Polityka jak z operetki
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, filozofem i socjologiem, wykładowcą na
Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i na Uniwersytecie w
Bremie, rozmawia Mariusz Bober
Prezydent Bronisław Komorowski wysyła sygnały, że nie powierzy misji
tworzenia rządu szefowi Prawa i Sprawiedliwości, jeśli wygra wybory
parlamentarne. PO posunie się aż tak daleko, żeby utrzymać władzę?
– Jest to rzeczywiście przejaw walki politycznej, swego rodzaju wyzwanie:
prezydent kontra partie polityczne, a zwłaszcza kontra PiS. Ale już wcześniej
pojawiały się głosy, że trzeba zrobić wszystko, by partia ta nie doszła znowu do
władzy. Takie dążenia są wyrazem naruszenia podstawowych praw demokracji. Ktoś
dowcipnie skomentował wypowiedź prezydenta w ten sposób, że może niech w ogóle
nie rozpisuje wyborów parlamentarnych… Jeśli Bronisław Komorowski chce mieć
wielotysięczne demonstracje pod Belwederem i jeszcze bardziej podważyć swoją
pozycję, to niech spełni swoje zapowiedzi. Teraz, wypowiadając się w ten sposób,
chce najwidoczniej wpłynąć na wynik wyborów parlamentarnych…
…i pokazać, że traktuje demokrację jak środek do zapewnienia władzy
Platformie Obywatelskiej.
– Byłoby to na pewno naruszenie dobrego obyczaju, woli wyborców i sensu samych
wyborów parlamentarnych. Te groźby prezydenta przyniosą skutki odwrotne do
oczekiwań jego i sprzyjających mu komentatorów-interpretatorów i przyczynią się
do większej mobilizacji wyborców. Polacy bardzo łatwo ulegają PR-owskim
manipulacjom, ale wszystko ma swoje granice. Dziś – jak sądzę – granica
arogancji władzy została osiągnięta i wyborcy sprzeciwią się jej.
Prezydent sugerował, że PiS nie będzie miało zdolności koalicyjnej. Skąd to
wie, skoro nie wiadomo jeszcze, jakie partie wejdą do Sejmu?
– Być może rzeczywiście nie uda się tej partii utworzyć koalicji. W 2005 r. też
wbrew oczekiwaniom nie powstała koalicja PO – PiS. Ale nawet gdyby w dniu
wyborów potwierdziły się obecne bardzo niepewne sondaże, to kto może zapewnić,
że PiS nie miałoby wtedy zdolności koalicyjnej? W cywilizowanym świecie po
prostu powierza się misję tworzenia rządu zwycięskiej partii, a dopiero jeśli
nie uda jej się to, zadanie zostaje przekazane przywódcy ugrupowania, które
uzyskało drugi najlepszy wynik w wyborach. Dlatego zapowiedź prezydenta traktuję
jako przejaw oddalania się przez obecne władze od norm świata zachodniego i
coraz szybsze dryfowanie w kierunku "wschodnich" reguł gry politycznej.
Komorowski tłumaczył też, że misję tworzenia rządu powierzy temu, kto będzie
mógł utworzyć stabilną koalicję i chciał przeprowadzić reformy. Tego ostatniego
warunku nie spełnia także PO…
– Na pewno nie spełnia tego warunku, zwłaszcza rząd Donalda Tuska, choć
oczywiście wszystko zależy od tego, jak rozumiemy modernizację. Również
prezydent Dmitrij Miedwiediew modernizuje Rosję na swój sposób, także caryca
Katarzyna II to robiła, w pewnym sensie także Józef Stalin, a w Polsce Władysław
Gomułka i Edward Gierek… Pozostałe warunki prezydenta to swoiste zaklęcia.
Jest oczywiste, że wyborcy chcą, aby każdy rząd był stabilny. Tyle że to nie
prezydent powinien ostatecznie decydować o tym, kto ma pełnić funkcję premiera.
Nie on jest suwerenem, tylko Naród. I jest prawdopodobne, że po raz pierwszy
jedna z partii zdobędzie większość bezwzględną, do czego zresztą mogą się
przyczynić także wypowiedzi samego prezydenta.
Co na to wskazuje?
– Znaczące jest zjawisko rosnącego rozgoryczenia i rozczarowania ludzi rządami
PO. Widać też zmianę nastroju nawet wśród celebrytów popierających do tej pory
tę partię, czego przykładem był np. ostatni incydent w Krakowie [kpiarskiego
przywitania na otwarciu Narodowego Centrum Nauki premiera Donalda Tuska przez
aktora Krzysztofa Globisza – red.]. To pokazuje, że dziś zeszliśmy już do
poziomu operetki w polityce. Teraz zaczęto się śmiać z Donalda Tuska i
Platformy. Ta zmiana nastrojów może skutkować odpływem elektoratu
liberalno-lewicowej PO w kierunku lewicy. Podczas wyborów na pewno będzie też
widoczna mobilizacja ludzi, którzy poczuli się oszukani zarówno "zieloną wyspą",
raportem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego w sprawie katastrofy smoleńskiej,
jak i wieloma innymi rzeczami.
