Polityczne odkładanie raportu Millera
Z dr. hab. Karolem Karskim (PiS), wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji
Spraw Zagranicznych, specjalistą w zakresie prawa międzynarodowego, rozmawia
Paulina Jarosińska
Czy nie uważa Pan, że krytyka wyrażona przez Prawo i Sprawiedliwość
przełożenia daty publikacji raportu polskiej komisji pod kierunkiem ministra
Jerzego Millera była nieuzasadniona? Co prawda taka decyzja nie wiąże rąk
prokuratorom, ale istnieje obawa, że w sytuacji, gdy komisja Millera
opublikowałaby swój raport na dwa miesiące przed zakończeniem prac prokuratury,
wówczas śledczy mogliby mieć zawężone pole dalszego postępowania…
– Nie wydaje mi się, by raport ministra Jerzego Millera mógł wiążąco wpłynąć na
prace prokuratury. Nie wiąże jej efekt końcowy prac tej komisji. Widzę w
przesunięciu terminu publikacji tego raportu przede wszystkim chwyt PR-owski.
Przecież tydzień temu było głosowanie nad wotum nieufności dla ministra obrony
narodowej Bogdana Klicha. Jest oczywiste, że raport ministra Millera musiałby
uwzględniać również szereg zaniedbań resortu obrony pod kierownictwem Bogdana
Klicha i w momencie gdy koalicja rządowa stała na głowie, aby obronić swojego
ministra, nie było możliwe, aby taki krytyczny raport bezpośrednio ukazał się po
głosowaniu. Postępowanie komisji Millera i postępowanie prokuratorskie to są
równoległe sprawy, ale nie można na równi stawiać zakresu uprawnień i mocy
wniosków, do jakich obie te instytucje w rezultacie postępowań dojdą.
Prokuratura ma określić zakres winy i odpowiedzialności poszczególnych osób,
natomiast komisja Millera ma wskazać okoliczności katastrofy, tak by nigdy
więcej taka tragedia jak ta, już się nie powtórzyła. Wszyscy będą oczywiście
ustalać, jak wyglądały przygotowania do tego lotu i jego przebieg, w tym
ostatnie chwile. Każdy z tych organów będzie jednak czynił to dla własnych
celów. Prawnomiędzynarodowe postępowanie już się zakończyło, a jego efektem jest
raport MAK. Po zgodzie polskiego rządu na konwencję chicagowską wydaje się to
oczywistym następstwem. Natomiast prace obydwu organów, które prowadzą w tej
sprawie postępowanie, mogą zasadniczo jeszcze bardzo przeciągać się w czasie, i
to chyba nie tylko moja opinia. Raporty publikowane nawet za dwa czy trzy
miesiące będą miały tak czy inaczej charakter szczątkowy, niepełny, zwłaszcza
gdy w Polsce nie ma jeszcze podstawowych dowodów, tj. wraku samolotu i czarnych
skrzynek.
Komisja Millera ma charakter raczej wtórny i pomocniczy. Tym bardziej jej
ustalenia nie są wiążące, zarówno dla prokuratury rosyjskiej, jak i prokuratury
polskiej.
Chodzi również o przekaz. Trudno wyobrazić sobie, by ustalenia obydwu
instytucji mogły się różnić. Może więc dobrze się stanie, że zostaną one
opublikowane w mniej więcej tym samym czasie?
– Proszę jednak zauważyć, że postępowanie prokuratury służy zupełnie czemu
innemu niż postępowanie komisji rządowej. Służy ono wskazaniu ewentualnego
winnego i postawienia go przed sądem (lub winnych). To jest zadanie prokuratury.
Co jest natomiast głównym zadaniem komisji Millera? Przede wszystkim ustalenie
rekomendacji na przyszłość. Obecnie – w mojej ocenie – mamy do czynienia z mało
przekonującą wymówką ministra Millera, że samolot Tu-154M o numerze 102 nie
nadaje się do przeprowadzenia eksperymentu, i to akurat w chwili, gdy zakończyła
się debata nad odwołaniem ministra Klicha. Mało tego, data ogłoszenia raportu
zbiegnie się z rocznicą katastrofy smoleńskiej, co w efekcie może być chwytem
propagandowym, aby te uroczystości w jakimś sensie zmarginalizować.
