie zauważył, że za jego rządów w istotny sposób następuje regres
ważnego powołania IV władzy – media nie kontrolują rządu, zajmują się innymi
problemami. To pozwala na porównanie kondycji polskich mediów do kondycji mediów
za naszą wschodnią granicą. Z tego porównania oczywiście polskie środki przekazu
wyjdą z tarczą. W Polsce nie jest tak jak w Mińsku czy w Moskwie, ale widoczna
jest tendencja do rugowania głosu opozycji z głównych mediów. Jedną z cech
państwa totalnego była chęć uznania kogoś, kto ma inne poglądy, za osobę nie w
pełni władz umysłowych. Druga cecha to zajmowanie się – jako najistotniejszym
problemem – opozycją. Niestety, te dwa warunki w Polsce wydają się spełnione.
Ale władza, której siła i popularność opiera się na propagandzie, w którymś
momencie zaczyna bać się prawdy. Myślę, że jesteśmy blisko punktu, w którym
partii rządzącej uda się zawłaszczyć całą przestrzeń medialną. To, co dzieje się
w Telewizji Publicznej, znaki zapytania nad przyszłością "Rzeczpospolitej"
najlepiej o tym świadczą.

Czy w sytuacji monopolu Platformy Obywatelskiej w głównych mediach Polacy
będą w stanie dostrzec istotę naszkicowanych przez Pana problemów?

– Na szczęście rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona i aktywność Polaków
jest ulokowana poza sferą działania rządu. W bilansie tej indywidualnej
aktywności Polacy są zdecydowanie na plusie. Dlatego propagandowe przysłanianie
problemów, z którymi będziemy zmuszeni skonfrontować się za kilka lat, jest
stosunkowo łatwe. Ponieważ propaganda nie była dotąd szczelna, ludzie odnosili
wrażenie, że mają pełną informację. Obecnie sytuacja w istotny sposób się
zmieniła.

Dlatego, że rząd dokonał skoku na media publiczne?
– Nie można powiedzieć, że przez cały okres funkcjonowania rządu Donalda Tuska
wszystkie media sprzyjały Platformie Obywatelskiej. Inaczej oceniały go te
komercyjne, a inaczej publiczne. Te ostatnie starały się być krytyczne wobec
rządzących, choć – oczywiście – w przeszłości różnie się zachowywały. Jednak ton
debacie publicznej nadały media komercyjne. Media mają siłę kreacji i siłę
destrukcji. W Polsce bardziej widoczne jest stosowanie tego drugiego mechanizmu
przez duże media.

Przykładem może być destrukcja opozycji.
– Oczywiście. Nie mówi się, jaki jest rząd, ale jak "brzydka" jest opozycja.
Systematyczne stosowanie tego mechanizmu przez kilka lat przyniosło wymierne
wyniki, co doprowadziło do obniżenia wiarygodności Prawa i Sprawiedliwości w
oczach społeczeństwa. Dlatego uważam, że bardziej skuteczny okazał się
zastosowany wobec tej partii czarny PR niż propaganda sukcesu wobec PO. Takie
postrzeganie PiS zmieniło się na pewien czas po katastrofie smoleńskiej, gdy
opozycja została jakby "wskrzeszona". Nagle okazało się, że PiS może liczyć na
duże poparcie w wyborach prezydenckich. Ale z tą większą determinacją
przystąpiono obecnie do akcji, która ma udowodnić, że świat opozycji to jakiś
ciemny "odmęt". Teraz żyjemy w okresie jeszcze bardziej nasilonego czarnego PR
wobec PiS.

Czy wzrasta wpływ mniejszych mediów na kształt debaty publicznej? Mimo
różnicy potencjału udało się im wprowadzić do dyskursu wiele tematów tabu.

