Operacje specjalne NATO nie za Klicha
Po śmierci w katastrofie smoleńskiej gen. Włodzimierza Potasińskiego
szanse na objęcie przez Polskę za cztery lata dowództwa nad operacjami
specjalnymi w Pakcie Północnoatlantyckim spadły do zera. Misja ta była oczkiem w
głowie dowódcy Wojsk Specjalnych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po 10
kwietnia. Natowscy stratedzy z niepokojem obserwują wzrost wpływów rosyjskich w
naszym kraju. Formalną przeszkodą pozbawiającą nas możliwości dowodzenia
operacjami specjalnymi Sojuszu jest brak Eskadry Lotnictwa zapewniającej polskim
komandosom własne wsparcie z powietrza.
Polska szykuje się do przejęcia w 2014 r. obowiązków tzw. państwa ramowego w
dziedzinie operacji specjalnych NATO. Do tego czasu Dowództwo Wojsk Specjalnych
musi jednak osiągnąć gotowość do wystawienia stanowiska dowodzenia komponentu
wojsk specjalnych w operacji sojuszniczej (Combined Joint Special Operation
Component Command), zdolnego do dowodzenia międzynarodowymi siłami specjalnymi.
Do tej pory udało się to pięciu państwom: Stanom Zjednoczonym, Wielkiej
Brytanii, Francji, Włochom i Hiszpanii. Gotowość do tego, by to Polsce powierzyć
dowództwo sił specjalnych Sojuszu, zgłasza Ministerstwo Obrony Narodowej.
Jak informuje płk Ryszard Jankowski, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk
Specjalnych, aby osiągnąć gotowość do dowodzenia operacjami specjalnymi,
dowództwo musi dysponować eskadrą działań specjalnych. Oczekiwania sojusznicze
wobec państwa ramowego są duże. Należą do nich: rozwinięcie Połączonego
Dowództwa Operacji Specjalnych, wydzielenie co najmniej jednego Zadaniowego
Zespołu Bojowego, rozwinięcie systemu dowodzenia i logistyki dla sił
specjalnych, a wreszcie wydzielenie środków lotniczych zdolnych do
zabezpieczenia operacji.
Czy sprostamy tym wymogom? Rzecznik DWS zaznacza, że z inicjatywy gen.
Włodzimierza Potasińskiego, dowódcy Wojsk Specjalnych, który 10 kwietnia zginął
w katastrofie pod Smoleńskiem, powstała Jednostka Wsparcia Dowodzenia i
Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych w Krakowie. Wysoce problematyczny może jednak
okazać się warunek dotyczący wyposażenia Wojsk Specjalnych we flotę bojową.
Aby osiągnąć gotowość do dowodzenia operacjami specjalnymi w ramach NATO, Wojska
Specjalne muszą dysponować eskadrą śmigłowców bojowych. Jak podkreśla płk
Jankowski, wszystkie jednostki WS potrzebują co najmniej dwudziestu śmigłowców –
a obecnie na ich wyposażeniu nie ma żadnego.
MON twierdzi, że Eskadra Lotnictwa, która zapewniałaby własne wsparcie z
powietrza dla polskich komandosów, zostanie utworzona w Siłach Powietrznych.
Plany zakładają, że osiągnie ona gotowość za trzy lata, a w 2014 r. zostanie
certyfikowana, aby wykonywać zadania określone w dokumentach sojuszniczych.
Skonfrontowany z pytaniem, czy zabezpieczy to wszystkie potrzeby komandosów,
gen. broni Mieczysław Cieniuch, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, odparł
tylko, że "prawdopodobnie nigdy nie osiągniemy takiego stanu, by Wojska
Specjalne były w pełni samodzielne i niezależne od wszystkiego" (rozmowa z PAP z
sierpnia br.).
Pozostaje paląca kwestia pozyskania dla eskadry pilotów. Selekcja jest wprawdzie
prowadzona, ale nabór – jeszcze nie. Tymczasem jak zwraca uwagę płk Jankowski,
już w 2011 r. Dowództwo Wojsk Specjalnych powinno wysłać pilotów na szkolenie do
Stanów Zjednoczonych. Do tego czasu ta grupa musiałaby już zostać wytypowana.
Pomysł jest taki: kadrę eskadry stworzą piloci, którzy przyjdą z Wojsk Lądowych
(wraz ze swoimi maszynami). – Aby sprostać wymaganiom i terminowo zrealizować
zadania wynikające z tworzenia eskadry działań specjalnych, szef Sztabu
Generalnego zdecydował o przeniesieniu śmigłowców z Wojsk Lądowych do Sił
Powietrznych, zamiast czekać na te, które mają być kupione, gdyż to właśnie nie
dawałoby gwarancji, że zdążymy na czas – tłumaczy w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" gen. dyw. WP Bogusław Pacek, asystent szefa Sztabu Generalnego WP
do spraw Wojsk Lądowych i Wojsk Specjalnych. Generał podkreślił, że MON planuje
zakup śmigłowców dla wojska w 2013 roku. Nie informuje jednak, ile ich będzie i
na jakim etapie są realizowane przetargi na ich zakup.
Dlaczego wybór padł na Wojska Lądowe? – Tylko ten rodzaj Sił Zbrojnych dysponuje
w tej chwili pilotami, którzy mają odpowiednie doświadczenie bojowe zdobyte w
misjach w Iraku i Afganistanie – zaznaczył gen. Bogusław Pacek.
Czy nie będzie to jednak oznaczać uszczuplenia kadry Wojsk Lądowych? Generał
Pacek przyznał, że owszem. Ale zaraz uściślił, że w zamian Wojska Lądowe
otrzymają z Sił Powietrznych pilotów wprawdzie "o mniejszym doświadczeniu, ale
mogących latać w Wojskach Lądowych". Przyznał jednocześnie, że te decyzje wiążą
się z kosztami. Na pytanie, o jakiego rzędu kwoty chodzi, stwierdził wymijająco,
że budżet na eskadrę już "został zaplanowany". W Wojskach Lądowych zachowują
zimną krew. – Musimy być przygotowani na różne zadania. Sytuacja w wojsku się
zmienia. Te zmiany mają spowodować optymalne wykorzystanie zasobów, które
posiadamy. Te zasoby to m.in. lotnictwo Wojsk Lądowych. Mamy potencjał, który
będziemy mogli wydzielić i nie będzie to stało w sprzeczności z naszymi
zadaniami – zapewnia ppłk Tomasz Szulejko, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk
Lądowych.
Zdążymy spełnić stawiane państwom ramowym wymagania? Generał Pacek zapewnia, że
termin 2014 roku zostanie "z całą pewnością zachowany". – To jest zadanie, które
Polska na siebie przyjęła. NATO nie jest konkursem piękności, w którym występują
kandydatki na miss. Zanim zleci się komuś zadanie, analizuje się możliwości jego
realizacji. My to zadanie przyjęliśmy i planowo je realizujemy – podkreśla gen.
Pacek.
Eksperci pozwalają sobie jednak mieć inne zdanie. – Widać, że ta armia sztukuje.
Mam wrażenie, że przed przyszłorocznymi wyborami jest robiony tylko pewien
pokaz: na chwilę wyposaży się daną jednostkę, by pokazać, że dysponuje ona pewną
eskadrą. Zakładam, że ten rząd może w przeddzień wyznaczonego terminu ocenić, że
jednak nie jesteśmy gotowi do pełnienia tej funkcji – ocenia Witold
Waszczykowski, były wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Marek Opioła (PiS) z sejmowej Komisji Obrony Narodowej zauważa z kolei, że
problemem jest także niewystarczająca liczba żołnierzy Wojsk Specjalnych. –
Brakuje grup bojowych. Cztery lata to bardzo mało czasu. To kolejny bajpas,
który będzie robiony po to, by wszystko zgadzało się na papierze. Realia jednak
będą zupełnie inne – mówi parlamentarzysta.
Dość opornie, ale tanio
Sztab Generalny argumentuje, że Eskadra Lotnictwa jest tworzona przy Siłach
Powietrznych z uwagi na to, że dysponują one całym zapleczem logistycznym. Jeśli
chodzi o działalność operacyjną, zostanie ona podporządkowana DWS.
