POPiSowe kalkulacje

Jan Maria Jackowski

Przy okazji podsumowań pierwszego roku rządów Platformy Obywatelskiej uwaga opinii była koncentrowana na dokonaniach – a raczej ich braku – gabinetu Donalda Tuska i koalicji PO – PSL. Nie mówiono natomiast, jak po roku od utraty władzy wygląda sytuacja największej obecnie partii opozycyjnej – Prawa i Sprawiedliwości. Tymczasem liderzy tej partii nie ukrywają, że liczą na kompromitację obecnej ekipy w oczach społeczeństwa i powrót do władzy po następnych wyborach. Czy jednak ten scenariusz jest realny?

Wybory parlamentarne 21 października 2007 roku wygrała Platforma Obywatelska, uzyskując 41,5 proc. poparcia społecznego. Prawo i Sprawiedliwość zostało poparte przez 32,1 proc. głosujących. W listopadzie 2008 roku poparcie dla PO, według sondażu PBS DGA, wynosiło 52 proc., natomiast dla PiS – 25 procent. Mniej więcej podobną proporcję rozkładu sympatii partyjnych Polaków podają inne ośrodki demoskopijne. Jeśli te badania odzwierciedlają faktyczne preferencje wyborcze, to rok po objęciu władzy poparcie dla PO wzrosło o 10 procent, a poparcie dla największej partii pozostającej w opozycji spadło o 7 procent w stosunku do wyników wyborczych z 2007 roku. Nie można też mówić, że w Polsce są równorzędne dwie duże partie. Jest jedna duża (PO) i PiS, które z partii dużej stało się partią średnią.

Tendencja ta jest o tyle zaskakująca, iż nawet politycy PO przyznają, że liczą się z tym, iż rządzenie „zużywa” i prędzej czy później ich notowania będą musiały zacząć spadać. I rzeczywiście, według listopadowego sondażu CBOS, rząd Tuska ma co prawda 42 procent zwolenników i 23 procent przeciwników, ale już gorzej jest oceniana jego praca: 40 procent jest zadowolonych, ale już aż 46 jest niezadowolonych. Ponadto w listopadzie bardzo niski okazał się współczynnik optymizmu społecznego. Według sondażu TNS OBOP, aż 55 procent Polaków uważa, że zmiany w Polsce idą w złym kierunku. To o 2 punkty procentowe więcej niż w październiku i 19 punktów procentowych więcej niż rok temu. Przeciwnego zdania jest 30 proc. ankietowanych.

Wzrost nastrojów pesymistycznych i niezadowolonych z rządu nie oznacza jednak, że rośnie poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości. Coraz więcej osób nawet w kręgach PiS zaczyna zdawać sobie sprawę, że spadek notowań PO niekoniecznie będzie oznaczać wzrost poparcia dla formacji Jarosława Kaczyńskiego. Trudno nie wysunąć wniosku, że dotychczasowa strategia i model bycia w opozycji nie przynosi spodziewanych rezultatów. Dlatego liderzy PiS mają o czym myśleć przed zapowiedzianym na styczeń kongresem.


Trzej kandydaci na premiera


Analizując styl rządzenia obecnej ekipy, nie można zapominać, że głównym celem politycznym Donalda Tuska jest zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2010 roku i wygrana PO w następnych wyborach parlamentarnych. I w takiej perspektywie trzeba postrzegać kształt personalny rządu, jego działanie i taktykę, obiecywanie wszystkiego wszystkim, politykę kadrową w PO. Większość ministrów to nie samodzielni politycy, ale realizatorzy socjotechnicznych koncepcji Donalda Tuska, będący niejako przedłużeniem jego ręki. I w każdej chwili mogą być zastąpieni kimś innym, ale to wcale nie oznaczałoby zmiany stylu i sposobu rządzenia.

Poważne ruchy wewnątrz PO nastąpią albo w sytuacji dramatycznego załamania nastrojów społecznych (co jest uzależnione od skali skutków kryzysu) i gwałtownego spadku poparcia dla Platformy, albo gdyby Donald Tusk został prezydentem – wówczas powstałby bardzo poważny problem, kto zostanie nowym przewodniczącym PO i ewentualnym premierem.

Nie jest jednak pewne, czy Donald Tusk na pewno wystartuje w wyborach prezydenckich. Gdyby notowania rządu dramatycznie spadały, wtedy w PO pojawiłaby się zapewne inna kandydatura, nieuwikłana w bieżące rządzenie. Premier może też nie ubiegać się o prezydenturę w sytuacji, gdyby się okazało, że Platforma ma tak wysokie notowania, iż ma zapewnione zwycięstwo w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Donald Tusk stanąłby wówczas przed dylematem, czy woli być premierem na następną kadencję i sprawować realną władzę, czy być prezydentem z ograniczonymi kompetencjami i ryzykować rywalizację z kimś z własnego obozu, kto zasiadłby w fotelu premiera i budował własną pozycję wewnątrz PO.

Tak czy inaczej w mediach już trwa dyskusja, kto zostanie premierem, jeśli Donald Tusk wystartuje w wyborach prezydenckich. W tych spekulacjach pada kilka nazwisk, a ich niealfabetyczna kolejność jest nieprzypadkowa, gdyż odzwierciedla prasową wycenę siły każdego z potencjalnych kandydatów na szefa rządu. Na giełdzie pojawiają się: Grzegorz Schetyna, uchodzący za najbliższego i najbardziej zaufanego współpracownika Donalda Tuska, Bronisław Komorowski, który przez lata musiał w partii budować swoją pozycję i jest bardziej kojarzony z nurtem konserwatywnym niż liberalnym, oraz Zbigniew Chlebowski. Ten ostatni – podobnie jak Komorowski – należy do tych działaczy Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, którzy w 2001 roku wstąpili do PO. Niedawno szef Klubu Parlamentarnego PO w jednym z licznych wywiadów, jakich chętnie udziela, wymienił swoje nazwisko w kontekście premierostwa. Czasu na podjęcie decyzji wcale nie jest tak wiele, bo według partyjnych strategów, jeśli Donald Tusk miałby startować w wyborach prezydenckich, to powinien zrezygnować z funkcji szefa rządu na początku lata 2010 roku, by w pełni skupić się na kampanii wyborczej.

Kiedyś, w początkach PO, byli „trzej tenorzy”: Andrzej Olechowski, Maciej Płażyński i Donald Tusk. Dziś pierwsi dwaj są poza Platformą, a Donald Tusk rządzi partią żelazną ręką i zastanawia się, na kogo postawić jako swego następcę. Przygląda się ich wzajemnej rywalizacji i analizuje wewnętrzny ferment w partii. Jest polską tradycją po 1989 roku, że każda partia będąca u władzy po pierwszym roku swoich rządów snuje ambitne plany na przyszłość. I tradycją też jest, że jak dotąd było to dzielenie skóry na niedźwiedziu. Czy tym razem będzie inaczej?


Samozaciskająca się pętla na szyi


Głównym celem politycznym Jarosława Kaczyńskiego jest reelekcja jego brata w Pałacu Prezydenckim, a dopiero w drugiej kolejności ewentualna wygrana w wyborach parlamentarnych i powrót do władzy. Jednak ten plan stoi pod wielkim znakiem zapytania. Nawet politycy PiS w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że wątpią w wygraną Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 2010 roku. Jeśli nie nastąpią radykalne zmiany wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, nie wierzą też w powrót do władzy po wyborach parlamentarnych.

Według listopadowego sondażu CBOS, krytycznie nastawionych do prezydentury Lecha Kaczyńskiego jest 67 procent respondentów. Pozytywnie zaledwie 24 procent. To najsłabszy rezultat w jego już ponadtrzyletniej kadencji. Komentatorzy tych badań zwracają uwagę, że obecny prezydent tylko w pierwszych czterech miesiącach swego urzędowania, czyli do kwietnia 2006 r., miał w sondażach CBOS więcej ocen dobrych niż złych. Potem było coraz gorzej. Od listopada 2007 r., czyli od początku kohabitacji z rządem Donalda Tuska, prezydentowi ubyło zwolenników z 42 do 24 procent, a krytyków przybyło z 47 do 67 procent. Dzieje się tak mimo marketingowych wysiłków Michała Kamińskiego i prób ocieplenia wizerunku prezydenta oraz pomimo coraz większej jego aktywności na scenie krajowej i zagranicznej. W tych działaniach, podporządkowanych przede wszystkim reelekcji, wychwytywane są jednak przez media wpadki i niezręczności. Była mało udana gala z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości (która miała być wielkim sukcesem i tak była zapowiadana przez urzędników Kancelarii Prezydenta) czy minimalizowanie i relatywizowanie ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich. Niejasne są sygnały w sprawie podpisania traktatu lizbońskiego, które nie zadowalają ani zwolenników eurotraktatu, ani jego przeciwników.

Sprawa wygrania wyborów parlamentarnych również nie przedstawia się różowo. PO chce być partią totalną, partią „wszystkich Polaków”, popieraną nie przez 50 proc. wyborców, ale przez 70-80 procent. W tym celu rząd Donalda Tuska umiejętnie wykorzystuje zabiegi marketingowe i socjotechnikę, co przekłada się na sondaże. Pieczołowicie jest budowany wizerunek premiera jako uśmiechniętego przywódcy nowoczesnej partii i człowieka przyjaznego ludziom. Platforma Obywatelska i jej lider korzysta też z przychylności większości mediów. Premierowi wybacza się wiele, nie oskarża się o łamanie demokracji, o zaściankowość i ksenofobię, choćby nawet uderzał w takie tony. Donald Tusk dla każdego ma coś miłego. Jednym obiecuje rozprawę z pedofilami i ich chemiczną kastrację, innym – podatek liniowy i likwidację KRUS, pracownikom budżetówki – podwyżki, ludziom „Solidarności” – zabranie przywilejów emerytalnych b. esbekom, biznesowi – wprowadzenie euro. Znacznie gorzej, gdy przychodzi do konkretów. Łatwiej jest bowiem uprawiać wirtualny PR, niż dobrze rządzić. Dotychczasowa taktyka rządu polegała na tym, aby dużo obiecywać i niewiele robić, bez ryzyka brania odpowiedzialności.

Na tym tle PiS, w swej retoryce czarnowidztwa i tropienia wszędzie spisków i układów, jawi się opinii publicznej jako partia coraz bardziej „radykalna”, „oszołomiasta”, „destrukcyjna”, „kłótliwa”, „arogancka”, chcąca budować swój sukces na zasadzie „im gorzej, tym lepiej”. I coraz bardziej jest spychana na pozycję Porozumienia Centrum z lat 90. Zraża się bowiem do niej elektorat centrowy, który ceni sobie spokój, przewidywalność, zdolność współpracy z różnymi środowiskami politycznymi. Poza tym coraz bardziej niezadowolony z formacji Jarosława Kaczyńskiego jest również elektorat konserwatywno-narodowy, który jest wodzony za nos w sprawach fundamentalnych: ochrony prawnej życia ludzkiego i zagrożonej suwerenności przez traktat lizboński. Dlatego PiS mimo słabego rządzenia PO nie może się odbić od dwudziestukilkuprocentowego poparcia.

W tej sytuacji nawet sam b. premier nie liczy, że pod jego kierownictwem uda się PiS uzyskać 35-40-procentowe poparcie społeczne. Koncentruje się nie na poszerzaniu bazy poparcia społecznego, ale na utrzymaniu najbardziej wiernego elektoratu. Bo w sytuacji, gdy PO dobrze wypada w sondażach, występuje z huraganowym atakiem (adresowanym przede wszystkim do „twardego”, pecetowskiego elektoratu), który w swej retoryce wzmacnia w szerokiej opinii publicznej negatywny wizerunek Kaczyńskiego (a przy okazji jego brata prezydenta, co dodatkowo osłabia szanse jego reelekcji) i plasuje PiS jako partię „skrajną”, odcinając ją od umiarkowanych wyborców, bez których niemożliwy będzie powrót do rządzenia. W ten sposób formacja Jarosława Kaczyńskiego założyła sobie na szyję samozaciskającą się pętlę. Im bardziej wierzga, tym bardziej ona się zaciska. Dlatego im więcej ostrych wystąpień w telewizji liderów PiS, im więcej ataków, a im mniej pozytywnych propozycji i wyraźnego odróżnienia programowego w sprawach kluczowych, tym PO może być spokojniejsza, że nie zostanie odsunięta od władzy.


Jedyny sukces rządu Tuska


Ten styl uprawiania polityki przez liderów PiS jest konsekwencją działania polegającego na przekonaniu, że im bardziej się krzyczy, tym bardziej ma się rację. Jest to o tyle zrozumiałe, że obie partie w sprawach zasadniczych – takich, jak traktat lizboński, wprowadzenie euro, a nawet wzbudzających obecnie emocje społeczne emerytur pomostowych – mają podobne poglądy. Sam Jarosław Kaczyński niedawno podkreślał, że PiS w Sejmie w 80 procentach głosuje tak samo jak PO. Uderzające było podobieństwo exposé Donalda Tuska do celów rządu Jarosława Kaczyńskiego.

Prezes Kaczyński intuicyjnie czuje, że musi się diametralnie różnić od PO. Ale jak to zrobić, gdy obie partie mają podobne spojrzenie? PiS ostrą retoryką i hałasem próbuje kamuflować te podobieństwa i dlatego zróżnicowanie jest artykułowane przede wszystkim na płaszczyźnie taktycznej. Charakterystyczne, że spór w sprawie euro nie idzie o to, czy zachować złotówkę, ale kiedy wprowadzić europejską walutę w Polsce. PO i PiS toczą ze sobą widowiskowe wojny, sprawiając wrażenie, że są różnice, ale tak naprawdę ich nie ma.

Mamy zatem do czynienia z sytuacją „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Rząd Tuska ciągle jeszcze cieszy się poparciem społecznym, ale ma ono płytki charakter. Słupki popularności trzymają się na wysokim poziomie, ponieważ szerokie kręgi opinii publicznej zdają sobie sprawę, że obecnie jeśli nie PO i Tusk, to PiS i powrót Jarosława Kaczyńskiego, a to po doświadczeniach lat 2005-2007 jest dla nich nie do przyjęcia. Lewica jest w kryzysie, a liberalna część jej elektoratu popiera PO, prawica rozdrobniona i zdezorganizowana, a część jej elektoratu w imię „mniejszego zła” trzyma się jeszcze PiS. Nie bez przyczyny zatem prezes PiS ironizował ostatnio, że jedynym sukcesem rządu Donalda Tuska jest… odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Dlatego jeśli całą scenę zmajoryzują PO i PiS – do czego konsekwentnie i solidarnie dążą – to nic się w Polsce nie zmieni.

drukuj