– Charakterystyczna była tu afera Rywina. Co prawda informacja wyszła od dużego
medium, ale otworzyła ona oczy i zwróciła uwagę społeczną na problemy
prezentowane przez mniejsze redakcje. Okazało się, że ich opis rzeczywistości
uwzględniający zjawiska, ignorowane przez duże koncerny medialne, zawiera wiele
prawdziwych, trafnych opisów i diagnoz. To otwarcie trwało jednak do ok. 2008
roku. Wówczas bowiem wystąpiła groźba naruszenia interesów koncernów medialnych.
Dziś znowu żyjemy w epoce "zamknięcia" czy raczej zlekceważenia pewnego nurtu
myślenia. Multum tematów znowu zepchnięto do nisz medialnych. Drugim takim
okresem równowagi były pierwsze dni po katastrofie smoleńskiej, gdy właściwie
wszystkie media opisywały tę tragedię jednakowo.

Podejmowanie lub ignorowanie przez wiodące środki przekazu określonych
kwestii jest podyktowane jedynie ich interesami?

– W głównych mediach udało się na początku III RP zadekretować, kto ma rację.
Każdy, kto uważa inaczej, jest podejrzany. Jeśli zaś przekroczy granicę, to
nieważne, jakich argumentów używa – zostaje skazany na banicję. W efekcie
dziennikarze reprezentujący tzw. główny nurt przekonują, że reformy w Polsce
powinny pójść w oczekiwanym przez nich kierunku, a wszyscy nieprzyjmujący tego
do wiadomości szkodzą. W tym sensie jest to gra interesów, bo duże media
wspierają grupy biznesowe, i na odwrót. A ponieważ znaczna część władzy skupiła
się obecnie w jednym obozie, widzimy tego konsekwencje. Rozmaitość poglądów i
interesów w polskim społeczeństwie jest duża, ale nie dotyczy to w większości
tzw. głównego nurtu.

W tym mediów publicznych?
– Chciałbym, aby w Polsce w końcu media publiczne dojrzały do swojej nazwy, aby
wszyscy uczestnicy debaty publicznej mieli do nich dostęp. Ale zmiany dokonane
tam niedawno zdają się prowadzić nie do zwiększenia pluralizmu, ale do redukcji
obecności jednej strony w debacie publicznej. Po ponad 20 latach od upadku PRL
powinniśmy się wreszcie doczekać prawdziwych mediów publicznych, które powinny
wypełniać swoją funkcję – pośrednika pozwalającego na prezentowanie różnych
poglądów, a nie być cały czas stroną, która myśli tylko o tym, jak sterować
świadomością ludzi. Media publiczne powinny jedynie dostarczać informacje. Ich
ocena należy już do widzów i słuchaczy.

O odpolitycznieniu i naprawie mediów publicznych słyszymy od 20 lat, a
rzekome reformy kończą się zwykle na "czystkach".

– To kolejny przykład postkomunistycznej mentalności i świadectwo niedojrzałości
klasy politycznej, która nie potrafi zrzec się swoich wpływów w tak
newralgicznym obszarze jak media publiczne.

Czy mamy szansę upodobnić naszą rzeczywistość medialną do modelu
amerykańskiego, gdzie działają różne duże grupy medialne reprezentujące szeroką
gamę poglądów?

– Dotychczas nie udało się tego w Polsce zrealizować i myślę, że już się nie
uda. Aby stworzyć znaczącą grupę medialną, trzeba mieć ogromne pieniądze – te
zaś posiada niewiele osób. Działają za to potężne grupy medialne reprezentujące
zachodni kapitał, które mogą wejść na polski rynek. Dlatego powinniśmy dbać o
stabilne i silne media publiczne.

Widzi Pan szansę na to, że rozwój mediów zmieni te tendencje?
– Widzę i dlatego tworzę Radio Wnet, ale rozwój mniejszych mediów i internetu
nie równoważy jeszcze siły dużych grup medialnych. W internecie każdy poszukuje
konkretnych, interesujących go wiadomości czy produktów. Rozwój internetu daje
możliwość i nadzieję na to, że obieg informacji nie zostanie zamknięty do jednej
sfery. Obserwujemy jednak szereg negatywnych zjawisk, które przez najbliższe
lata będą odbijać się na funkcjonowaniu polskiej demokracji.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj