Nie obcinać inwestycji

Z dr. Cezarym Mechem, doradcą prezesa NBP, rozmawia Małgorzata Goss



Program gospodarczy rządu został przedstawiony przez premiera w dniu, w którym mijał termin wysłania do Brukseli zaktualizowanego programu konwergencji. Czy Donald Tusk zdyskontował na swoją rzecz dokument opracowany na potrzeby wejścia do eurostrefy?

– Owszem. Debata nad tym, jak w ramach programu konwergencji obniżyć deficyt finansów publicznych z 7 do 3 proc. PKB, i tak nas czekała. Przedstawienie tego w formie wieloletniego rządowego programu gospodarczego było ze strony premiera bardzo zręczne. Mankamentem jest brak wyliczeń. Z programu nie wynika, jak zmniejszyć wydatki sektora finansów publicznych o 55 mld zł, bo takie oszczędności zakłada zejście z deficytem z 7 do 3 proc. PKB. Filar programu, czyli „reguła wydatkowa”, tego nie załatwi. To założenie całkowicie błędne.

Reguła wydatkowa zakłada ograniczenie wzrostu wydatków publicznych w najbliższych latach do 1 procentu powyżej inflacji. Resztę dochodów budżetowych mamy przeznaczać na redukcję długu. Tak będzie do czasu zbicia deficytu do 3 procent PKB. Czy to źle, gdy dłużnik oszczędza?

– „Reguła wydatkowa” powinna być zastąpiona „regułą optymalizacji wydatków”, która stymulowałaby przyspieszony wzrost gospodarczy. W programie gospodarczym PiS z 2005 r. planowano jej wprowadzenie w ramach budżetu zadaniowego i mimo upływu czasu to wyzwanie się nie zdezaktualizowało. Przez samo oszczędzanie nie zredukujemy długu, a na pewno zablokujemy rozwój. Ponadto „reguła wydatkowa” ma dotyczyć tylko wydatków niewynikających z ustaw, czyli zaledwie jednej szóstej finansów publicznych. W grę wchodzą dwa rodzaje wydatków dyskrecjonalnych: wydatki administracyjne o charakterze wegetatywnym i inwestycyjne. Jeśli objąć regułą inwestycje, to trzeba je będzie ścinać, a jeśli się je wyłączy spod tej reguły – to reguła obejmować będzie tylko skromną kwotę, co więcej – okaże się bardziej ekspansywna niż to, co zaplanowano w budżecie, ponieważ w budżecie ten typ wydatków został obcięty bardziej. W tym momencie możemy mówić o „regule wirtualnej”.

Z tego wynika, że oszczędności musiałyby się sprowadzać do cięcia inwestycji.

– Tak, a jeśli mówimy o inwestycjach z budżetu, to są to głównie wydatki na infrastrukturę. Obcinanie ich to obcinanie gałęzi, na której się siedzi. Dlatego nie powinno się wprowadzać „kotwicy wydatkowej”, lecz „kotwicę rozwojową”. Przy takim podejściu inwestycją, która się w przyszłości zwróci, może być nie tylko budowanie dróg czy stref dostępu do szerokopasmowego internetu, ale także wydatki na rozwój edukacji, usprawnienie administracji, służbę zdrowia. Lepiej wykształcona młodzież będzie podejmować pracę przynoszącą wyższą wartość dodaną, przez co dochody podatkowe budżetu będą rosnąć. Sprawna, zinformatyzowana administracja przyciągnie inwestorów. Nawet nakłady na służbę zdrowia mogą być efektywne, o ile przedłużają okres pracy zawodowej. Wszystkie te wydatki stają się de facto oszczędnościami, jeśli są efektywnie wydatkowane.

Premier chce „przywrócić zasadę, że nie można żyć na kredyt”.

– Bez kredytu, żyjąc z aktualnych dochodów, nie przyspieszymy procesu doganiania czołówki krajów wysoko rozwiniętych. Zaciągając kredyty, trzeba jednak badać, czy za te pieniądze zdołamy rozwinąć jakiś segment infrastruktury gospodarczej na tyle, by uzyskać większą bazę podatkową i większe dochody do budżetu, które pozwolą zwrócić kredyt z nawiązką. I odwrotnie – ograniczając inwestycje, musimy brać pod uwagę, ile miejsc pracy zostanie wypchniętych za granicę i ile przez to stracimy przyszłych dochodów. Inne kraje mają rozwiniętą infrastrukturę. Nasza przewaga w postaci tańszej siły roboczej nie wystarczy, by wygrywać w konkurencji, ponieważ inwestorzy, planując inwestycje, biorą pod uwagę także te koszty, które muszą ponosić w związku z niedorozwojem infrastruktury wzrostu.

A co z długiem publicznym? Ekonomiści ostrzegają, że nie starcza środków na jego obsługę. Gdzie tu miejsce na inwestowanie, jeśli trzeba pożyczać na spłatę rat?

