Ocieplenie z Rosją to propaganda

Z Witoldem Waszczykowskim, dyplomatą i byłym szefem BBN, rozmawia Maciej
Walaszczyk

Jak jako były zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego odbiera Pan
zaproszenie Nikołaja Patruszewa, sekretarza rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, na
XX-lecie tej instytucji? Jego wizyta wypada również w szczególnym momencie –
krótko po ogłoszeniu raportu MAK o przyczynach katastrofy smoleńskiej i
spektakularnym upokorzeniu Polski i samego premiera Tuska przez Rosjan.

– Widać, że polskie władze, zarówno rząd, jak i prezydent, w dalszym ciągu brną
w politykę pragmatycznego dogadywania się z Rosją i liczenia na jakąś empatię z
jej strony. Mimo że ostatnio Rosja pokazała, jak traktuje Polskę i gdzie widzi
nasze miejsce.

Anonimowy urzędnik BBN tłumaczył na łamach "Gazety Wyborczej", że fakt
przyjazdu do Polski Nikołaja Patruszewa to dowód na kontynuację dialogu i
pozytywne nastawienie drugiej strony.

– Nie ma żadnego dialogu. Istnieje wielka dysproporcja między funkcją Biura
Bezpieczeństwa Narodowego w Polsce a rosyjską Radą Bezpieczeństwa. Polskie BBN,
szczególnie podczas kadencji obecnego prezydenta, zostało ograniczone tylko do
roli ośrodka analitycznego i doradczego. A ośrodek rosyjski ma w swojej gestii
możliwość nadzoru nad pewną częścią rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa. Podobnie
funkcjonuje biuro bezpieczeństwa przy prezydencie Ukrainy albo – by lepiej to
zilustrować – w czasach prezydentury Lecha Wałęsy pod rządami tzw. małej
konstytucji w Polsce na początku lat 90. Wtedy głowa państwa obsadzała swoimi
ludźmi tzw. resorty siłowe – MON, MSW i MSZ, a pierwszy szef BBN, którym był
wtedy Lech Kaczyński, pełnił – można powiedzieć – funkcję wiceprezydenta,
ponieważ jako minister stanu nadzorował w imieniu prezydenta pracę tych
resortów.

A jaka jest dziś ranga i znaczenie Nikołaja Patruszewa w Rosji? Bo jest
anonsowany nie tylko jako przyjaciel Władimira Putina, ale wysoki rangą urzędnik
tego kraju.

– To właśnie wysokiej rangi urzędnik, który za pośrednictwem kierowanej przez
siebie instytucji nadzoruje w imieniu prezydenta Rosji część rosyjskich służb. I
choćby z tego powodu jego kontakty z BBN pokazują, że współpraca obu instytucji
jest zupełnie niesymetryczna. Nie jest słuszną rzeczą, by BBN jako instytucja
kraju należącego do NATO i Unii Europejskiej miało dziś podejmować techniczną
współpracę z ośrodkiem, który – podobnie jak całe otoczenie premiera czy
prezydenta Rosji – wywodzi się z tamtejszych służb specjalnych. Również
Patruszew jest byłym oficerem KGB, być może ciągle jest człowiekiem rosyjskich
służb. To kolejny dowód na zupełną asymetrię tego rodzaju kontaktów.

Ma się też spotkać z ministrem Bogdanem Klichem oraz naszymi wojskowymi. Jego
wizyta potrwa do środy.

– Dlatego zadaję sobie pytanie, jakie to w takim razie mają być rozmowy z ludźmi
takimi jak Patruszew. Co będziemy z nim konsultować – sytuację na Białorusi,
kwestię rosyjskich żądań dotyczących udziału w budowie NATO-wskiej tarczy
antyrakietowej, czy też rozmawiać o Iranie i Bliskim Wschodzie? Raz jeszcze
podkreślam: to sytuacja zupełnie asymetryczna – kraj taki jak Polska, który
należy do NATO i UE, nie powinien rozmawiać na takim szczeblu z państwem takim
jak Rosja, które ma agendę globalną. My takiej nie mamy.

A może zostaną poruszone inne kwestie, związane z badaniem katastrofy
smoleńskiej i polską odpowiedzią na raport MAK? To może jakaś próba porozumienia
się tym kanałem? Tusk ma teraz spory kłopot.

– Takich rozmów nie może prowadzić gen. Stanisław Koziej jako szef BBN. Być może
Patruszewowi, który będzie przyjmowany w innych instytucjach, polska strona coś
przekaże. Tylko proszę zauważyć, że polska strona nie ma jednoznacznego
stanowiska w kwestii raportu rosyjskiego MAK. Donald Tusk w swoich ostatnich
wypowiedziach stwierdził, że jest to raport "niekompletny", ale co innego mówił
wspomniany już minister jego rządu Bogdan Klich, który całkowicie go dezawuuje.
Jednocześnie starając się bronić samego siebie, bo przypomnijmy, że ten raport
bardzo surowo ocenia stronę polską, a w szczególności pilotów.

No i jeszcze co innego mówi prezydent Bronisław Komorowski, który w gruncie
rzeczy tezy raportu o winie pilotów, w trudnych warunkach podejmujących próbę
lądowania, akceptuje.

