Niepodległość „w ramach”
W 1990 r. Polska została przesunięta z obszaru wpływów Moskwy do
obszaru wpływów Berlina. Status naszego państwa w tych relacjach wyznaczyła
doktryna „młodszego partnera”, na użytek Polaków przekazana przez Jana Nowaka
Jeziorańskiego. Dowodził on, że Polska nie jest zdolna do równoczesnej
neutralności wobec Niemiec i Rosji (czyli do niepodległego bytu), ponieważ
wcześniej czy później te dwie potęgi zmówiłyby się przeciwko nam. To pouczenie
zostało w Polsce przyjęte.
Doktryną okrągłostołowych elit oraz ministra Krzysztofa Skubiszewskiego,
który realizował w tamtych latach politykę zagraniczną RP, stała się
„niepodległość w ramach”, czyli „polityka niepodległości w ramach bezpieczeństwa
euroatlantyckiego”. Późniejsze zdarzenia – takie jak włączenie Polski w proces
integracji europejskiej (1991 r.), uruchomienie akcesji Polski do NATO
(rozpoczętej po opuszczeniu terytorium Polski przez wojska rosyjskie w 1993 r.,
a sfinalizowanej w 1999 r.), akcesja Polski do Unii Europejskiej (w 2004 r.) i
akceptacja przekształcenia Unii w kontynentalne superpaństwo (w 2009 r.) – były
następstwem tamtego przesunięcia politycznego Polski, które nastąpiło w 1990
roku.
Dlaczego Moskwa była łaskawa?
Pozostaje pytanie, dlaczego Moskwa tak łatwo wyraziła zgodę na polityczne
przesunięcie Polski do obszaru euroatlantyckiego? Czy aż tak była słaba?
Niektórzy – wobec przesunięcia Polski i innych krajów bloku sowieckiego do
obszaru Zachodu – pytają wręcz, dlaczego elity Zachodu okazały się tak naiwne,
aby wpuścić do swoich struktur bezpieczeństwa i struktur gospodarczych nie tylko
poszczególnych szpiegów i agentów wpływu, ale całe wielkie zespoły ludzi
wychowanych w służbie bloku sowieckiego i całe instytucje wdrożone do
infiltracji systemu zachodniego?
Prawda znów może okazać się paradoksem. Być
może zresztą to stawiający powyższe pytania grzeszą naiwnością, ponieważ procesy
wzajemnego, międzynarodowego zbliżenia elit sprawiają, że dawni polityczni
przeciwnicy ze Wschodu i Zachodu zdołali zbudować jedno polityczne (choć
strukturalnie zróżnicowane) continuum? Dla niektórych obserwatorów zaskoczeniem
jest, że oto minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow w Strasburgu
nawołuje do ustanowienia trzech równorzędnych biegunów globalizacji – USA, Unii
Europejskiej i Rosji. Obserwatorzy ci podejrzewają możliwość ponownego
przesunięcia stref wpływów ustalonych w 1990 r., a zatem przełom i
niespodziewaną ekspansję przebiegłej Rosji. A jeżeli wystąpienie Ławrowa jest
tylko umiejętnym ogłoszeniem programu już od dawna wielostronnie
przygotowywanego? Spójrzmy na to z drugiej strony: jak euroatlantyccy promotorzy
globalizmu mieliby osiągnąć swoje cele bez współdziałania z wielkimi siłami
spoza obszaru euroatlantyckiego? Mieliby zbudować globalizm jedynie w swojej
euroatlantyckiej wiosce? To nie byłby globalizm, lecz euroatlantyzm, który już
przecież istnieje.
W tym kontekście przestrzeganie elit Zachodu przed
pozostałościami systemu sowieckiego, swobodnie działającymi w Polsce czy w
innych krajach Europy Środkowej, może być traktowane jako probierz naiwności
politycznej. Być może one tu po prostu mają działać, choćby po to, aby Polakom
czy innym nacjom nie zamarzyła się prawdziwa niepodległość. Z tej perspektywy
jest najzupełniej bez znaczenia, czy Polska jest „młodszym partnerem” Niemiec
czy Rosji. Niezależnie od tego, do którego ze starszych partnerów Polska
zostanie przypisana, i tak czeka ją los wynikający z wzajemnych uzgodnień
seniorów.
W poszukiwaniu wybawcy
W niektórych polskich głowach, wierzących w istotną opozycję Wschodu i
Zachodu, od dawna świtał pewien pomysł rozwiązania dylematu pułapki pomiędzy
Niemcami a Rosją: otóż, Ameryka nas obroni. Po pierwsze, jest najpotężniejszym
krajem świata. Po drugie, owiana jest mitem kraju wolności, więc w imię
podtrzymania tego mitu będzie rzeczywistym gwarantem wolności. Po trzecie,
Ameryka była skonfliktowana z Sowietami. Po czwarte, nigdy nie była
skonfliktowana z Polską, a nawet bywało, że istotnie wspierała polskie dążenia.
Po piąte, jest liderem euroatlantyckich struktur bezpieczeństwa. Wokół Ameryki
skupia się NATO, posiada ona także wpływ na sprawy europejskie, a zatem będzie
czynnikiem równoważącym presję Niemiec na Polskę. Postawmy zatem na Stany
Zjednoczone Ameryki. Oczywiście pomysł ten wzrastał nie bez wsparcia
amerykańskiego. USA traktują same siebie jako pierwsze w istocie globalne
mocarstwo mające zatem interesy w każdym punkcie globu ziemskiego. Zatem także w
Polsce czują się zobowiązane do poszukiwania wiernych sojuszników, którzy
najlepiej by było, aby zajmowali w poszczególnych kwestiach stanowisko
odpowiadające kolejnym, zmieniającym się w czasie opcjom polityki
amerykańskiej.
Pomysł oparcia bezpieczeństwa Polski na Ameryce, niezwykle
prosty w swoim założeniu, nie uwzględnia jednakże niektórych istotnych
okoliczności. Po pierwsze, elity prowadzące politykę USA mają nastawienie
globalistyczne, a to oznacza, że długofalowo są zainteresowane zanikiem państw
narodowych i narodów jako takich. Owszem, w pewnych momentach gry politycznej
mogą udzielić wsparcia jakimś postulatom polskim, by po chwili wsparcie to
wycofać, jeżeli tak zostanie zdefiniowany nowy interes Ameryki. Na takich
przejściowych wsparciach nie można budować trwałego systemu bezpieczeństwa
Polski, a o zaangażowaniu elit amerykańskich w budowanie w świecie trwałego
systemu gwarancji praw narodów nie ma co marzyć. Dodajmy, że polski katolicyzm
budzi w tych elitach równą odrazę, co w licznych przywódczych kręgach
współczesnej Rosji, gdzie niektórzy ideologowie wręcz uzależniają swój stosunek
do Polski od stosunku Polski do katolicyzmu. Polska być może zyskałaby ich
życzliwość, gdyby wyparła się katolicyzmu.
Po drugie, w planach amerykańskich
Rosja czy Niemcy zajmują niewspółmiernie ważniejsze miejsce niż Polska. Zostało
nam to udowodnione. Polsce – mimo że była pierwszą ofiarą niemieckiej agresji w
1939 r. i stroną zwycięskiej koalicji – nie przyznano w 1990 r. statusu
pełnoprawnego uczestnika konferencji „dwa plus cztery” (RFN i NRD plus zwycięzcy
II wojny światowej: USA, ZSRS, Wielka Brytania i Francja), a jedynie status
obserwatora w sprawach, które dotyczyły granicy polsko-niemieckiej. Można by
powiedzieć, że i tak powinniśmy być wdzięczni za protekcję Anglosasów, bo Niemcy
uważali, że w tej konferencji Polska w ogóle nie powinna uczestniczyć. W tym
samym czasie USA ogłaszały strategiczne partnerstwo
amerykańsko-niemieckie.
Później przyjęto Polskę do NATO. Zwolennicy tego
posunięcia z bardzo różnych grup politycznych odrzucali wszelką krytykę,
wskazującą, że gwarancje bezpieczeństwa Polski w ramach NATO w przypadku
poważnego kryzysu mogą okazać się całkowicie niewystarczające, a obecność w
Pakcie Północnoatlantyckim będzie wikłać Polskę w przeróżne międzynarodowe
konflikty. Później wielu zwolenników NATO zaangażowało się w promowanie projektu
usytuowania w Polsce amerykańskiej tarczy antyrakietowej. W imię wzmocnienia
gwarancji bezpieczeństwa. Czyżby chcieli powiedzieć w ten sposób, że gwarancje
wynikające z Paktu Atlantyckiego jednak nie są wystarczające?
Powiedzmy to
wyraźnie – w razie konfliktu zbrojnego elementy tarczy zainstalowane w Polsce
byłyby pierwszymi celami ataku, a sama tarcza nie miała przecież służyć do
obrony terytoriów sojuszniczych, lecz do obrony terytorium Ameryki. Mylił się
zatem ten, kto sądził, że USA będą z determinacją bronić terytorium Polski dla
ocalenia tych urządzeń. Zresztą sama decyzja USA w sprawie tarczy nie mogła być
traktowana jako pewna, zwłaszcza przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi w
Ameryce. Nadto, różne kręgi amerykańskich specjalistów podnosiły, że tarcza
okaże się narzędziem nieskutecznym, a nakłady na jej rozbudowę są nieadekwatne
do przewidywanych efektów. Polska, wbrew przestrogom, angażując się w sprawę
tarczy, doczekała się jednostronnego wycofania USA z projektu tych
instalacji.
