Patriotyzm zakupowy – zakazane hasło?

Ostatnie wyniki badań dotyczących preferencji zakupowych Polaków, jakie
przeprowadziła firma IQS, powinny zepsuć dobry nastrój decydentom
odpowiedzialnym za naszą gospodarkę. Wynika z nich, że zaledwie dla 7 proc.
Polaków kraj pochodzenia towaru jest ważnym argumentem przy decyzji zakupowej.
Tłumacząc z polskiego na nasze: zgodnie z tymi deklaracjami niemal nikt, mając
do wyboru podobnej jakości produkt wytworzony za granicą i wyprodukowany w
Polsce, nie zamierza się kierować narodowym interesem. Po 20 latach wolnego
rynku świadomość korzyści, jakie niesie wspieranie rodzimej przedsiębiorczości,
jest wśród Polaków na opłakanym poziomie.

U progu lat 90. za szczyt dobrego smaku uchodziło epatowanie zachodnimi metkami,
a zagraniczna tandeta szerokim strumieniem zalała polski rynek. Takie podejście
społeczeństwa było na rękę tym, którzy dowodzili, że polskie zakłady trzeba jak
najszybciej sprzedać i zamknąć – przecież nikt nie będzie kupował chłamu znad
Wisły… Taka argumentacja, poparta życzliwością decydentów i kilku wpływowych
mediów, pozwoliła pewnej grupie osób na zgromadzenie niezłych fortun. Kiedy
okazało się, że polskie produkty nie tylko wytrzymują konkurencję z zachodnimi,
ale nawet mogą stać się przebojem na obcych rynkach, ogromna część
przedsiębiorstw albo przeszła w obce ręce (charakterystyczny jest tu przykład
Wedla), albo została zlikwidowana, a pozostały po nich majątek –
"zagospodarowany".
Wbrew opiniom pesymistów polscy przedsiębiorcy wchodzili do Unii wcale nie jako
ubodzy krewni. Dla wielu rodzimych firm wspólny rynek stał się rzeczywiście
szansą, ale jednocześnie dla słabszych podmiotów niósł określone zagrożenia.
Polscy wytwórcy mieli prawo oczekiwać, że znajdą się pod parasolem ochronnym
rządu zapewniającym rozwój. Jednym z ważniejszych elementów takiego
kompleksowego programu powinna być promocja zakupowego patriotyzmu.

Pojęcie niemodne?
Dla Tuska i jego kompanów z pewnością tak. Patriotyzm zakupowy niejednemu
lojalnemu towarzyszowi partyjnemu pachnie na kilometr szowinizmem i pogromami.
W państwach starej Unii nie mają takich obaw. Dla Polski dobrym przykładem może
być – tak chętnie przywoływana przez Platformę – Irlandia. Tam już w 1975 r.
ruszył program "Guaranteed Irish", promujący irlandzkie produkty, których wysoka
jakość nie budzi wątpliwości. Przez niemal cztery dekady znaczek GI stał się dla
Irlandczyków najlepszym poświadczeniem jakości rodzimych wyrobów. Obecnie, jak
wynika z badań, każda rodzina na Zielonej Wyspie wydaje tygodniowo średnio 16
funtów na produkty z tym logo. Nie dziwi to, zważywszy na rezultaty innych badań
pokazujące świadomość Irlandczyków w zakresie korzyści ze wspierania własnych
firm. Aż 8 na 10 kupujących wybiera irlandzkie produkty właśnie ze względu na
ich pochodzenie. 83 proc. respondentów jest zdania, że w czasach kryzysu
kupowanie rodzimych produktów ma o wiele większe znaczenie niż wcześniej. 86
proc. Irlandczyków uważa, że firmy powinny podkreślać, iż oferują irlandzkie
produkty i usługi, a trzy czwarte ankietowanych ma poczucie, że kupując takie
wyroby, pomaga krajowi i współobywatelom.

Liczy się każda złotówka
Podobne programy od lat z powodzeniem funkcjonują m.in. we Francji i w USA,
ciesząc się czynnym poparciem decydentów. U nas na próżno szukać podobnego
programu. Co ciekawe, bardziej przewidujące od rządu okazały się… sieci
handlowe. Dla przykładu sieć Tesco chwali się, że wspiera polskie produkty, a na
sklepowych półkach można znaleźć wyroby opatrzone znaczkiem: "Jestem z Polski".
Niemiecka sieć Lidl już drugi rok z rzędu ubiegała się z powodzeniem o znak
"Teraz Polska" dla swoich produktów spożywczych. Największa sieć detaliczna w
Polsce – Biedronka, ze współpracy z polskimi producentami uczyniła jeden z
filarów swojej kampanii promocyjnej. W specjalnie przygotowanych folderach
Biedronka przedstawia swoich dostawców – polskie firmy – i podkreśla, że ponad
90 proc. jej asortymentu spożywczego jest wyprodukowane nad Wisłą.
Jeżeli chodzi o wyczucie rynku, to bardziej wierzę przedsiębiorcom niż politykom
PO i PSL. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego promocja polskiej żywności
skierowana do Polaków leży odłogiem. Jeszcze raz odwołam się do Irlandii: z
analiz instytutu Amarach Research wynika, że każde dodatkowe 4 funty tygodniowo,
przeznaczane przez jedną rodzinę na zakup irlandzkich produktów, przyczyniłoby
się do stworzenia dodatkowych 6 tys. miejsc pracy. Mimo że, zdaniem Tuska i jego
świty, życie w Polsce, jak mawiał Josif Wissarionowicz, "stało się lepsze i
weselsze", to bezrobocie udało się Platformie wywindować na poziom o wiele
wyższy niż w czasach rządów PiS. Zatem każde miejsce pracy, szczególnie poza
metropoliami, jest na wagę złota.
Niezależnie od wyniku nieodległych już wyborów w przyszłym Sejmie należy
przypilnować, by powstał i został zrealizowany odpowiedni program wsparcia
polskich producentów. Oddanie wszystkiego w ręce urzędników gwarantuje raczej
klęskę i zmarnowane pieniądze, dlatego projekt musi mieć szerokie zaplecze w
postaci instytucji pozarządowych, producentów, samorządowców. Na pewno warto
wykorzystać doświadczenie sieci handlowych, z przytoczoną już Biedronką na
czele. Warto przyjrzeć się temu, co zbudowała Fundacja Polskiego Godła
Promocyjnego "Teraz Polska". Polacy muszą wiedzieć, że kupując polskie produkty,
inwestują w przyszłość swoją i swoich dzieci – każda złotówka wydana na rodzimy
wyrób naprawdę ma wielkie znaczenie.

 

Jakub Opara

 


Autor jest byłym urzędnikiem Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

drukuj