Potępiam lincz na pilotach
Z panią Martą Murzańską-Potasińską, żoną śp. gen. broni Włodzimierza
Potasińskiego, Dowódcy Wojsk Specjalnych, który zginął w katastrofie Tu-154M pod
Smoleńskiem, rozmawia Marta Ziarnik
Jak dowiedziała się Pani o katastrofie Tu-154M?
– O katastrofie dowiedziałam się natychmiast po pierwszym komunikacie, jaki
został przekazany przez media. Nie pamiętam, która dokładnie była wówczas
godzina. Z tą wiadomością zadzwonił do mnie serdeczny przyjaciel, pamiętam, że
obudził mnie słowami: "Tylko się nie denerwuj. Na razie mówią, że dwie osoby
przeżyły". I tak tego ranka wyglądało moje przebudzenie…
Poleciała Pani do Moskwy na identyfikację ciała Męża?
– Nie.
Nie chciała Pani, nie mogła czy też ktoś Pani odradzał taką decyzję?
– Po pierwsze, nie chciałam. Po drugie, uważałam, że to jest absolutnie niemądre
posunięcie. A po trzecie – nie byłam w stanie.
Niemądre – dlaczego?
– Jak sobie pani wyobraża, bo ja koszmarnie, identyfikację bezpośrednią?
Identyfikację tego, co mogło ocaleć? W XXI wieku identyfikację przeprowadza się
za pomocą analizy DNA, a do tego niepotrzebny jest osobisty kontakt. W taki też
sposób identyfikacja mojego Męża została przeprowadzona. Natomiast dodatkowy
niewyobrażalny stres, jakim jest stanięcie w obliczu takiej katastrofy i takiej
straty, i identyfikowanie naoczne było dla mnie kompletnie niewyobrażalne.
Rozmawiałam także z rodzinami ofiar, które chciały do Moskwy polecieć, ale je
od tego odwodzono…
– Ja jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że jestem żoną generała. Wojsko
mojego Męża zaopiekowało się mną od razu po katastrofie. Zaraz po pierwszym
komunikacie w sztabie Dowództwa Wojsk Specjalnych byli wszyscy. Później też
pojawili się u mnie. Zapewnili mi poczucie bezpieczeństwa od samego początku. I
od samego początku, jak tylko otrzymałam informacje dotyczące tego lotu do
Moskwy, powiedziałam, że ja tam nie polecę. Zresztą wojsko powiedziało mi to
samo, czyli: "Pani Marto, to można załatwić inaczej". No i zostało załatwione
inaczej.
Wojsko od samego początku Pani pomaga. A państwo?
– Pomoc ze strony państwa też była. Zaraz na początku państwo przekazało
rodzinom określone kwoty finansowe i to się toczyło bardzo szybko. Pomoc w
formie zapomóg została stosunkowo szybko przekazana. Dla mnie bardzo miłym
gestem prywatnie było to, że minister obrony narodowej Bogdan Klich, który był
zwierzchnikiem mojego Męża, dzwonił do mnie osobiście z kondolencjami i
zapewnieniem służenia pomocą. Podobnie uczynił premier Donald Tusk.
Jakie rzeczy Męża trafiły do Pani z Moskwy?
– Z katastrofy ocalały – i to dostałam z powrotem – mundur mojego Męża, beret i
obrączka.
Niektóre żony podkreślały, że otrzymały mundury po mężach z oderwanymi
dystynkcjami. Czy Pani też?
– Nie. Ja otrzymałam mundur niezniszczony, w takim stanie, w jakim był – jeśli
chodzi o pagony itp. Zrozumiałe jest jednak, że był on oczywiście brudny,
zanieczyszczony oraz zalany paliwem lotniczym i nim śmierdzący.
A czy wśród tych przedmiotów był telefon Pana Generała?
– Nie, telefonu mi nie zwrócono.
A jakie dokumenty przekazano Pani z Rosji?
– Nie pamiętam.
Nie rozważa Pani ekshumacji i ponownej sekcji ciała Męża?
– Nie. Ja mam taką filozofię życiową, że wpływu na to, co się stało, nie
mieliśmy, i że to się w żadnym wypadku nie odstanie. Jedyne, co chciałam, to
mieć mogiłę Męża tu, w Krakowie, żeby móc na nią przychodzić. Obecnie też chcę
lecieć do Smoleńska, żeby pokłonić się w miejscu, w którym mój Mąż oddał życie.
Nie zakładam – bo nie mam takiego podejścia do życia – że ciało, które zostało
sprowadzone ze Smoleńska, jest nie tym, co powinno. Po prostu nie wierzę w to i
nie chcę tego sprawdzać. Nie chcę nawet dopuścić myśli, że tak by mogło być.
Skoro już jesteśmy przy idei samolotowej pielgrzymki do Smoleńska, która
zawarta była w liście do żony prezydenta Bronisława Komorowskiego, to czy po
tym, w jaki sposób krzyż upamiętniający uczestników tragicznego lotu został
usunięty sprzed Pałacu Prezydenckiego, nadal chce Pani brać udział w tym
przedsięwzięciu? Nie czuje się Pani w pewnym sensie wykorzystana do rozgrywki
politycznej?
– Organizowane przez Ewę Komorowską, wdowę po wiceministrze obrony narodowej
Stanisławie Jerzym Komorowskim, spotkanie, które odbyło się w Warszawie, miało
zainicjować prywatne spotkanie rodzin. Jego motywem przewodnim było to, żebyśmy
w październiku wspólnie polecieli – oczywiście dobrowolnie – do Smoleńska,
żebyśmy zrobili tych kilkaset kroków, których już naszym mężom, ojcom, dzieciom
nie było dane zrobić. Żebyśmy się zmierzyli z własnym strachem, bólem i
cierpieniem. I to była główna intencja. Co do krzyża spod Pałacu Prezydenckiego
– to była myśl niejako wtórna. To była propozycja, że skoro nie ma dla tego
krzyża miejsca tu, w Warszawie, to my go możemy zabrać ze sobą do Smoleńska w
tej pielgrzymce. Podkreślam: możemy, a nie musimy czy też koniecznie chcemy.
Pragnę bardzo mocno podkreślić, że to nie był komitet zabrania krzyża tym,
którzy go tutaj postawili i chcą go mieć. Była to po prostu jedna z wielu
propozycji rozwiązania społeczno-politycznego problemu. I niezależnie od tego,
czy ten krzyż w to miejsce poleci, czy też zapadną wobec niego inne decyzje, to
koncepcja pielgrzymki do Smoleńska i chęć wzięcia w niej udziału jest nadal
aktualna. To pod tą ideą się podpisywaliśmy.
Pani Mąż miał wielkie zasługi dla polskiej armii, był bardzo cenionym
dowódcą. Generał Potasiński został też – jako pierwszy Polak – odznaczony
pośmiertnie Medalem Dowództwa Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych…
– Tak. Mój Mąż był drugim – po generale Edwardzie Gruszce – dowódcą Wojsk
Specjalnych, nowego rodzaju Sił Zbrojnych (do tej pory w Polsce były Wojska
Lądowe, Marynarka Wojenna, Siły Powietrzne). Kiedy powstały Wojska Specjalne, po
kilku miesiącach na ich czele stanął właśnie mój Mąż. Dzięki swojemu
zaangażowaniu nawiązał współpracę z Amerykanami. Miał szereg wizji, które
realizował konsekwentnie i skutecznie. Jednym ze zrealizowanych pomysłów mojego
Męża było Memorandum of Understanding [umowa bilateralna ustanawiająca
partnerstwo pomiędzy dowództwami operacji specjalnych Polski i USA – przyp.
red.], podpisane półtora roku temu w Krakowie. Amerykanie darzyli mojego Męża
wielkim szacunkiem za wszystkie jego inicjatywy i za wizję współpracy, za które
mój Mąż został odznaczony Medalem Dowództwa Operacji Specjalnych Stanów
Zjednoczonych (USSOCOM). I choć został nim odznaczony pośmiertnie, jednak
wręczając go, dowódca USSOCOM admirał Eric Olson powiedział, że decyzja o
przyznaniu tego odznaczenia zapadła jeszcze za życia mojego Męża.
Ze względu na charakter misji, jakiej się podjął, Pani Mąż nie był postacią z
pierwszych stron gazet. Zechciałaby Pani przybliżyć drogę jego kariery?