Jak ujawnił gen. Cieniuch, na wyposażeniu eskadry docelowo mają się znaleźć dwa
samoloty Bryza oraz dwanaście śmigłowców różnego typu. Jeszcze miesiąc temu gen.
Cieniuch podzielił się refleksją, że prace w Siłach Powietrznych nad tworzeniem
eskadry postępują wprawdzie "dość opornie, ale wojsko chce zrobić to sprawnie,
tanio i dobrze".
– Prawdą jest, że powstały takie obawy z racji śmigłowców, które są
wykorzystywane w Afganistanie. Trzeba było podjąć taką decyzję, która
zapewniłaby, że znajdą się one w tej eskadrze. I taką decyzję pan generał
Cieniuch podjął – stwierdził gen. Pacek.
Pierwotnie pełną gotowość do wystawienia stanowiska dowodzenia komponentu wojsk
specjalnych w operacji sojuszniczej DWS miało osiągnąć w 2012 roku. Jednak w
roku ubiegłym szef MON Bogdan Klich przesunął ten termin o kolejne dwa lata. MON
nie udzieliło nam odpowiedzi, co było tego powodem.
Witold Waszczykowski nie ma wątpliwości, że najnowsze zapewnienia MON o
zachowaniu wszelkich terminów i warunków w związku z powierzeniem nam dowództwa
sił specjalnych Sojuszu to tylko gra. – Na rok przed wyborami rząd PO będzie
deklarował, że spełni wszystkie warunki, by objąć to dowództwo. Wiem jednak, że
w samym resorcie są wojskowi, którzy są temu przeciwni. I Amerykanie dobrze o
tym wiedzą. Jest rozdźwięk co do stanowiska, czy w ogóle powinniśmy mieć siły
specjalne – zauważa.
Piloci Eskadry Lotnictwa muszą dysponować odpowiednim sprzętem. Wojska Lądowe
dysponują 143 śmigłowcami. Są to maszyny typu: W-3 Sokół (produkcji polskiej)
oraz sowieckie Mi-2, Mi-24, Mi-8, Mi-17. Jak twierdzi gen. Anatol Czaban,
asystent szefa Sztabu Generalnego WP ds. Sił Powietrznych, docelowa struktura
eskadry nie będzie zawierać maszyn W-3 i Mi-2. Podstawowym sprzętem będą Mi-17.
– Przecież te maszyny nie nadają się, by latać na dużych wysokościach, osiągają
pułap tylko 4,5 kilometra – komentuje z ironią poseł Opioła. Zdaniem gen.
Czabana, możliwości operacyjne tych maszyn są jednak na tyle duże, że swego
czasu Amerykanie zabiegali o kontrakty, które pozwoliły je wykorzystywać.
Kazus Giampaola Di Paoli
O kwestiach, jak np. objęcie dowództwa nad operacjami specjalnymi w NATO czy
wysokiego stanowiska w strukturach Paktu, często decydują względy natury
politycznej. I w naszej najnowszej historii odnotowujemy takie przypadki.
– To także pewnego rodzaju walka dyplomatyczna. W 2007 roku przegraliśmy
powierzenie śp. gen. Franciszkowi Gągorowi stanowiska szefa Komitetu Wojskowego
NATO, ponieważ Amerykanie dogadali się wtedy z Włochami i wybrano Włocha – mimo
że nasz kandydat miał ku temu wszelkie kwalifikacje – przypomina Waszczykowski.
Komitet Wojskowy NATO jest najwyższym organem militarnym Sojuszu. Doradza w
kwestiach wojskowych Radzie Północnoatlantyckiej, którą tworzą ambasadorowie
państw członkowskich. Jego przewodniczący to z protokolarnego punktu widzenia
pierwsze stanowisko "mundurowe" w Sojuszu. W rywalizacji o to stanowisko nasz
szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor przegrał z włoskim admirałem
Giampaolem Di Paolą. Ówczesny minister obrony narodowej Aleksander Szczygło
oceniał, że do wyboru Włocha mogły się przyczynić toczące się wtedy w Polsce
spory wokół wojska, szczególnie te dotyczące zaangażowania w misje zagraniczne,
w tym afgańską.
