Noworoczne stare wojny
Dr hab. Mieczysław Ryba
Nowy rok zaczął się od nasilenia tradycyjnych – chciałoby się rzec – konfliktów w świecie. Na szczególną uwagę z polskiego punktu widzenia zasługuje gazowy konflikt rosyjsko-ukraiński oraz wojna palestyńsko-izraelska w Strefie Gazy.
Jeśli idzie o pierwszy spór, to wybucha on już tradycyjnie na początku roku. Rosjanie domagają się spłaty długu za gaz od Kijowa, gdy państwo ukraińskie przeżywa poważny kryzys. Jest to kryzys polityczny (rozpad „pomarańczowej koalicji”) oraz gospodarczy. Ukraina odczuła w sposób niezwykle dotkliwy skutki kryzysu finansowego w świecie. Stosując zatem szantaż gazowy, Moskwa chce osiągnąć kilka celów.
Rosyjski szantaż
Pierwszy, najbardziej łatwy do zrealizowania, to po prostu odzyskanie dwóch miliardów dolarów ukraińskiego długu gazowego. Problemy gospodarcze, jakie przeżywa dziś również Rosja, powodują, że istnieje potrzeba gromadzenia wszelkich możliwych środków finansowych. Jednakże źródło tego sporu ma głębszy charakter. Dzisiejsza sytuacja nie pozwala w nieskończoność kontynuować embarga na sprzedaż gazu Ukrainie. Kijów jest bowiem właścicielem sieci przesyłowych na swoim terytorium i w dużym stopniu kontroluje tranzyt surowca na Zachód, do Unii Europejskiej. I nie chodzi tu jedynie o to, że Ukraińcy mogą podkradać gaz z puli tranzytowej lub że wprost zakręcą kurki w rurach. To bowiem powodowałoby znaczne obniżenie ukraińskiej wiarygodności na Zachodzie. Ukraińcy po prostu mogą bardzo mocno podnieść opłaty za tranzyt, co Rosjan mogłoby kosztować bardzo dużo, a ostatecznie mogłoby zbilansować ukraińskie straty związane z podwyżką cen surowca lansowaną przez Rosjan. Faktem jest, że Ukraińcy płacą tylko połowę rynkowej ceny, porównując np. cenę gazu sprzedawanego krajom UE. Radykalna jednak podwyżka musiałaby totalnie pognębić słabą gospodarkę ukraińską. Dlatego obecny rosyjski szantaż w dużym stopniu ma charakter taktyki negocjacyjnej, mającej doprowadzić do podniesienia cen surowca dla Ukraińców, ale nie do poziomu rynkowego, gdyż jest to po prostu niemożliwe.
Jaka przyszłość Ukrainy?
Kolejny cel ważny z rosyjskiego punktu widzenia to obniżenie ukraińskiej wiarygodności w krajach Unii Europejskiej. Rosjanie starają się pokazać Ukrainę jako partnera niewiarygodnego, który nie powinien być przyjęty ani do NATO, ani do Unii. Stąd apel premiera Putina o zwołanie specjalnej sesji parlamentu europejskiego mającej zająć się problemem konfliktu gazowego z Ukrainą. Kolejna sprawa to próba przekonania krajów UE o potrzebie budowania konkurencyjnych linii przesyłowych omijających Ukrainę (typu Gazociąg Północny). Z pewnością dla Niemiec i Francji obecny gazowy spór będzie ważnym elementem do przyspieszenia realizacji tych projektów. Obecny konflikt z pewnością da argumenty Rosjanom i politykom prorosyjskim na Zachodzie.
Jak wspomniałem, Ukraińcy nie mogą sobie pozwolić na zbytnie podkradanie gazu przeznaczonego dla UE. Rosja zaś musi się liczyć z faktem, że Ukraińcy są właścicielami tranzytowych rurociągów. Wszystko wskazuje zatem na to, że Rosja i Ukraina dogadają się co do ceny gazu i zawrą porozumienie. Prawdopodobnie do kolejnego konfliktu dojdzie na początku przyszłego roku, a Rosjanie konsekwentnie dążyć będą do opanowania rurociągów ukraińskich i zbudowania alternatywnych dróg przesyłu. Oczywiście możemy się zastanowić, jaka będzie przyszłość Ukrainy. Czy obecny kryzys rządowy nie doprowadzi tego państwa na skraj anarchii powodującej uzależnienie od Rosji? Przyszłe wybory prezydenckie z pewnością dadzą nam odpowiedź na to pytanie.