Ale czy nie lepiej będzie, jeśli zarówno końcowe ustalenia prokuratury, jak i
raport komisji Millera zbiegną się w czasie. Pamiętamy przecież konferencję
ministra Millera, na której przedstawiono nagrania z wieży kontrolnej w
Smoleńsku, które były kontrą do raportu MAK…
– Proszę nie wpadać w pułapkę, że to, co bardziej medialne, jest lepsze…
Daleko mi od tego. Pytam tylko, czy krytyka nie była pochopna…
– Chciałbym wierzyć, że poznamy prawdę w najbliższych miesiącach, ale szereg
błędów, jakie popełnił rząd Donalda Tuska, burzy tę wiarę. Dotychczasowe
ustalenia będą miały charakter cząstkowy również z tego powodu, że obecny rząd
nie będzie chciał ujawniać spraw związanych chociażby z organizacją wizyty 10
kwietnia, a które mogłyby jednoznacznie ten rząd skompromitować. Nie zapominajmy
również o tym, że prokuratorzy prowadzący śledztwo – jako wojskowi w służbie
czynnej – podlegają w pewnym zakresie Ministerstwu Obrony Narodowej, tak jak
wojskowi wchodzący w skład komisji badania wypadków lotniczych. Owszem, po
prezentacji nagrań kontrolerów jednoznacznie widać, że piloci byli źle
naprowadzani, że wieża działała pod wpływem zewnętrznej presji. Proszę pani,
moje pytanie jest następujące: jak można poznać prawdę, jeśli kluczowe dowody są
poza granicami naszego państwa, czyli w Rosji – państwie, gdzie standardy
europejskiej demokracji nie sięgają? Do zakończenia postępowania sądowego te
dowody tam pozostaną, a ono może się toczyć latami. Dlaczego wcześniej nie
dokonano tego eksperymentu z Tu-154M? Nie wiadomo.
Zapytam wobec tego o czwartkowe posiedzenie senackiej komisji obrony w
sprawie katastrofy smoleńskiej z udziałem Edmunda Klicha oraz prokuratorów
wojskowych prowadzących śledztwo. Były akredytowany powiedział podczas tego
posiedzenia, że nie wie, kto podjął decyzję o zastosowaniu załącznika 13
konwencji chicagowskiej, ale domyśla się, że decyzja ta została podjęta po
"uzgodnieniach czy dyskusjach z polskim rządem"…
– Podejrzewam, że do tej pory polski rząd nie wie, na co wyraził zgodę. Edmund
Klich sam mówił, że dzwonił do niego szef komisji technicznej MAK Aleksiej
Morozow i powiedział, żeby natychmiast przyjeżdżał. Pytanie, po co ściągać szefa
komisji badającej wypadki cywilne? Widać, że już wtedy rozpoczęła się gra mająca
na celu triumf konwencji chicagowskiej. Robiono wszystko, aby wmówić od razu, że
lot miał status cywilny. Klich przystał na to. Wytworzył się bałagan. Rząd
polski uznał, że już sama obecność Edmunda Klicha świadczy o stosowaniu
konwencji chicagowskiej. Można posłuchać tego, co przekazywał premier Tusk,
który najpierw mówił, że stosujemy konwencję w całości. Potem się okazało, że
stosujemy tylko jej załącznik 13. Sprawę załatwiano ustnie bez świadomości
polskiej strony, na co się zgadza. Do 14 kwietnia ta sprawa toczyła się według
trybu wojskowego – to wynika ze słów ministra Bogdana Klicha. MSZ miało w ręku
na pewno umowę z 1993 roku. Dopiero 14 kwietnia sprawa radykalnie się odwróciła
– weszła pani Anodina ze swoim Komitetem i od tamtej pory Rosjanie uporczywie w
swoim własnym interesie powtarzają, że lot był cywilny.
Edmund Klich powiedział podczas posiedzenia komisji senackiej, że w
pierwszych dniach po katastrofie polscy eksperci pracowali bez żadnej podstawy
prawnej. Mało tego, dodaje, że status lotu jest sprawą trudną do zdefiniowania,
ponieważ w zapisie rozmów wieży kontrolnej pada pytanie do polskiej załogi, czy
lądowali na lotnisku wojskowym, a więc wówczas trwały ustalenia statusu lotu.
