O te dane pytał Krasnokutski
Rosyjska prokuratura pytała meteorologów ze stacji na smoleńskim lotnisku
Jużnyj o powody nieprzekazania na czas na pokład tupolewa informacji o załamaniu
pogody. Kontrolerzy z lotniska Siewiernyj tuż przed katastrofą kontaktowali się
ze stacją meteorologiczną na Jużnym (Smoleńsk Południowy). Jednostka należy do
cywilnych służb rosyjskiej hydrometeorologii. Reporterom "Naszego Dziennika"
udało się skontaktować z pracownikami instytucji. Nasi rozmówcy byli
przesłuchiwani przez rosyjską prokuraturę i Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. To
właśnie do stacji meteo na Jużnym 10 kwietnia ub.r. dzwonił płk Nikołaj
Krasnokutski, by potwierdzić prognozę pogody dla Siewiernego, na którym miał
lądować polski samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie.
Południowe, cywilne smoleńskie lotnisko jest dla samolotów zamknięte. Powodem
tego jest wieloletni brak remontów wyposażenia i pasa startowego, co
doprowadziło do zupełnej zapaści. Zresztą w ostatnich latach rzadko z niego
korzystano, było otwierane sporadycznie dla lotnictwa sportowego i nielicznych
rejsów czarterowych. W czasach sowieckich realizowano stąd regularne połączenia
pasażerskie, pojawiały się tu samoloty Jak-40 i An-24. Obecnie trwa modernizacja
lotniska z zamiarem przywrócenia ruchu czarterowego. Zarządzająca obiektem firma
Smolenskaerotrans udostępnia plac przy dawnych drogach kołowania jako lądowisko
dla śmigłowców, oferuje też przewozy czarterowe własnymi helikopterami.
Obok potężnego budynku z wieżą, będącego prawie ruiną, znajduje się stacja
meteorologiczna. Urządzenia nie wyglądają na bardzo nowoczesne, ale też nie
sprawiają wrażenia niesprawnych. W ciasnym pomieszczeniu pracuje dyżurna. Połowę
pokoju zajmują stare uszkodzone radary i inne urządzenia. Co trzy godziny jeden
z pracowników idzie ścieżką w śniegu do zlokalizowanych kilkadziesiąt metrów
dalej przyrządów i odczytuje wskazania. Potem je wpisuje do komputera, z którego
dane trafiają do biura w centrum miasta. Tak samo dzieje się w 21 podobnych
stacjach w obwodzie smoleńskim, z tym wyjątkiem, że na Jużnym prowadzi się także
pomiary stanu wyższych warstw atmosfery przy pomocy sondy wypuszczanej dwa razy
dziennie w uwiązanym do ziemi balonie.
Później, już w centrum miasta, rozmawiamy z Wasilijem Pietuchowem, naczelnikiem
cywilnej służby hydrometeorologii całego obwodu. Pokazuje nam książkę z zapisami
z Jużnego zrobionymi w kwietniu 2010 roku. Na stronach z napisem "10/IV" wśród
mnóstwa zrozumiałych tylko dla specjalistów liczb i notatek od razu widać
rosyjskie słowo "Tuman" (mgła). W jego biurze kilka pracownic pochylonych nad
arkuszami nanosi dane na mapy z dziesiątkami linii i różnych konturów. Kilka
komputerów zapewnia względnie nowoczesny standard pracy przy gromadzeniu danych
i łączność ze światem.
Kiedy służby meteorologiczne całego świata na ekranach swoich komputerów i na
drukowanych mapach widzą nazwę Smoleńsk, to odnosi się ona do stacji Jużnyj. To
najbliższy od miejsca katastrofy cywilny ośrodek gromadzenia danych meteo.
Pomiar z Jużnego to nie to samo co bezpośrednie obserwacje z Siewiernego (czyli
po rosyjsku odpowiednio "południowego" i "północnego"), ale przynajmniej w
przeciwieństwie do efemerycznej stacji wojskowej tu mamy do czynienia z jasno
określonymi procedurami i, co najważniejsze, po kilku sekundach od odczytu w
Smoleńsku staje się on dostępny dla synoptyków całego świata. Tymczasem dane z
Siewiernego trafiają tylko do Tweru, a stamtąd do zamkniętej sieci wojskowej.
Dodatkowo prognozy twerskiej jednostki są nawet dla oficjalnie w niej służących
oficerów na tyle niewiarygodne, że 10 kwietnia płk Nikołaj Krasnokutski wolał
dzwonić na Jużnyj miejskim telefonem niż do swoich ludzi w odległej o 320
kilometrów bazie.
Sytuacja nie jest normalna. Oba lotniska dzieli nie tylko prawie 8 kilometrów,
ale położone są na zupełnie inaczej ukształtowanym terenie. Południowe, cywilne
lotnisko leży na rozległej lesistej równinie, a północne, wojskowe – na stoku
poprzecinanego dolinkami dopływu rzeki prawego brzegu Dniepru. Jest jasne, że
zjawiska meteorologiczne wyglądają w obu miejscach inaczej, a przy tym w różnym
czasie.
Tak też stało się tragicznego 10 kwietnia. Mgła na południu była znacznie
słabsza, pojawiła się wcześniej i wcześniej zaczęła się rozrzedzać. I tak o 8.36
czasu warszawskiego, czyli na pięć minut przed katastrofą, Krasnokutski
dowiaduje się, że zaczyna się "trochę polepszać". Zanim jednak wiatr przegnał
mgłę przez całe miasto i przez Dniepr i wleciał w głęboki jar rzeczki
Wiazowienki, musiało minąć trochę czasu.
Piotr Falkowski, Smoleńsk
