Dziś głosowanie nad lasami
Z prof. Janem Szyszko, posłem Prawa i Sprawiedliwości, byłym ministrem
środowiska, rozmawia Małgorzata Goss
Rząd chce przejąć pieniądze Lasów Państwowych, skazując je na zadłużanie w
bankach komercyjnych. Jak to odbije się na kondycji polskich lasów, które
dotychczas uchodziły za wzór dla innych krajów?
– Sukces lasów ma dwa źródła. Po pierwsze – tutaj nie decyduje demokracja i
dobre serce, lecz wiedza, którą reprezentują leśnicy. Leśnictwo od dziesiątków
lat jest oparte na planowaniu gospodarczym, tzw. planie urządzania lasu, i
nadleśniczy są pod tym kątem sprawdzani. Drugi element to samofinansowanie się.
Jest to ewenement na skalę światową, że Lasy Państwowe, które zapewniają
bezpieczeństwo ekologiczne państwa, nie korzystają z pieniędzy budżetowych, ba,
same płacą podatki dla gmin. Ale jak ktoś kiedyś zauważył, władza nie lubi tych,
do których nie dopłaca. Pan minister finansów postanowił zatem to zmienić. Nie
mógł się dobrać bezpośrednio do ustawy o lasach, gdyż jest ona wzorcowa na
gruncie europejskim, zastosował więc metodę polegającą na wprowadzaniu innymi
ustawami sprzeczności do tej prawnej konstrukcji. I tak w Prawie o ochronie
przyrody wprowadzono na terenie nadleśnictwa zamiast jednego – dwóch gospodarzy.
Wyznaczono na terenie nadleśnictw obszary Natura 2000 i powołano dyrektora
Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, który decyduje w sprawach uzgodnień
gospodarki w lasach. Dualizm władzy na tym samym terenie. Kolejna ustawa – o
ocenie oddziaływania na środowisko i dostępie do informacji o środowisku –
wprowadziła zasadę, że operat urządzeniowy lasu, czyli ten wieloletni plan, ma
być opiniowany przez ludzi, którzy mają wielkie serce, ale niekoniecznie wielką
wiedzę, czyli organizacje ekologiczne. Skutek to spowolnienie, a nawet brak
zatwierdzenia operatu przez ministra. Uderzono więc w planowanie. Trzeci cios to
ustawa o handlu emisjami. Lasy asymilują dwutlenek węgla, który w konwencji
klimatycznej i protokole z Kioto został określony jako gaz szkodliwy.
Pochłaniając dwutlenek węgla, lasy zmieniają jego koncentrację w atmosferze.
Dlatego staraliśmy się jako rząd PiS o włączenie lasów do mechanizmu rozliczeń w
Polsce. To był pierwszy okres rozliczeń protokołu z Kioto. Uwzględnienie
pochłaniania przez lasy obniżałoby poziom emisji i jeszcze dostawalibyśmy za to
pieniądze.
To mechanizm bardzo korzystny dla naszego kraju.
– Mógł być korzystny, ale nie będzie. Otóż w 2008 r. w ustawie o handlu emisjami
wprowadziliśmy taki oto zapis: "Wspólne przedsięwzięcia w zakresie pochłaniania
mogą być realizowane tylko w Polsce". Euforia na sali, będą pieniądze! Tymczasem
ten zapis oznacza, że Lasy Państwowe w ogóle nie dostaną pieniędzy za
pochłanianie, polski właściciel lasów prywatnych też nie może dostać pieniędzy.
Może je natomiast dostać obcokrajowiec ze starej Piętnastki, o ile kupi u nas
las, zasadzi u nas las albo zakupi prawo do pochłaniania od polskiego prywatnego
właściciela. Pieniądze otrzyma wyłącznie obcokrajowiec, o ile zainwestuje w
Polsce, żeby zmniejszyć efekt cieplarniany – takie jest znaczenie określenia
"wspólne przedsięwzięcia w zakresie pochłaniania". Czy wyobraża sobie pani coś
takiego? Lasy Państwowe zostały wyłączone, polski rząd zadbał wyłącznie o
obcokrajowców. Jak grzyby po deszczu powstają teraz kancelarie prawne, które od
polskich rolników skupują prawo do pochłaniania dwutlenku węgla z drzewostanu i
ze ściółki na 30 lat. To większy skandal niż zapis "lub czasopisma".
Powiedziałem w Sejmie, że jest to najczarniejszy dzień w życiu polskiego
parlamentu.
Jak to manipulowanie prawem odbija się na Lasach Państwowych?