Ktoś, kto od początku wskazywał na egzotyczność tego
zaangażowania Polski, mógłby odczuwać pewną satysfakcję z rozwoju wydarzeń,
gdyby nie szczególna data tego amerykańskiego wycofania – 17 września 2009 roku.
Dokładnie w rocznicę agresji sowieckiej na Polskę. Kto, komu i w jakiej sprawie
chciał dać sygnał tą datą? Owszem, Ameryka w minionym stuleciu parokrotnie
wsparła aspiracje Polski, trudno jednak zapomnieć nam o teherańsko-jałtańskiej
postawie amerykańskiego „sojusznika”.
Aspekt polski
Kilka miesięcy później nastąpiła śmierć prezydenta RP. W ostatnim wywiadzie
dla „Arcanów” opublikowanym po 10 kwietnia 2010 (nr 92-93) Lech Kaczyński
stwierdził, że Polska jest marginalizowana w Unii Europejskiej i w NATO.
Wspólnie z Litwą, Łotwą i Estonią, a czasem także z Czechami, próbował zatem
stawiać tamę nadmiernie prorosyjskiej polityce Unii. Dodajmy – prorosyjska
polityka Unii jest prorosyjską polityką niemiecką, to Niemcy bowiem kierują
unijną polityką wschodnią. Prezydent Kaczyński powiedział także, że próbował
budować oś w kierunku Gruzji i Azerbejdżanu poprzez Ukrainę.
Osobną sprawą
jest ocena, czy z perspektywy dobra Polski były to roztropne koncepcje. Także
czy były one możliwe do zrealizowania, czy też opierały się jedynie na
przekonaniu, że dobrze by było, gdyby było? Także czy zostały przeprowadzone
konsekwentnie? Przykładowo – po co polityk stawiający tamę prorosyjskim
tendencjom w Unii angażował się w parafowanie i ratyfikowanie traktatu
lizbońskiego? Przecież na mocy tego właśnie traktatu Unia uzyskała prawną
możliwość obchodzenia polskiego sprzeciwu w sprawie unijno-rosyjskiego
porozumienia w kwestiach energetycznych? Istotniejsza stała się dziś jednak
zupełnie inna perspektywa zdarzeń.
Oto Lech Kaczyński, polityk, który swoim
postępowaniem drażnił w równej mierze Rosję, jak Niemców oraz był dość
niezręcznym partnerem dla przynajmniej niektórych czynników amerykańskich,
zakończył życie w nader tajemniczej katastrofie. Zakończył je wraz z dużą grupą
swoich politycznych współpracowników. Przy okazji, z ulgą mogły odetchnąć
środowiska, dla których istotnym zagrożeniem są zasoby IPN czy informacje tajne
zgromadzone w Kancelarii Prezydenta RP. Liczne zdarzenia, które nastąpiły już po
katastrofie, każą ogromnej liczbie Polaków sądzić, że w organach państwa
polskiego nie ma woli wyjaśnienia okoliczności katastrofy, nie mówiąc już o
czyjejkolwiek gotowości przyjęcia choćby politycznej odpowiedzialności za
dopuszczenie do tragedii. Jak Polska długa i szeroka stawiane są pytania:
dlaczego tak jest? Czy państwo polskie jest już jedynie atrapą pożyteczną dla
usypiania Polaków czułych na patriotyczne symbole i historyczną
pamięć?
Machina medialna manipulująca zbiorową wyobraźnią usiłuje sprawić
wrażenie, że w nadchodzących wyborach prezydenckich zwycięstwo Bronisława
Komorowskiego jest nieuniknione. Tymczasem wśród licznych Polaków rośnie obawa,
że smoleńska katastrofa mogła być w rzeczywistości zamachem stanu, fragmentem
głębokiej manipulacji polską państwowością. Stąd wielu rozważa, w jaki sposób
skutecznie zapobiec opanowaniu wszystkich demokratycznych instytucji państwa
przez przedstawicieli jednej politycznej opcji – znanej z gotowości do
pośpiesznej rezygnacji z suwerennych polskich prerogatyw, a także ze
spolegliwości wobec żądań Niemiec i nacisków Rosji.
Stąd do głosowania na
kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego szykuje się dziś bardzo wielu ludzi, którzy
bynajmniej nie podzielają istotnych założeń jego polityki i polityki jego śp.
brata. Krótko mówiąc, idzie o to, by powstrzymać dostępnymi dziś środkami
przyspieszony rozkład państwowości polskiej. To, czy decyzja tych ludzi nie
pójdzie na marne, zależy już od tego, co uczyni Jarosław Kaczyński, gdy zostanie
prezydentem.