– Jeśli chodzi o początkowe prace polskich ekspertów, to widać, że Edmund Klich
nie ma po prostu wiedzy na ten temat. Natomiast w sprawie statusu lotu sprawa
wygląda tak, że Rosjanie od początku chcieli i dążyli do tego, aby lot rządowego
Tu-154M miał status cywilny. Natomiast polska strona powinna z racji stanu prawa
oraz posiadanej wiedzy bronić tego, że był to na pewno lot wojskowy. Wystarczy
sięgnąć do treści konwencji chicagowskiej. Po pierwsze, przepisów konwencji nie
stosuje się do lotów państwowych, czyli wojskowych. Przecież Tu-154M był
transportowym samolotem wojskowym wchodzącym w skład 36. specpułku, tak jak
załoga samolotu, a to jest jednostka wojskowa. Samolot był po prostu częścią
polskich Sił Zbrojnych. Gdyby był uznawany za samolot cywilny, to strona
rosyjska nie proponowałaby w ogóle lidera, którego przydziela się tylko
samolotom wojskowym. Czy naprawdę trzeba cały czas udowadniać oczywiste rzeczy?
Jak skomentowałby Pan słowa Edmunda Klicha, który twierdzi, że skoro nie było
wybuchu w maszynie, to wrak samolotu nie jest koniecznym dowodem?
– A skąd mamy to wiedzieć, skoro nasi eksperci ani śledczy nie mieli możliwości
zbadania wraku, który jest własnością Rzeczypospolitej Polskiej? Nie jestem
ekspertem technicznym, ale Edmunda Klicha właśnie eksperci techniczni już
ocenili i orzekli, że nie powinien on być dalej szefem Komisji Badania Wypadków
Lotniczych. Trzynastu z piętnastu członków tej instytucji wystąpiło o jego
odwołanie, argumentując to właśnie negatywną oceną jego działań w trakcie
wyjaśniania przyczyn tragedii smoleńskiej. Z tym wrakiem naprawdę mogły się
dziać różne rzeczy. Widzieliśmy sfilmowane dowody na to, że był on niszczony.
Umundurowani funkcjonariusze rosyjscy łomami wybijali szyby, cięli wrak na
kawałki, słowem – niszczyli elementy, które mogły być jakimś dowodem na to, że
mogło wydarzyć się coś niestandardowego. Czemu polscy eksperci nie mogli zbadać
wraku na miejscu? Przecież cały czas spokojnie leży on na lotnisku w Smoleńsku.
Nie zadbano o to od początku i pozwolono, aby nasz dowód rzeczowy niszczał przez
klika miesięcy. Gdzie ta dobra współpraca?
Polscy prokuratorzy wczoraj i dziś biorą udział w uzupełniających
przesłuchaniach rosyjskich świadków, w tym Pawła Plusnina, kierownika lotów ze
Smoleńska. Czy w kontekście zarówno nagrań z wieży sprzecznych z przekazem MAK i
oficjalną wersją Rosji, jak i rosyjskiego wniosku o unieważnienie zeznań
kontrolerów możemy spodziewać się, że te przesłuchania wniosą coś nowego do
śledztwa?
– Rosja – jak już powiedziałem – nie jest państwem funkcjonującym według
europejskich standardów demokratycznych. Mordowani są ludzie dla władzy
niewygodni, jak np. Aleksander Litwinienko, rządowi agenci podkładają bomby pod
budynki mieszkalne, niszczone są dowody itp. Dość znamienna była ostatnio sprawa
zatrzymania dziennikarzy "Naszego Dziennika" i zarekwirowanie im sprzętu
służbowego zupełnie bezprawnie – sprawa ta dobitnie świadczy o jakimś
nienormalnym strachu przed pytaniami o katastrofę i ewentualną winę Rosji. Do
czego zmierzam – otóż, jestem przekonany, że kontrolerzy będą poinstruowani, co
mówić i że ich dodatkowe zeznania niczego nie zmienią w oficjalnej wersji
rosyjskiej.
Pułkownik Ireneusz Szeląg powiedział w czwartek, że ekshumacje odbędą się
dopiero w momencie, gdy prokuratorzy będą mieli dowód na to, że wątpliwości co
do tożsamości osoby pochowanej są uzasadnione. Dodał, że będzie to możliwe
dopiero wówczas, gdy do Polski trafią brakujące dokumentacje, które są w Rosji.
Kolejne błędne koło…
– Błędne koło, które jest kolejnym skutkiem złych decyzji podjętych na samym
początku i przekazania całego śledztwa w ręce Rosji.
Co ciekawe, prokuratura wciąż nie wyklucza wątku zamachu.
– Skoro nie wyklucza, to znaczy, że cały czas bada taką okoliczność i
nieuzasadnione będą wszystkie głosy z góry podważające tę hipotezę. Ale rodzi
się pytanie: jak ma zbadać jej prawdziwość, skoro wciąż brakuje kluczowych
dowodów? Te wszystkie pytania nie prognozują rychłego dojścia do prawdy, choć
bardzo chciałbym, aby to nastąpiło.
Dziękuję za rozmowę.