– Prawo leśne jest właściwie sparaliżowane – dwuwładza w terenie, możliwość
zewnętrznego blokowania planów, zamknięcie możliwości zarabiania pieniędzy na
pochłanianiu CO2. Destrukcja. A skoro tak, to… trzeba "naprawić". Pozostał
jeszcze jeden element, w który można uderzyć – finansowanie. Nadleśniczy jest
jeszcze silny, bo ma do dyspozycji centralny fundusz leśny. Jedne lasy – te
młodziutkie – są deficytowe, drugie – starsze – są bogate, i w związku z tym
fundusz leśny redystrybuuje środki. Zaczęto wywierać presję na generalnego
dyrektora Lasów Państwowych, żeby oszczędzał. Pościnali więc wydatki,
pozwalniali ludzi i przez dwa lata udało się zaoszczędzić w funduszu leśnym ok.
2 mld złotych. Teraz pan minister mówi – te pieniądze, a w przyszłości wszystkie
inne, trafią do mnie i ja będę nimi rządził. Ale równocześnie pozwolę wam w
razie potrzeby wziąć kredyt w banku komercyjnym, na procent. To przecież
zaproszenie, żeby Lasy zaczęły się zadłużać. Deficytowe nadleśnictwa natychmiast
będą musiały się zadłużyć, a potem wejdzie syndyk i zacznie się parcelacja lasów
państwowych. Proszę spojrzeć, jaka przewrotność: nie mówi się, że nastąpi
prywatyzacja Lasów, tylko zabiera się im pieniądze i wrzuca do sektora finansów
publicznych.
Jakie skutki będzie miało przejęcie pieniędzy Lasów?
– Nasze lasy tętnią bogactwem gatunków, które w Europie Zachodniej dawno zostały
zniszczone. Państwowy właściciel prowadzi zrównoważoną gospodarkę, pomnażając
zasoby przyrodnicze. Z lasu nie ma wielkiego zysku, to jest nagromadzony
kapitał. Jeśli Lasy się sprywatyzuje, prywatny właściciel pierwsze, co zrobi, to
rozpocznie wycinkę drzew. Jak wytnie te 200 tys. ha i włoży pieniądze do banku –
będzie miał 7-8 proc. zysku. Gdyby włożył to w zalesianie, to musiałby czekać
sto lat, aby mieć 3 proc. zysku.
A co ze zbieractwem, z wyprawami na grzyby, na jagody?
– To, co społeczeństwo bierze z lasów, można w przybliżeniu ocenić na podstawie
wyników skupu. W ostatnim roku skupiono 10 tys. ton jagody czarnej, ponad 5 tys.
ton innych owoców leśnych, ponad 5 tys. ton grzybów – o łącznej wartości 150 mln
złotych. Szacuje się, że nieewidencjonowane pozyskiwanie owoców i grzybów wynosi
15 razy więcej. To jest ok. 2 mld zł dochodów zasilających kieszeń biednych
ludzi. Oczywiście prywatyzacja sprawi, że te dochody się urwą. Prywatny
właściciel nie po to ma las, aby ktoś po nim łaził i zbierał runo. Pojawią się
napisy: "Zakaz wstępu – teren prywatny".
Tymczasem protest przeciw rządowym planom zatacza coraz szersze kręgi.
– Będziemy działać zdecydowanie, żądając referendum w sprawie przyszłości lasów.
Protest w Warszawie, w którym uczestniczyło ponad tysiąc umundurowanych
leśników, został zupełnie pominięty przez większość mediów, "przykryty" newsem,
jakim była tego dnia upadłość Orbis Travel. Następnie wszystkie organizacje
naukowe, łącznie z Polską Akademią Nauk, wysłały protesty przeciwko planom
rządu. I znowu nic się nie ukazało w prasie. W końcu leśnicy zebrali dwieście
kilkadziesiąt tysięcy podpisów pod petycją w obronie lasów i przynieśli je do
marszałka Grzegorza Schetyny. Pan Schetyna poklepał leśników po plecach,
powiedział, że Lasy są świetnie zarządzane i zrobi wszystko, co w jego mocy, po
czym – tydzień później Rada Ministrów jednogłośnie przyjęła, że Lasy wchodzą do
sektora finansów publicznych. Mówi o tym nowa ustawa o finansach publicznych
wraz z rozporządzeniem. Prace sejmowe nad tym projektem prowadzi Komisja
Finansów Publicznych. Kolejna demonstracja pod Sejmem w ubiegłym tygodniu
zgromadziła kilka tysięcy leśników i tym razem media nie mogły jej przemilczeć.
W szybkim tempie przybywa też podpisów pod referendum w sprawie przyszłości
lasów. W środę, pod naciskiem opinii publicznej, komisja zdecydowała o
wykreśleniu oprotestowanych przepisów, lecz sprawa nie jest przesądzona.
Ostateczną decyzję podejmie Sejm, najprawdopodobniej już dziś. Potem projekt
trafi do Senatu, więc nadal trzeba będzie mieć rękę na pulsie. Jest o co
walczyć. Te 2 mld zł to jest nic, kropla w morzu, gdy chodzi o ratowanie
konających finansów państwa. A jednocześnie zabranie tych pieniędzy Lasom
Państwowym to dekompozycja jednej czwartej terytorium kraju.
Dziękuję za rozmowę.