Stan Polski i pytania o przyszłość
Warto przypomnieć, że ogromna część Narodu Polskiego zaakceptowała zmiany
polityczne – opisane na początku artykułu – licząc przede wszystkim na
materialną stabilizację oraz na gwarancje wolności, w tym perspektywę otwartych
granic. Niestety, w warunkach medialnych manipulacji umknęło uwadze bardzo wielu
Polaków, że to w ramach tego właśnie procesu dokonała się też masowa grabież
majątku polskiego oraz nasze uzależnienie gospodarcze od Unii, a w szczególności
od Niemiec. Dziś gospodarkę polską można uznać za komplementarne uzupełnienie
gospodarki europejskiej. Nawet w zakresie energetycznym i żywnościowym nie
jesteśmy już samowystarczalni, a ostatnie pełne ciągi technologiczne (od
własnego surowca do własnego finalnego produktu) zostały w Polsce zerwane na
początku tego dziesięciolecia. Nie istnieją też polskie instytucje, które byłyby
dziś zdolne do samodzielnego finansowania w skali makroplanów polskiego rozwoju
gospodarczego, w związku z tym brak warunków, w których można by określać i
wdrażać znaczące polskie plany gospodarcze.
Co istotniejsze, w warunkach tych
nieustannych przystosowań do międzynarodowych oczekiwań nastąpiło skolonizowanie
instytucji politycznych Rzeczypospolitej Polskiej przez różne grupy poszukujące
wielorakich korzyści, które tym większy posiadają tu wpływ, im bardziej są
powiązane z rozmaitymi potęgami międzynarodowymi. Można wręcz powiedzieć, że
odnalezienie dostatecznie możnych zagranicznych protektorów jest dziś w Polsce
pierwszym krokiem do skutecznej kariery politycznej. O dziwo, w tych warunkach
panuje dość powszechne przekonanie, że Polska jest niepodległa i bezpieczna. To
oczywiście swoista „zasługa” mediów będących częścią systemu informacyjnego (czy
może raczej dezinformacyjnego) o zasięgu już nawet nie kontynentalnym, ale
światowym. Jak długo może trwać ten błogi czas powszechnych złudzeń i oparty na
złudzeniach system polityczny?
Oczywiście do pierwszego naprawdę poważnego
kryzysu. Czy wtedy będzie jednak czas na jakąkolwiek adekwatną reakcję obronną?
I czy będzie komu reagować? Czy znajdą się ludzie, którzy w porę zauważą
nadciąganie kryzysu? A może oto kryzys ten już się rozpoczął i tylko powolny
jego przebieg utrudnia ogarnięcie całości jego skutków i znaczenia?
Potrzebni są przywódcy
Ludzie, którzy swoje wyborcze poparcie lub jego brak wyrażają w zależności od
perspektyw uzyskania szeroko rozumianych korzyści, będą mieli ogromną trudność w
podejmowaniu decyzji wymagających od nich rzeczywistej ofiary. Ale czy bez
ofiary będzie można wydobyć Polskę z topieli, w której tkwi? Nadto, zbiorowe
dążenia wymagają sprawnego przywództwa. Czy znajdą się przywódcy albo inaczej:
czy Naród zdoła ich wyłonić? Nie idzie przecież tylko o znalezienie osób o
określonych cechach, ale o zaistnienie relacji przywódczej pomiędzy tymi osobami
a Narodem. Może być o nią niezwykle trudno po licznych doświadczeniach głęboko
zawiedzionego zaufania i w warunkach chaosu, także moralnego, w którym wszyscy
są szczuci na wszystkich, a postawa wobec dobra wspólnego nie jest rzeczywistym
kryterium rozróżniania pomiędzy uczestnikami życia publicznego. Nadto, czy
zaistnieje jasny program polityki polskiej? Jakich konkretnych decyzji Polska
może spodziewać się po Jarosławie Kaczyńskim, gdy w wyniku nadchodzących wyborów
zostanie on prezydentem RP?
To nie są łatwe pytania, zwłaszcza w bardzo
trudnej sytuacji Polski. Należy jednak zadać je dziś oraz prosić o odpowiedź
dziś, aby jutro nie być zaskoczonym zdarzeniami, za które nie chcielibyśmy brać
odpowiedzialności. Nawet gdyby nie było żadnych międzynarodowych manipulacji
wobec Polski, to oparta na fałszu komunikacja obywateli rozmawiających o
sprawach publicznych prowadzić musi do upadku państwa. Prawda jest niezbędnym
fundamentem życia narodowego.
Jan Łopuszański
Jan Łopuszański – polityk, poseł na Sejm w latach 1989-1991, 1991-1993,
1997-2001, 2001-2005. Był członkiem sejmowych Komisji Spraw Zagranicznych i
Komisji do spraw Unii Europejskiej. Wykłada stosunki międzynarodowe w WSKSiM w
Toruniu.