Poseł do Parlamentu Europejskiego Janusz Zemke (Grupa Postępowych Socjalistów i
Demokratów) wyklucza jednak, by powtórzyła się sytuacja, jaka nastąpiła w
związku z kandydaturą gen. Gągora. – W przypadku Komitetu Wojskowego spotykają
się na głosowaniu szefowie sztabów generalnych państw członkowskich Sojuszu.
Załatwia się jakieś interesy. W przypadku zaś dowodzenia siłami specjalnymi NATO
uzgodnienia zapadają na poziomie Komitetu Wojskowego Sojuszu i Dowództwa Sił
Specjalnych. To, kto ma tymi jednostkami dowodzić, Kwatera Główna NATO ustala z
kilkuletnim wyprzedzeniem – zapewnia Zemke. Zdaniem europosła Pawła Kowala
(Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), NATO może takiej argumentacji użyć. –
Zawsze jest taka obawa – konkluduje.
Sojusznicza konkurencja nie śpi. Poseł Marek Opioła podnosi, że inne kraje, w
tym Turcja, także mają aspiracje do tego, by powierzono im dowództwo nad
operacjami specjalnymi w Pakcie Północnoatlantyckim. – Może zaistnieć sytuacja,
że państwa te są do tego lepiej przygotowane. Kierownictwo Sojuszu widzi, co się
dzieje w polskiej armii. Może więc dojść do tego, że padną z ich strony pytania
o stan naszego wojska – zauważa Opioła. Jak zaznacza gen. Czaban, jest faktem,
że inspektorzy natowscy nie przepuszczą czegoś, co nie spełniałoby określonych
kryteriów. – Nie ma możliwości, by nie będąc gotowym, przejść ten proces. Wiele
krajów, i to "mocnych" w Europie, go nie przechodziło – przyznaje generał. – Pod
pojęciem "mocne" rozumiem tutaj te kraje, które przez wiele lat eksploatowały
dany typ statków powietrznych, ale kiedy przystąpiły do sprawdzenia swojej
gotowości bojowej, okazało się, że to nie jest tak proste – dodaje.
Smoleński syndrom
W odróżnieniu od pozostałych dowództw rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Wojsk
Specjalnych nie przekazuje na czas działań bojowych poza granicami kraju
podległych sobie jednostek Dowództwu Operacyjnemu. Z chwilą powierzenia Polsce
dowództwa nad operacjami specjalnymi NATO w 2014 r. DWS przejmie dowodzenie nad
zespołami specjalnymi państw sojuszniczych.
Czy grozi nam, że spotkamy się z odmową powierzenia Polsce dowództwa nad
sojuszniczymi siłami specjalnymi? – Jeżeli my sami stwierdzimy, że jesteśmy do
tej misji gotowi, to zgłaszamy to do NATO i jesteśmy brani pod uwagę – odpowiada
płk Ryszard Jankowski. – I nie ma formalnej możliwości, by Sojusz nas odrzucił.
Jeżeli nie spełnimy któregoś z warunków, to po prostu się nie zgłosimy – dodaje
rzecznik DWS.
Jednak czy po katastrofie smoleńskiej, w której śmierć poniosła 96-osobowa
delegacja ze zwierzchnikiem Sił Zbrojnych prezydentem Lechem Kaczyńskim i
dowódcami wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych, nie zostanie wysunięty argument, że
Polska nie powinna takiej funkcji sprawować, ponieważ nie potrafiła w sposób
dostateczny zapewnić bezpieczeństwa głowie państwa? 10 kwietnia na terenie
Federacji Rosyjskiej zginęli przecież generałowie NATO, wśród nich gen.
Włodzimierz Potasiński, dowódca Wojsk Specjalnych, którego Amerykanie bardzo
cenili. Został jako pierwszy Polak odznaczony pośmiertnie Medalem Dowództwa
Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych.
Jak zauważa dr Włodzimierz Marciniak, kierownik Zakładu Porównawczych Badań
Postsowieckich w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk,
Amerykanów może zastanawiać fakt, dlaczego polski rząd nie wnioskował o pomoc
NATO w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy. – Katastrofa smoleńska na pewno jest
obserwowana przez NATO, na pewno są analizowane jej konsekwencje. Nie potrafię
powiedzieć, jakie wnioski wyciągnęli nasi partnerzy. Niemniej jednak docierają
do nas sygnały, że Amerykanie są bardzo zdziwieni tym, że nie zwróciliśmy się do
nich o pomoc w sprawie śledztwa. Rozmiary tej katastrofy powinny spowodować, że
państwo polskie będzie szukać wsparcia, a tego nie robi. Na pewno stratedzy
natowscy oceniają to, jak funkcjonują struktury państwowe, w tym wojsko.
Katastrofa obnażyła stan lotnictwa wojskowego – mówi dr Marciniak. Jak dodaje,
NATO nie prowadzi polityki publicznie, tylko przekazuje swoje stanowisko na
poziomie ekspertów. – Na pewno będzie obserwować, czy państwo polskie jest na
tyle niesprawne, że nie jest w stanie wyjaśnić przyczyn katastrofy. Rozwój
śledztwa wskazuje na to, że zakończy się ono niczym – dodaje.
O takim obrocie sprawy nie chce nawet myśleć gen. Roman Polko. – Generał
Potasiński cieszył się dużym zaufaniem NATO. Jego śmierć nie przekreśla
utrzymania bardzo dobrych relacji z Amerykanami, ma je bowiem obecny szef Wojsk
Specjalnych płk Piotr Patalong, absolwent elitarnych uczelni w kraju i za
granicą – stwierdza gen. Polko w rozmowie z "Naszym Dziennikiem". Pułkownik
Patalong to absolwent m.in. Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we
Wrocławiu, Akademii Obrony Narodowej w Warszawie, Królewskiej Akademii Studiów
Obronnych w Londynie. Ukończył również kurs oficerów operacyjnych NATO na
Akademii Obrony Sił Zbrojnych Holandii, podyplomowe studia
operacyjno-strategiczne na Akademii Obrony Narodowej oraz kurs RANGER,
PATHFINDER, JUMPASTER. w Stanach Zjednoczonych.
Jak zapewnia Ministerstwo Obrony Narodowej, osiąganie gotowości państwa ramowego
przez Dowództwo Wojsk Specjalnych przebiega zgodnie z harmonogramem. Deklaruje
to również Dowództwo Wojsk Specjalnych, które zaznacza przy tym, że katastrofa
lotnicza pod Smoleńskiem, pomimo olbrzymiej straty dowódcy WS gen. broni
Włodzimierza Potasińskiego, współtwórcy Wojsk Specjalnych, nie będzie miała
wpływu na osiąganie przez dowództwo zdolności do kierowania sojuszniczymi
operacjami specjalnymi.
DWS zaznacza, że nowy dowódca z całą pewnością będzie realizował i rozwijał
wizję dowodzenia siłami specjalnymi NATO, jaką miał śp. gen. Potasiński. – Dla
żołnierzy Wojsk Specjalnych honorem będzie spełnienie marzeń naszego dowódcy śp.
gen. broni Włodzimierza Potasińskiego. Jego następca, płk Piotr Patalong,
kontynuuje rozpoczętą misję gen. Potasińskiego – zapewnia płk Ryszard Jankowski.
– Chcemy dążyć do tego, byśmy byli nie tylko dobrymi żołnierzami na poziomie
taktycznym. Zmierzamy do tego, abyśmy to my dowodzili operacjami specjalnymi, by
to polskiemu dowództwu były podporządkowane grupy specjalne Sojuszu – dodaje
rzecznik DWS. I wspomina, że gen. Potasiński zawsze powtarzał, iż należy
realizować misje nie tylko na poziomie żołnierza, którego rola kończy się na
wykonaniu swojego zadania. I że czas najwyższy, byśmy przejęli odpowiedzialność
za planowanie operacji specjalnych i kierowanie nimi. I do tego dążył – zauważa.
– Zrobimy wszystko, by tak się stało – zapewnia płk Ryszard Jankowski.
Anna Ambroziak