– Dlatego nie wiadomo nawet, jeśli Patruszew miałby rozmawiać na temat raportu
MAK, kto będzie wytyczonym przez stronę polską głównym partnerem dla Rosjan w
tej sprawie. I jaki komunikat miałby mu przekazać? Że raport jest niekompletny,
jest do przyjęcia, czy nadaje się całkowicie do odrzucenia? Dlatego ta wizyta
wywołuje tylko wielkie zamieszanie. Konfudujemy ludzi, udając, że mamy przez to
"ocieplone" relacje z Rosją. A one tylko sprowadzają się do jakiś kurtuazyjnych
rozmów na poziomie instytucji, które do siebie zupełnie nie przystają.

Ale to tylko kurtuazja czy jednak te kontakty między prezydentem Komorowskim
i rządem z Rosją zaczynają wchodzić znacznie głębiej? Mimo że jesteśmy – jak Pan
ciągle podkreśla – krajem NATO i UE, intensywność różnego rodzaju spotkań w
ciągu ostatnich 10 miesięcy jest ogromna.

– Rzeczywiście, ilość kontaktów i telefonów jest bardzo duża, to kontakty
telefoniczne Radosława Sikorskiego i Siergieja Ławrowa, spotkania i rozmowy,
również telefoniczne, prezydenta Komorowskiego z Dmitrijem Miedwiediewem. To
jest chyba jednak ciągle próba udawania przed opinią publiczną, przekonywania
Polaków, że współpraca między obydwoma państwami owocuje ocieplaniem stosunków.
To chęć pokazania ludziom, że nie można ich dziś pogorszyć, bo – jak powiedział
Tusk w parlamencie – jeśli je popsujemy, to nie będziemy mieć prawdy, a wojnę. I
właśnie tutaj premier Tusk wpadł kilka lat temu w pułapkę. Wtedy, gdy
zdecydowano o odcięciu się od spuścizny polityki wschodniej prezydenta
Kaczyńskiego, polityki jagiellońskiej i tego, co robiono w tej sprawie za czasów
rządów PiS. Uznano, że to wszystko były nierealistyczne mrzonki, że Polska nie
może kreować na Wschodzie żadnej skutecznej polityki, przechodząc tym samym na
pozycję polityki pragmatycznego dogadywania się z Rosją. Ja nazywam to inaczej,
jako politykę "geszefciarstwa", transakcyjności. Kalkulowano, że skoro Rosji
zależy dziś na dobrej współpracy z Europą, to może w zamian za to coś od niej
zyskamy. W efekcie tego, jeszcze przed wizytą Putina na Westerplatte, zatrzymano
wszelkie negocjacje w tzw. kwestiach trudnych, m.in. historycznych. Po czym tuż
przed 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej rozpętała się kampania, w której
Rosja oskarżała Polskę o doprowadzenie do wybuchu II wojny światowej, a ministra
Becka o to, że był niemieckim agentem. Strona polska wytrzymała wszystko tylko
po to, by do Gdańska przyjechał Putin. I co się okazało? Przyjechał i
zadeklarował, że dzisiejszej Rosji zależy na takim porozumieniu z Niemcami,
jakie zostało zawarte między Niemcami a Francją po II wojnie światowej. Nie
wspominając przy tym nic o Polsce. Doradca prezydenta Tomasz Nałęcz mówił potem,
że warto było zapłacić każdą cenę, aby doprowadzić do spotkania Tuska z Putinem
w Katyniu. No to zapłaciliśmy za to potworną cenę. Sytuacja była identyczna, gdy
oczekiwano na przyjazd Miedwiediewa. Przecież już od października Tusk wiedział,
jak wygląda raport MAK, ale w imię "niepsucia" relacji z Rosją nie ujawniono go
przed opinią publiczną, nie ujawniono zapisów z rozmów z wieży kontrolnej. I co?
Miedwiediew przyjechał, nie przywiózł ze sobą ani żadnych kontraktów, ani
żadnych innych konkretnych propozycji. Niczego, co dowodziłoby jakiejś poważnej
zmiany.

Jakie działania powinien podjąć rząd?
– Mógł zaprzeczyć całej dotychczasowej polityce porozumiewania się z Rosją i
zaryzykować oskarżenie, że w tej sprawie PiS miało rację, że z Rosją nie ma
szans się dogadać; albo brnąć w to w dalszym ciągu i udawać, że jest dobrze.
Wybrano widać to drugie wyjście, o czym świadczą ciągłe wizyty: Ławrowa czy
dzisiejsza Patruszewa. Odbywa się to przy osłonie medialnej, która tłumaczy
ludziom, że nie ma innego wyjścia, chyba że będzie to wojna.

No właśnie, jak Pan ocenia takie postawienie sprawy?
– To całkowita nieprawda. Przez tę politykę porozumienia nic nie uzyskaliśmy.
Nie ma przełomu w sprawie kwalifikacji zbrodni katyńskiej jako zbrodni
ludobójstwa, nie ma żadnych przełomowych zmian w kontaktach gospodarczych, bo
gdyby nie interwencja Unii Europejskiej, to byśmy jeszcze więcej stracili na
umowie gazowej. Mamy wciąż duży deficyt w bilansie handlowym. Firmy, które
produkują mięso, wciąż mają wielkie problemy, by odzyskać rynek rosyjski, który
straciły wskutek blokady. Do tego dochodzi budowa Gazociągu Północnego i groźba
blokady polskich portów. Nie zlikwidowano ograniczeń w żegludze po Zalewie
Wiślanym. Stosunki z Rosją nie zostały więc naprawione, bo co ma się pogorszyć?
Przecież nic się nie polepszyło mimo całej propagandowej otoczki, jaka temu
"ocieplaniu" ciągle towarzyszy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj