Ofiary „beznakładowych” inwestycji
Z Jackiem Kotasem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia
Anna Ambroziak
Jakie piętno na polskich Siłach Zbrojnych odcisnęła katastrofa
smoleńska? Premier zdymisjonował lub przyjął dymisje 13 wysokich rangą
wojskowych z Ministerstwa Obrony Narodowej i Sztabu Generalnego, rozformowano
specpułk, z armii odeszło już 7 tys. żołnierzy.
– Trudno jednoznacznie ocenić podstawy tych decyzji premiera i nowego szefa
MON, bo nie znamy wszystkich ich przesłanek. Jeśli serio traktować przedstawione
tłumaczenia, to w pierwszej kolejności zdymisjonowani powinni być Bogdan Klich i
Marian Janicki, szef BOR (przypomnę, że premier, mówiąc o Klichu, mówił też o
odwadze i honorze, a prezydent Komorowski po katastrofie smoleńskiej awansował
Janickiego). Zamiast tego, mieliśmy dymisje w resorcie obrony i likwidację 36.
SPLT. Czyli kowal zawinił, a cygana powiesili.
Dymisje i likwidację specpułku rząd uzasadniał wnioskami z raportu
komisji Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej, kreując czarny obraz Sił
Powietrznych. Na ile jest on prawdziwy i reprezentatywny dla całej armii?
– Wiem, że zarówno 36. SPLT, Dowództwo Sił Powietrznych, jak i Sztab
Generalny jeszcze długo przed katastrofą 10 kwietnia 2010 r. informowały
ministra obrony narodowej, a poprzez niego premiera, o alarmującym stanie
rządowej floty powietrznej (podobne monity o innych zagrożeniach dla Sił
Zbrojnych były zresztą kierowane do MON także z innych instytucji resortowych).
Zamiast decyzji i działań, po drastycznym obcięciu budżetu MON mamy zaniechania
i "beznakładowe inwestycje".
Poprzez dymisje i likwidację 36. SPLT nie rozwiązano żadnego problemu, nie
naprawiono w żaden sposób sytuacji w Siłach Powietrznych. Jest to jasny sygnał,
że sprawujący nadzór nad Siłami Zbrojnymi RP nie chcą lub nie potrafią prowadzić
spraw armii i obronności. Jeśli napotykają na trudności lub problemy, nie
rozwiązują ich, ale likwidują ich źródło. To jest tak, jakby lekarz nie chciał
lub nie potrafił wyleczyć chorej kończyny, a zaproponował i wykonał jej
amputację. Przecież tak nie może być. Stan armii jest naprawdę alarmujący. Tu
nie wystarczy lekka kuracja. Konieczne są inwestycje, nowe programy
modernizacji, jasne i czytelne zasady służby i kariery dla najważniejszego
składnika armii – żołnierzy.
Ale wojsko jest w stanie permanentnej reformy niemal od 20 lat.
Ostatnią reformę z wielkim hukiem wprowadzał minister Bogdan Klich, ogłaszając
uzawodowienie armii.
– Minister Klich był propagandystą, figurą bezgranicznie podporządkowaną
premierowi i działającą wyłącznie w jego interesie, a nie w interesie
powierzonego mu resortu. Jego profesjonalizacja armii to złudzenie i mit.
Złudzenie, bo poprzez uzawodowienie armii nie stała się ona lepiej i bardziej
wyselekcjonowana, wyszkolona i przygotowana do realizacji coraz bardziej
wymagających zadań. Nie ma modernizacji, zabrakło środków na konieczne
inwestycje we wszystkich rodzajach Sił Zbrojnych. Mit, bo profesjonalizacja
brzmi o wiele lepiej niż przyziemne hasło propagandowe skierowane do młodych
ludzi "Dla was znieśliśmy pobór". Niestety, takich propagandowych działań w
przeszłości było więcej, o dużo za wiele, aby po 20 latach można było uznać, że
na początku i w trakcie tych reform ktoś przygotował projekt końcowy. Politycy
amatorzy bez przekonania i pomysłu reformowali wojsko wedle wewnętrznych i
zewnętrznych wskazań. Ci, którzy chcieli, poważnie zabrali się za reformy w
armii, szybko odchodzili. Kiedyś myślałem, że taka jest kolej rzeczy. Dzisiaj
jestem przekonany, że nie jest to przypadek.
Problem sprowadza się, Pana zdaniem, wyłącznie do pieniędzy?
– Problemem armii jest biurokratyzacja. Ta sprawa "mota" każdego ministra
obrony narodowej. Gdzieś po miesiącu urzędowania okazuje się, że "nic się nie da
zrobić", bo przepisy, bo sytuacja itd. I wówczas minister albo ulega
współpracownikom i przyjmuje ich punkt widzenia, albo pokazuje siłę i
determinację do zmian. Niestety, w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z tym
pierwszym przypadkiem. Brakowało odważnych, a byli posłuszni.