– Dług należy redukować przez stałe poszerzanie bazy podatkowej. Obcinanie wydatków na usprawnienie państwa, jak też ich nieefektywność spowodują, że podatków będzie mniej, a zadłużenie będzie narastać. Sztywne reguły wydatkowe blokują rozwój w krajach, które chcą dogonić czołówkę, np. bariera 60 proc. PKB dla zadłużenia i 3 proc. PKB dla deficytu ustalone w Maastricht… Zauważmy, że jeśli kraj się rozwija w tempie 10 proc. PKB, to nawet przy deficycie na poziomie 6 proc. PKB nadal będzie miał 60 proc. zadłużenia. Wprawdzie dług wzrośnie o 6 proc. w skali roku, ale w relacji do PKB, które wzrośnie o 10 proc., wielkość zadłużenia będzie stała. Z kolei kraj, który się nie rozwija, nawet jeśli ma deficyt na poziomie poniżej 3 proc. PKB, zwiększy zadłużenie powyżej 60 proc. PKB.

Wysoki poziom długu może zniechęcić inwestorów. Wierzyciele przeliczą ryzyko na pieniądze, wzrośnie rentowność obligacji skarbowych i dalsze pożyczanie może okazać się dla nas zbyt kosztowne.

– Kto jak kto, ale inwestorzy są bardzo racjonalni, w przeciwieństwie do niektórych decydentów. Skoro inwestują, to po to, aby zarobić, a zarobią, gdy dana gospodarka się rozwija. Jeśli wprowadzimy „kotwicę wydatkową”, nie osiągniemy wzrostu i znajdziemy się w takiej oto sytuacji, że narastanie zobowiązań emerytalnych będzie wypychać z budżetu wszelkie nakłady prorozwojowe. Szacuje się, że wzrost w Polsce w połowie wieku będzie symboliczny, ok. 0,5 proc. PKB. Będzie to związane z załamaniem demograficznym i oparciem rozwoju wyłącznie na wzroście wydajności, a nie liczbie obywateli. Brak wzrostu rynku w przyszłości już teraz odstrasza inwestorów i zmniejsza opłacalność inwestycji. W efekcie będziemy coraz ciężej pracować, a mimo to będzie nam coraz trudniej spłacać zobowiązania. Do tego prowadzi wieloletnie odkładanie wprowadzenia „kotwicy rozwojowej”.

Według premiera, rząd jest od tego, „by nie ulegać żadnemu lobby i oszczędzać każdą złotówkę”.

– Słusznie, tylko że np. rządowe propozycje dotyczące otwartych funduszy emerytalnych są realizacją postulatów zgłaszanych przez PTE „od zawsze”, a których dotąd nikt tak otwarcie nie zdecydował się popierać. Na przykład ograniczenie akwizycji prowadzące do monopolizacji, poszerzenie możliwości ryzykownego inwestowania, zwiększenie inwestycji zagranicznych, wprowadzenie subfunduszy…

Zamiar przeprowadzenia zamożniejszych rolników z KRUS do ZUS wydaje się racjonalny…

– Owszem, ale dopiero z chwilą, gdy polscy rolnicy uzyskają równe warunki konkurencji w zakresie dopłat z rolnikami zachodnimi, i to nie w relacji do obszaru uprawy, ale produkcji rolnej.

KRUS to nie tylko rolnicy, lecz także taksówkarze, dziennikarze, przedsiębiorcy, tzw. rolnicy z Marszałkowskiej. Gdyby przeszli do ZUS, płaciliby wyższe składki, i finanse publiczne łatwiej byłoby zbilansować. To samo dotyczy przywilejów, prawa do wcześniejszych emerytur.

– Jeśli jakieś grupy uzyskują przywileje emerytalne, to powinno to być natychmiast uwzględniane w postaci odprowadzania przez te grupy wyższej składki. I to nie w postaci wirtualnej składki do ZUS, która utonie we wspólnym worku, lecz w postaci skapitalizowanych aktywów. Tymczasem propozycja rządu sprowadza się do skasowania przywilejów i wprowadzenia służb mundurowych do powszechnego systemu, ale z zachowaniem praw nabytych. Innymi słowy

– przywileje, które nie były dotąd wystarczająco opłacane, nadal nie będą opłacane. Pytam: jeśli dziś nas nie stać na opłacenie składki na te przywileje, to w jaki sposób jutro będzie nas stać na wypłatę świadczeń? Na kontach ZUS ciąży ok. 1,8 bln zł zobowiązań emerytalnych tylko z tytułu części ubezpieczonych w nowym systemie. To 138 proc. PKB.

Postulował Pan ujawnienie ukrytego zadłużenia z tytułu przyszłych zobowiązań emerytalno-zdrowotnych. I oto rząd zaczyna ujawniać. Powinien się Pan cieszyć…

– To najlepsza część programu. Kwota 1 bln 765 mld zł padła publicznie, a rząd zobowiązał się do rejestrowania tego zadłużenia i tempa jego zmian. W ten sposób debata nabrała perspektyw, choć na jej pozytywne skutki przyjdzie czekać latami.