Czy wypowiedź prezydenta nie jest też przejawem obawy, że Platforma przegra
wybory?
– W PO już narasta nerwowość, wręcz panika, która prowadzi do agresji. Wyrazem
tego jest wyciągnięcie przez polityków tej partii sprawy ułaskawienia przez śp.
Lecha Kaczyńskiego wspólnika Marcina Dubienieckiego. W tej sytuacji
proponowałbym jednak wyjaśnić sprawy kilku tysięcy ułaskawień przez poprzednich
prezydentów.
Gdy w 2005 r. PiS zaproponowało na premiera Kazimierza Marcinkiewicza,
Platforma grzmiała, że to lider zwycięskiego ugrupowania powinien stanąć na
czele rządu…
– To jest charakterystyczny przejaw choroby polskiej sceny politycznej,
polegającej na tym, że właściwie wszystkie argumenty traktuje się
instrumentalnie, a programy i obietnice wyborcze nie mają odzwierciedlenia w
działaniach polityków po objęciu przez nich władzy. Stąd tak wielu Polaków nie
bierze udziału w wyborach. Natomiast to, że zwycięska partia proponuje na
premiera inną osobę niż jej szef, jest inną sytuacją niż ta, gdy to prezydent
chce arbitralnie narzucać swoją wolę.
Niektórzy interpretują też wypowiedź prezydenta w ten sposób, że w przypadku
wygranej PO może on zlecić misję tworzenia rządu politykowi innemu niż Donald
Tusk, np. Grzegorzowi Schetynie. To realny scenariusz?
– To mało prawdopodobne. Jeśli byłby możliwy jakiś "zamach pałacowy", to raczej
po ewentualnych przegranych przez tę partię wyborach. Pojawiają się spekulacje
na temat nieformalnych spotkań kół biznesowych niezadowolonych z rządów PO z
politykami SLD. Może się jednak także okazać, że dojdzie do zmian w PO, w której
władzę przejmie Grzegorz Schetyna albo jakiś inny polityk. Już dziś widać duży
ruch w PO. Być może politycy tej partii czekają teraz np. na raport szefa
komisji MSWiA Jerzego Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej, licząc, że
poprawi on nieco wizerunek rządu. Możliwe jest także, iż obecny premier opanuje
sytuację w swojej partii, a po wyborach utworzy koalicję z SLD i PSL. Ale byłaby
to koalicja bardzo niestabilna, a sytuacja nowego rządu – bardzo trudna, bo
Donald Tusk musiałby "posprzątać" po samym sobie.
W dodatku kampania wyborcza i możliwa awantura przy tworzeniu rządu odbyłyby
się podczas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Nikt nie boi się, że
władze skompromitują nasz kraj, podobnie jak to było w przypadku Czech?
– Pewnie dlatego nie chciano przeprowadzić wyborów parlamentarnych na wiosnę, co
pozwoliłoby uniknąć takich problemów, bo PO liczy na to, że sprawowanie
prezydencji przyczyni się do poprawy jej szans na wygraną w wyborach. Podczas
sprawowania przewodnictwa w Unii politycy PO będą mogli fotografować się z
przywódcami UE, itd. Jednak rzeczywisty skutek może być odwrotny: jeśli sytuacja
gospodarcza w Polsce będzie się nadal pogarszać, takie zachowanie będzie
drażniło ludzi i mogą oni zachować się w sposób odwrotny do oczekiwań PO.
Czyli PO potraktowała wyborców jak zakładników swoich interesów partyjnych,
uznając, że muszą ją poprzeć z lęku przed kompromitacją na forum UE?
– Tak, PO podjęła takie ryzyko, uznając, że jest to korzystniejsze dla jej
wyników wyborczych. Po czeskiej prezydencji wszyscy widzieli, że zmiana rządu w
trakcie prezydencji to bardzo poważne ryzyko polityczne, a rozmowy o utworzeniu
nowego gabinetu mogą być trudne. Ten, kto podjął decyzję o jesiennych wyborach,
będzie za nią odpowiadał. PO najwidoczniej doszła już do wniosku, że interesy
tej partii są tożsame z interesem Polski, że ona reprezentuje tę "oświeconą"
część elektoratu, a z tą "ciemną", "reakcyjną" nie trzeba się liczyć. Skoro
jednak bierze ona udział w wyborach, to należy zastosować jakiś manewr, by
zminimalizować wagę jej głosów…
Dziękuję za rozmowę.