Cywilna (polityczna) kontrola nad armią sprowadzała się do formalnego
sprawowania urzędu, dlatego że ministrowie nie mieli poczucia własnej
kompetencji, oddawali tę władzę wojskowym, którzy kierowali się troską o własną
karierę. A "co po nas?" – niech się martwią następcy. Armia była
zbiurokratyzowana od dawna, to jest poważny problem. Ale dla mnie poważniejsze
jest olbrzymie upartyjnienie armii, które dokonało się za czasów Bogdana Klicha.
Niedługo po tym, jak został ministrem obrony, doszło do bardzo symbolicznych i
niepokojących zdarzeń. Pułkownik, dyrektor departamentu w MON dostał polecenie
przygotowania komunikatu, w którym on – oficer, miał skrytykować poprzedniego
ministra obrony Aleksandra Szczygłę. I taki komunikat został opublikowany.
Krótko później oficer z Żandarmerii Wojskowej otrzymał podobne polecenie i
także skrytykował poprzedniego ministra. To były pierwsze w historii przypadki,
żeby oficerowie – za przyzwoleniem ówczesnego ministra obrony – krytykowali
polityka – poprzedniego ministra. Na czele tygodnika "Polska Zbrojna"
finansowanego przez MON Bogdan Klich postawił swojego kolegę. Nigdy wcześniej
wojskowe, wewnętrzne pismo nie było tak upartyjnione. Nigdy wcześniej nie
krytykowano w nim decyzji Zwierzchnika Sił Zbrojnych, a na taką krytykę
prezydenta Lecha Kaczyńskiego pozwalał sobie redaktor naczelny "Polski
Zbrojnej". Do wojska zaczęto wysyłać bardzo negatywne sygnały.
Rząd twierdzi, że budowa Narodowych Sił Rezerwowych jest
wystarczającym uzupełnieniem małej i źle uzbrojonej armii na wypadek wojny.
– Ależ to nie jest żadne uzupełnienie na czas wojny czy kryzysu! To
propagandowe kłamstwo, którym karmi się Polaków od kilku lat. Proszę zapytać,
gdzie jest jakakolwiek jednostka NSR? Nie ma i nie będzie!
Nakłady na kontyngent w Afganistanie zostały ograniczone aż o połowę.
Przypomina Pan sobie sytuację, w której na misji zginęło jednorazowo aż pięciu
naszych żołnierzy?
– Nigdy wcześniej w ataku na Polaków nie zginęło jednocześnie aż pięciu
żołnierzy. Ale mamy zbyt mało danych, żeby dokładnie przeanalizować tę tragedię.
Być może w czasie przygotowań i przeprowadzania tego zadania nie popełniono
żadnego błędu, ale tym ludziom zabrakło żołnierskiego szczęścia. A być może
popełniono wiele błędów. Może też talibowie przypadkowo zdetonowali ładunek
wybuchowy pod mniejszym i lżejszym pojazdem, który nie mógł wytrzymać siły
potężnej eksplozji. Jeśli jednak podobne ataki będą zdarzały się w przyszłości,
to znaczy, że opracowali nową taktykę i nie będą atakowali najgroźniejszych dla
nich i najlepiej opancerzonych rosomaków uzbrojonych w armatę kalibru 35
milimetrów. To będzie znaczyło, że Polacy w Afganistanie będą mieli bardzo
poważny problem związany z operowaniem poza bazami.
Powstaje Fundacja Instytut Bezpieczeństwa Narodowego im. Aleksandra
Szczygły. Co skłoniło Państwa do jej powołania?
– Fundacja, jako jedyna w Polsce, dedykowana wyłącznie sprawom szeroko
rozumianego bezpieczeństwa państwa, powstaje z potrzeby serca i umysłu. Jako
przyjaciele i współpracownicy śp. Aleksandra Szczygły uznaliśmy, że konieczne
jest kontynuowanie jego prac i idei. Był jednym z niewielu ministrów obrony
narodowej, który chciał zapewnić Rzeczypospolitej Polskiej adekwatne do jej
pozycji i sytuacji Siły Zbrojne i wiedział, jak to zrobić.
Jak wspomniałem wcześniej, przez ponad 20 lat nie przygotowano programu
transformacji armii. Mieliśmy wielki potencjał i majątek, który w dużej części
zmarnotrawiono. Zapraszam do współpracy wszystkich ludzi, którzy chcieliby temu
przeciwdziałać ([email protected]).
Dziękuję za rozmowę.