Jak Pan ocenia pomysł wyprzedaży majątku państwowego w celu zmniejszenia długu? Energetyka, Giełda Papierów Wartościowych, PZU… Rząd chce w tym roku pozyskać za ten majątek 30 mld złotych…

– Gdyby policzyć wszystkie publiczne zobowiązania (emerytalne, zdrowotne itp.) i zestawić je z aktywami (emerytalnymi i innymi majątkowymi), to wiedzielibyśmy, czy wyprzedając majątek, zmniejszamy zadłużenie, czy też przeciwnie. Jeśli nie robi się takiego bilansu, tylko redukuje pozycje po stronie aktywów, to tak jakby zbyć przedsiębiorstwo i mieszkanie na spłatę części długu. Co z tego, że pozbyliśmy się zadłużenia, jeśli nie mamy warsztatu pracy i dachu nad głową?

Zanim się przystąpi do prywatyzacji, należy opracować mapę infrastruktury gospodarczej, od której zależy rozwój kraju. Jeśli znajdą się na niej instytucje państwowe o charakterze monopolu, to takiej infrastruktury nie należy w żadnym wypadku prywatyzować. Prywatyzowanie Giełdy Papierów Wartościowych czy rynku odbiorców energii łącznie z dystrybucją i klientami jest kompletnie nieracjonalne. W rezultacie zamiast energii tańszej będziemy mieli energię droższą, droższe pozyskiwanie kapitału, a ogólna drożyzna będzie wypychała z Polski miejsca pracy.

Ilustracją są opłaty pobierane przez prywatnych koncesjonariuszy za przejazd autostradą, czasem tak wyśrubowane, że zmuszają kierowców do przebijania się opłotkami.

– Należy przeznaczyć środki publiczne na te fragmenty infrastruktury, które zapewnią efektywne funkcjonowanie całej gospodarki, generując jej wzrost; wzrost zaś jest decydującym czynnikiem zmniejszenia długu publicznego. W ramach budżetu zadaniowego powinny się znaleźć nie tylko zadania, ale i wyliczenie, kiedy nakłady się zwrócą. Na tym polega optymalizacja wydatków publicznych. Jest to jedyny możliwy sposób wyjścia z nadmiernego zadłużenia finansów publicznych. Natomiast „regułę wydatkową” należy wrzucić do kosza. Gdyby przedsiębiorstwu nałożono „regułę wydatkową”, co by zrobiło? Zwiększałoby dochody gotówkowe, wyprzedając majątek, i obcinałoby inwestycje. Co by się z takim przedsiębiorstwem stało? Uległoby likwidacji, a pracownicy musieliby wyjechać do pracy gdzie indziej. Czy chcemy, by tak się stało z naszym krajem?

Rząd chce tworzyć „węzły cywilizacyjne, gdzie potrzebujący pomocy spotykać będą tych co mogą pomóc…”.

– Dobre chęci, ale błędne podejście. Charakterystyczne, że premier wymienił jako przykładową tylko jedną grupę potrzebujących, a mianowicie „osoby, które nie mogą sobie poradzić z wielodzietnością”. Tym samym przyznał, że w Polsce wielodzietność oznacza biedę. Państwo powinno inwestować w rodzinę, w dzieci, inaczej finansom publicznym grozi załamanie. Tymczasem zamiast koncepcji polityki prorodzinnej od lat debatuje się nad propozycją przedłużenia wieku emerytalnego i zwiększenia aktywności zawodowej kobiet. Ludzie mają pracować do śmierci! To ma być antidotum na załamanie demograficzne i związane z tym problemy finansowe budżetu.

Żadnych inwestycji – ani w infrastrukturę, ani w dzieci.

– Reguły, które od lat się lansuje, są niedostosowane do państwa chcącego dogonić światową czołówkę; są wręcz dyskryminujące. Zadłużenie… mówimy tylko o zadłużeniu do obecnego PKB, ale nie do tego, który zamierzamy osiągnąć przez przyspieszenie wzrostu i dopędzenie innych. Mam nadzieję, że błędnie od lat prowadzona polityka nie będzie realizowana. A gdyby jednak? Największe niebezpieczeństwo tkwi właśnie w tym, że bezrefleksyjnie będziemy ją kontynuować. Jeśli tak się stanie, to wydatki sztywne wypchną te prorozwojowe i zadłużenie nas rzeczywiście przygniecie. Będzie się redukować rozwój, nie wypłacać należnych świadczeń, a młodzi Polacy będą emigrować za granicę, uciekając przed obciążeniami, jakie musieliby ponosić w kraju.

Dziękuję za rozmowę.



Cezary Mech jest doktorem finansów, absolwentem SGPiS i prestiżowego programu doktorskiego IESE w Barcelonie. W przeszłości pełnił m.in. funkcje zastępcy szefa Kancelarii Sejmu, prezesa Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, był też wiceministrem finansów, autorem programu gospodarczego PiS z 2005 roku.


Poglądy przedstawione w niniejszym wywiadzie wyrażają osobiste stanowisko rozmówcy i nie odzwierciedlają stanowiska instytucji, z którą jest on związany zawodowo.

drukuj