Pogrążam się w „zadumie”

Podczas gdy w naszym nieszczęśliwym kraju szalenie aktywizują się ludzie
subtelni – ostatnio nawet eks-jezuita, pan Stanisław Obirek – karcąc prezesa
Jarosława Kaczyńskiego za "cynizm", ponieważ akurat w 2. rocznicę katastrofy
smoleńskiej proklamował rozpoczęcie walki o "IV Rzeczpospolitą" – syryjski tyran
zapowiedział, że 12 kwietnia zakończy działania wojskowe przeciwko bezbronnym
cywilom, chociaż jednocześnie zastrzegł sobie "prawo odpowiedzi na każdy atak
prowadzony przez grupy terrorystyczne".

Ludzie subtelni, którzy ostatnio bardzo się u nas rozmnożyli, uważają, że w
taką rocznicę każdemu przystoi "zaduma" – chociaż z drugiej strony – oczywiście
delikatnie, jak na ludzi subtelnych przystało – krytykują premiera Tuska, że nie
odpowiada na prowokacje ze strony cynicznego prezesa Kaczyńskiego, tylko milczy,
jak ten ogon wilczy. Łatwo krytykować – ale tak między nami – co właściwie
miałby powiedzieć pan premier Tusk, skoro Siły Wyższe jeszcze nie ustaliły
kolejnej wersji, której będzie musiał się trzymać nie tylko rząd, nie tylko
stado autorytetów moralnych, ale również – wszyscy ludzie subtelni. Wprawdzie od
samego początku wiadomo, że przyczyną katastrofy był błąd pilota – ale charakter
tego błędu zmienia się w zależności od sytuacji – a któż może wiedzieć, jakie
rewelacje znienawidzony Antoni Macierewicz wyciągnie z pokładowego komputera,
otwartego i odczytanego w Redmont w stanie Waszyngton? Na razie mowa o
"wstrząsach", więc już jacyś eksperci dowodzą, że "wstrząsy" to jeszcze nie
zamach. Jużci, prawda – ale co będzie, jeśli za jakiś czas znienawidzony Antoni
Macierewicz te "wstrząsy" doprecyzuje? Taką katastrofą trzeba gospodarować po
gospodarsku, żeby napięcie rosło – a przecież do wyborów prezydenckich, które
tym razem przypadają jednocześnie z parlamentarnymi, jeszcze trzy lata. A przez
trzy lata – ho, ho! – ileż to wersji błędu pilota trzeba będzie rewokować, tym
bardziej że trwa przecież wojna na górze między bezpieczniackimi watahy,
zapoczątkowana lekkomyślnym zatrzymaniem generała Gromosława Czempińskiego. To
co w tej sytuacji ma robić pan premier Tusk, jeśli nie uciekać w "zadumę"? I bez
tego ma o czym dumać, bo ruscy szachiści – bywa – niewygodnych świadków też
likwidują. Toteż "zadumę" lansuje nawet posągowa pani poseł Małgorzata
Kidawa-Błońska.

Zatem kiedy Umiłowani Przywódcy z Platformy Obywatelskiej kokieteryjnie
pogrążają się w "zadumie" i bałamucą publiczność mirażami dobrobytu, jaki ma się
pojawić dzięki zagonieniu do roboty starców płci obojga, w Syrii kładzione są
właśnie fundamenty pod zwycięstwo demokracji. Taki jest rozkaz, a wiadomo, że z
demokracją nie ma żartów. To znaczy – oczywiście są – bo powiedzmy sobie
otwarcie i szczerze – dlaczego właściwie demokracja musi zwyciężyć w Syrii, a
nie – dajmy na to – w takiej Arabii Saudyjskiej? Tajemnica to wielka, więc nic
dziwnego, że w obliczu takich węzłów gordyjskich bezpieczniej uciekać w "zadumę"
– zwłaszcza na widok jazgotu, jakim starsi i mądrzejsi, a także młodsi i głupsi
przywitali wierszyk Gźntera Grassa przeciwko przekazywaniu bezcennemu Izraelowi
przez Niemcy kolejnego okrętu podwodnego "Delfin", zdolnego do przenoszenia
broni jądrowej, której bezcenny Izrael, jak powszechnie wiadomo, "nie ma".
Jeszcze raz potwierdziła się trafność spostrzeżenia, że nic tak nie gorszy jak
prawda – zwłaszcza że również prof. Martin van Creveld z Uniwersytetu
Hebrajskiego w Jerozolimie chlapnął niedawno o "Opcji Samsona", na wypadek gdyby
w walce o zwycięstwo demokracji w Syrii, a następnie w Iranie coś poszło nie
tak. Więc jak tu nie popadać w "zadumę" – jak nie z jednej, to z drugiej
przyczyny?

Stanisław Michalkiewicz

drukuj