Kijów a sprawa polska
Tak naprawdę dzisiejszą gazową pozycję negocjacyjną zawdzięcza Kijów Polakom. Gdyby Warszawa przyjęła propozycję rosyjską sprzed lat o budowie drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego, omijającego Ukrainę, dzisiejsza pozycja Ukrainy byłaby nieporównywalnie mniejsza. Faktem jest, że wzrosłaby siła Polski w relacjach z Rosją, gdyż przez nasze terytorium przebiegałyby wszystkie ważniejsze linie przesyłowe gazu ze Wschodu na Zachód. Jednakże nasze rządy nie chciały osłabiać Ukrainy, kalkulując, że istnienie niepodległego państwa ukraińskiego leży w strategicznym interesie naszego kraju. Moskwa zatem zawarła dziś strategiczne porozumienie z Berlinem i kontynuuje realizację Gazociągu Północnego omijającego zarówno Ukrainę, jak i Polskę. W tej skomplikowanej sytuacji należy się zastanowić, czy jeśli nie uda nam się zablokować budowy rury bałtyckiej (o co należy się starać ze wszystkich sił), nie należy się po prostu do niej podłączyć, aby całkowicie nie zablokować sobie dostępu do gazu w sytuacji przyszłych możliwych gazowych konfliktów rosyjsko-ukraińskich? Będzie to dla nas sytuacja o wiele bardziej niekorzystna, niż gdybyśmy wybudowali na swym terytorium drugą nitkę Gazociągu Jamalskiego, ale trzeba ratować, co się da, realizując nawet najmniejsze, ale realne cele. Niepodległości ukraińskiej możemy bronić, ale nade wszystko musimy obronić niepodległość własną. Przy okazji warto sobie postawić pytanie, na ile skuteczna była nasza polityka wschodnia i jakie realne efekty przyniosło nasze proukraińskie zaangażowanie. Chodzi nade wszystko o realny bilans, a nie o szumne deklaracje, o historyczno-emocjonalne odniesienia. Na tym bowiem siły Polski w Europie nie zbudujemy i nie pomożemy również realnie naszym sąsiadom.
Bliskowschodnie błędne koło
Konflikt w Strefie Gazy należy do kolejnych wojen powtarzających się z nieubłaganą regularnością. Wbrew pozorom nie jest on dla nas obojętny, gdyż nasze wojska są lub były zaangażowane w walkę z krajami islamskimi (Irak, Afganistan). Tymczasem konflikt palestyńsko-izraelski od lat generuje niewiarygodne pokłady nienawiści świata islamskiego w stosunku do Stanów Zjednoczonych oraz do sojuszników Ameryki. Można by nawet powiedzieć, że od rozwiązania sprawy palestyńskiej w dużej mierze zależy los stosunków amerykańsko-arabskich. Armia Izraela wyposażona za pieniądze amerykańskie należy do najlepiej wyposażonych i wyćwiczonych armii na świecie. Taktyka Izraela polega od lat na eliminowaniu zagrożeń poprzez leczenie skutków, a nie przyczyn. Jeśli wywiad izraelski zdiagnozuje, że siła przeciwnika wzrasta nadmiernie, automatycznie wojska Izraela rozpoczynają ofensywę, aby to zagrożenie zniwelować. Uderzenie na Strefę Gazy ma na celu osłabienie Hamasu. Tylko pamiętajmy, że nawet jeśli zlikwiduje się siłę militarną tego ugrupowania, to tuż po ofensywie wzrośnie zagrożenie terrorystyczne, gdyż zwiększy się liczba chętnych do samobójczych zamachów z uwagi na ogrom cywilnych ofiar po inwazji izraelskiej. Zamachy terrorystyczne spowodują nowe działania sił izraelskich, i tak w nieskończoność. Desperacja Palestyńczyków jest związana z faktem, że od dziesięcioleci nie mogą się oni doczekać swojego państwa, a ich liczebne skumulowanie w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu wynika z faktu, że byli oni przez lata zmuszani do opuszczania swoich siedzib umiejscowionych w państwie Izrael. Powstaje pytanie, kto jest w stanie doprowadzić do powołania palestyńskiego państwa? Wielu zachodnich komentatorów twierdzi, że państwo palestyńskie w dużym stopniu uciszyłoby konflikt z Izraelem, gdyż byłoby prawnym podmiotem do jakichkolwiek międzynarodowych negocjacji. Dzisiaj rozmowy z Hamasem mają charakter pozainstytucjonalny. Jednakże nieufność, a raczej nienawiść obu zmagających się na ziemi palestyńskiej stron jest tak duża, że bez zewnętrznej interwencji trudno oczekiwać rozwiązania problemu. Interwencja sił pokojowych ONZ byłaby jednak możliwa tylko pod warunkiem zgody USA. Waszyngton jednak od lat uparcie sprzeciwia się takim rozwiązaniom, mimo że w analogicznej sytuacji na Bałkanach (Serbia) Amerykanie interweniowali bardzo mocno. Zdecydowali się powołać do życia państwo kosowskie, nawet wbrew prawu międzynarodowemu. Analogiczne rozwiązania w Izraelu są jednak blokowane z niezmienną siłą.
Niestety, obecna wojna w Palestynie nie pokazuje dróg wyjścia z zadawnionego konfliktu. Ogień, który płonie w tym regionie świata, pośrednio dotyczy całokształtu stosunków świata islamskiego z Zachodem. Konflikt cywilizacyjny, który wszak istnieje na styku tych dwóch kręgów kulturowych, może przybierać coraz częściej formy militarne. Co gorsza – rośnie siła radykalizmu islamskiego czerpiącego poparcie z realnej niesprawiedliwości, z którą mamy do czynienia w Palestynie. Po interwencji armii izraelskiej w Strefie Gazy z pewnością wzrośnie pozycja Iranu w regionie Bliskiego Wschodu. Główny zatem cel interwencji: wyeliminowanie zagrożenia terrorystycznego, nie tylko nie zostanie zrealizowany, wręcz przeciwnie – owo zagrożenie wzrośnie (również wewnątrz krajów tzw. Zachodu), wzrośnie także niebezpieczeństwo totalnej wojny na Bliskim Wschodzie.