– Służba w Wojskach Specjalnych to jest bardzo specyficzna praca. Mój Mąż zwykł
mawiać, że Wojska Specjalne to jest taki rodzaj wojsk, o których nikt nie
powinien wiedzieć, które muszą działać w ciszy i być niewidoczne. Dlatego mojego
Męża nie było w mediach. On uważał, że jego praca nie powinna być nagłaśniana.
Takim też był człowiekiem na co dzień – skromnym i cichym.
A co Generał uważał za swoje największe osiągnięcie?
– Myślę, że mój Mąż był najbardziej dumny z tego, że udawało się mu realizować
plany zawodowe, czyli te związane z Wojskami Specjalnymi. Jego ogromnym życiowym
osiągnięciem było to, iż został generałem. Już jako dziecko (było to bodajże w
trzeciej klasie szkoły podstawowej) powiedział sobie, że chce być generałem.
Wielokrotnie opowiadał mi o tym, że właśnie tak to sobie wówczas wymyślił. No i
proszę zobaczyć – zrealizował…
Ojczyzna odwdzięczyła się za tę jego pracę?
– Nie popadałabym w taki patos i tak szeroko bym tego nie pojmowała. Natomiast
na Pani pytanie odpowiem: tak. Tak – przez pryzmat tego, co widzę, kiedy
przyglądam się wojsku mojego Męża i temu, jak wciąż jest obecny w sercach swoich
podwładnych i współpracowników. Tak – przez pryzmat tego, jak oni o moim Mężu
mówią i jak wdrażają jego pomysły, których on osobiście nie zrealizował z powodu
braku czasu. I wreszcie przez pryzmat tego, jak mnie otaczają opieką – bo
przecież mogłoby być całkiem inaczej.
Mąż wspominał w domu o problemach w wojsku?
– Oczywiście, tak jak każdy. Mąż nieraz mi mówił, że miał dobry pomysł, który
nie został zrealizowany, albo że chciał, żeby coś zostało zrealizowane inaczej,
niż to się stało. Czasami mówił, że – jak każdy przełożony – ma problem z jakimś
podwładnym. Natomiast mieliśmy taką zasadę, że w domu o pracy rozmawialiśmy
tylko przez godzinę i ani minuty dłużej.
A czy przed wylotem do Smoleńska Mąż mówił, że dostrzega jakieś
nieprawidłowości?
– Nie, nie mówił.
Nie zwracał uwagi, że tak wielu generałów leci jednym samolotem?
– Absolutnie nie. Proszę też zwrócić uwagę na to, że mój Mąż był wojskowym i że
wykonywał polecenia swoich przełożonych. Tam nie było miejsca na komentarze w
stylu: "Za dużo nas tam leci". Mój Mąż dostał polecenie i musiał lecieć. Jedyne,
co mógł, to wysłać tam swojego zastępcę. Nie zrobił tego, gdyż bardzo chciał tam
lecieć. Miał ku temu powód.
Jaki?
– Trzy dni przed katastrofą oglądaliśmy film Andrzeja Wajdy pt. "Katyń" i długo
o nim później dyskutowaliśmy. Szczególnie w aspekcie, który poruszył mój Mąż, a
mianowicie, że w zbyt małym i zbyt delikatnym stopniu został poruszony tam
problem – proszę to sobie wyobrazić w kontekście tego, co się później stało –
rodzin oficerów, którzy zginęli w Katyniu. Problem tego, przez jaką gehennę te
rodziny musiały przechodzić. Mąż bardzo chciał tam polecieć, by oddać tym
oficerom i ich rodzinom hołd.
Jak Pani ocenia śledztwo, które ma wyjaśnić przyczyny i przebieg katastrofy
Tu-154M, zarówno polskie, jak i rosyjskie?
– Dla mnie największym problemem jest to, że tego tematu jest zbyt dużo w
mediach. Za dużo jest wokół tego hałasu. Wyjaśnię, dlaczego tak uważam. Otóż
każdej sprawie trzeba dać czas, bo ten czas jest potrzebny dla wszystkich, i
cierpliwie poczekać na rezultaty. Nic nie da przyspieszanie tego śledztwa. A
bezustanne mówienie w telewizji o tym śledztwie – bo nie ma dnia, żeby nie
mówiono o katastrofie, żeby nie próbowano robić z niej motywu przewodniego
serwisów informacyjnych – to jest niepotrzebne solenie naszej rany.
Wiem, że i Pani czeka na wyniki tych dochodzeń, naturalne jest więc pytanie o
przyczynę śmierci najbliższej osoby.
– Jednak jak najszybciej nie znaczy jak najlepiej. Jak najszybciej
przeprowadzona operacja nie oznacza przecież, że będzie to operacja skuteczna.
Pośpiech nie jest rzeczą wskazaną.
Minęło już pięć miesięcy, a wielu ludzi ma w pamięci oszczerstwa strony
rosyjskiej, która już 10 kwietnia twierdziła, bez żadnych dowodów, że katastrofę
spowodował rzekomo błąd pilotów. Pięć miesięcy to za mało czasu na ustalenie
podstawowych faktów?
– Nie wiem i nie mnie to oceniać. Ja przez miesiąc po katastrofie nie włączałam
telewizora, ponieważ nie byłam w stanie. Wszelkie informacje przekazywali mi – w
sposób jak najbardziej delikatny – przyjaciele i rodzina. Te informacje ani nie
zmniejszą mojego bólu, ani niczego nie odwrócą. Jedyną słuszną drogą jest w tym
momencie cierpliwie czekać na rzetelne wyniki śledztwa. A na to jest potrzebny
czas.
Gdyby strona polska od początku domagała się szerokiego udziału zachodnich
ekspertów w śledztwie, gdyby nie zostawiła całej inicjatywy w rękach Rosjan,
może cierpliwość najbliższych ofiar nie musiałaby być wystawiona na tak długą
próbę.
– Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć, co by było, gdyby… Ja tylko mogę
powiedzieć, że dla mnie osobiście ta wielość podawanych w mediach informacji
była przerażająca.
Dziennikarze nie przestaną o to pytać, przecież pod Smoleńskiem zginęła duża
część naszej elity, z prezydentem Lechem Kaczyńskim, generalicją…
– Oczywiście to, o czym pani mówi, jest zrozumiałe. I ja mediów nie oskarżam,
potrafię wyłączyć telewizor. Natomiast poziomu bólu – już nie potrafię.
Państwa bólu nie śmiałabym w żaden sposób porównywać do uczuć społeczeństwa,
które straciło w tej niespotykanej na skalę światową katastrofie 96 osób
należących do elity naszego Narodu. Ale chyba każdy z nas głęboko to przeżył i
chce poznać prawdę o tym, co stało się 10 kwietnia.
– Tak, zgadzam się z panią. I ja też wyrażam jedynie swoje odczucia na ten
temat, a nie odczucia społeczeństwa. Zrozumiałe jest, że pomimo naszego bólu
tego tematu nie można zamknąć i o nim nie mówić. Natomiast dla nas, dla mnie,
jest to temat trudny.
Jak odbierała Pani fakt, że zaraz po katastrofie rozpoczęła się bezpodstawna
kampania oskarżania pilotów Tu-154M i generałów będących na jego pokładzie, a
zwłaszcza gen. Andrzeja Błasika?
– W ten sam sposób – podchodziłam do tego z absolutnym spokojem i dalej tak
podchodzę. Czekam na rzetelne, wiarygodne efekty pracy komisji i prokuratury,
która tym się zajmuje. Absolutnie nie wierzę, by ktokolwiek z tam obecnych
chciał doprowadzić do tragedii. Jakikolwiek zarzut, jakoby tego chcieli, jest po
prostu głupi i niedorzeczny. Jeśli zaś chodzi o oskarżenia wobec gen. Błasika,
to na pewno nie miał on z tragedią nic wspólnego. Nawet jeżeli uznał, że musi
wejść do kabiny pilotów, to znaczy, iż wszedł tam, gdyż musiał, a nie dlatego,
żeby sobie tam posiedzieć albo popilotować, bo brakowało mu godzin. Mówimy o
człowieku, który był dowódcą Sił Powietrznych!
Uważam, że nie można oskarżać bez dowodów. A żeby je mieć, potrzebny jest czas.
Nie sposób było od razu przesądzić, jakie były przyczyny tej katastrofy – bo na
pewno były one złożone. Nie powinno się zatem było robić tego, co zrobiono. To
prawie jak inkwizycja. Nie dziwię się więc żonom pilotów, że po tych
spekulacjach całkowicie odcięły się od mediów i od świata. Bo co innego te żony
mogą zrobić? Przecież one nie mają żadnego wpływu na to, co podają media, na te
wszystkie pomówienia. Mogą się tylko od tego odciąć, wiedząc, jak dobrymi
pilotami byli ich mężowie.
Rani się nie tylko żony pilotów. Prezydent Bronisław Komorowski stwierdził,
że niepotrzebnie tylu generałów leciało do Smoleńska, używając w stosunku do
kształtu delegacji katyńskiej określenia "bizantyjski orszak".
– Ja tych słów nie słyszałam. Ale uważam, że tutaj nie można mówić o
"niepotrzebności". Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest Prezydent RP i to on
zaprosił do Katynia poszczególnych generałów. Tutaj nie ma miejsca na dywagacje,
czy chcieli tam polecieć, czy nie; czy to było potrzebne, czy też niepotrzebne.
W wojsku wykonuje się polecenia. Te zaproszenia szły przez ręce ministra obrony
narodowej, były "wystawione" przez Prezydenta, który również zginął w tej
katastrofie.
Jak Pani przyjęła decyzję o zabraniu krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego?
– Krzyż nie powinien dzielić. On powinien łączyć. A co się z tym krzyżem stało?
Proszę zobaczyć, że został on postawiony przez harcerzy w dobrej intencji i
przyjeżdżały pod ten krzyż osoby z całej Polski, ze łzami jednocząc się w
modlitwie za zmarłych. Nagle krzyż stał się symbolem ogólnie pojętej niezgody
społecznej. Nagle rani on uczucia wielu osób – bo są dwie opcje, zarówno tych,
którzy go chcą, jak i tych, którzy żądają jego usunięcia. Są też różne warianty
jego przeniesienia. Osobiście uważam, że ten problem powinien być rozwiązany, i
to już dawno temu.
Tylko w jaki sposób?
– To już nie należy do mnie.
Co się więc stało, że krzyż, który był symbolem jednoczącym obywateli na
modlitwie za ofiary katastrofy, nagle zaczął być przedstawiany jako zarzewie
waśni politycznej? Krzyż wciąż był ten sam.
– Nie wychwytuję takiego jednego dnia, w którym to się stało. Tutaj ewidentnie
widać, że nastąpił podział polityczny. Jedna strona chce krzyża przed Pałacem i
składa pod nim wieńce, a druga chce zabrania go stamtąd. I pomiędzy nimi są
rodziny, które ten stan bardzo boli. Wszyscy pragną, żeby ten konflikt został
wreszcie rozwiązany. I powtarzam raz jeszcze, że nie wiem, jak go można
zakończyć. Wiem tylko, że trzeba to zrobić jak najszybciej.
Usunięcie krzyża, które zarządził prezydent Komorowski, w opinii wielu
komentatorów grozi jedynie jakąś niepotrzebną eskalacją.
– Ja też tej eskalacji się obawiam, ale czas pokaże, czy ona nastąpi. Jeszcze
raz powtórzę, nie ma tutaj miejsca na spory. Zwłaszcza że one opierają się na
tak okrutnej tragedii, jaka nas wszystkich dotknęła. To rani nas wszystkich.
Teraz słyszymy, że przed Pałacem Prezydenckim nie ma miejsca ani dla krzyża,
ani dla pomnika…
– O tym, że w tym miejscu ma nie być pomnika, nie słyszałam. Natomiast trzeba
dojść do konsensusu, i muszą do niego dojść dwie strony. Przyznaję, że jest to
sprawa trudna, ale po to są mediatorzy. I dzięki ich pomocy trzeba ten konflikt
wreszcie zakończyć. To nie może trwać wiecznie. Najprościej jest krytykować
kolejne próby jego rozwiązania. Trudniej jest wychodzić z kolejnymi
propozycjami.
Dziękuję za rozmowę.
