Czkawka po Ukrainie

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Komentarze
naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i najtęższych statystów ze wszystkich
opcji na temat rezultatu wyborów prezydenckich na Ukrainie brzmią zadziwiająco
zgodnie: wszystko jest w jak najlepszym porządku, na Ukrainie zwyciężyła
demokracja, więc zachowujemy się jak gdyby nigdy nic. Co prawda, komentatorzy z
innych państw też zadziwiająco zgodnie ogłaszają koniec „pomarańczowej
rewolucji”, a nawet wieszczą początek rosyjskiej rekonkwisty, ale naszych
tubylczych mężów stanu takie komentarze nie konfundują. Znacznie rozsądniej jest
po prostu je bagatelizować, bo gdyby zauważyć, to trzeba by się jakoś do nich
ustosunkować, a jak tu się ustosunkować, kiedy nie wiadomo, co
powiedzieć?

Dlatego też zadziwiająco podobnie zachowuje się zarówno jeden, jak i drugi
„obóz prezydencki”. Obóz braci Kaczyńskich udaje, że nic się nie stało, bo w
przeciwnym razie musiałby przyznać, że kontynuowanie po prezydencie Kwaśniewskim
bezmyślnego żyrowania wszystkich posunięć prezydenta Juszczenki w nadziei, że
amerykański Wielki Brat w końcu to poświęcenie zauważy i wynagrodzi,
doprowadziło donikąd – bo tak chyba należy nazwać pocieszanie się „zwycięstwem
demokracji”. Nasładzał się nim także kandydat na kandydata na prezydenta z
ramienia Platformy Obywatelskiej, minister spraw zagranicznych Radosław
Sikorski, który na przesłuchaniu u przodującego w wyszkoleniu bojowym i
politycznym red. Tomasza Lisa, swoim zwyczajem marsowymi minami nadrabiał uwiąd
sławnego Partnerstwa Wschodniego, na które pod surowymi kondycjami pozwoliła mu
nasza złota Pani Aniela. Oczywiście Partnerstwo Wschodnie, rozumiane jako
mechanizm przekupywania różnych, dajmy na to, mołdawskich mężyków stanu, będzie
funkcjonowało jak gdyby nigdy nic, dopóki Niemcy zechcą dawać na to pieniądze,
ale to już tylko cień życia po życiu – jak w słynnym widzeniu cienia hajduka, co
to cieniem miotły zamiata cień karety. Tak nawiasem mówiąc, jeśli prawdą jest,
że o sile państwa decyduje kondycja jego sąsiadów, to cieszyć się zwycięstwem
demokracji na Ukrainie można byłoby tylko wtedy, gdyby demokracja Ukrainę
osłabiała. Bo gdyby ją wzmacniała, zwłaszcza w sytuacji, gdy – jak wykazały
wybory prezydenckie – główną siłą polityczną poza komunistami są tam banderowcy,
to żadnych powodów do radości nie ma. Na szczęście jeszcze nie wiemy, czy
„zwycięstwo demokracji” Ukrainę wzmocni, czy też doprowadzi do zamętu, który –
kto wie – może zakończyć się nawet podziałem tego państwa na uprzemysłowioną
część wschodnią z pożądanym przez Rosję Krymem – i część zachodnią, która nie
będzie mogła funkcjonować bez zagranicznej (niemieckiej?) kroplówki – oczywiście
w zamian za rozmaite koncesje polityczne i wszelkie inne. Ale to przecież nie
Polska, ani nawet – nie Unia Europejska będzie o tym decydowała, chociaż, ma się
rozumieć, różne żaby będą podstawiały nogę kowalowi kującemu konie. Jeśli tylko
Stany Zjednoczone nadal będą stały na stanowisku wyrażonym przez prezydenta
Obamę 17 września ubiegłego roku, to wszystko rozstrzygnie się między
strategicznymi partnerami, którzy – jak widać – bez niczyjej zachęty coraz
mocniej trzymają ster europejskiej polityki.
W oczekiwaniu na rozwój wypadków
na Ukrainie warto zwrócić uwagę na pewien brak symetrii między dwoma „obozami
prezydenckimi”. Po rezygnacji premiera Tuska z kandydowania, do czego miała
„namówić” go nasza złota Pani Aniela, w Platformie nastąpił wysyp kandydatów na
kandydatów. Na razie na czoło wychodzą Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski,
ale przecież można by wystawić również panią minister Julię Piterę, której
pozycja w PO przypomina sytuację grubasa złapanego przez Murzynów na pustyni,
albo jeszcze lepiej – pana senatora Krzysztofa Piesiewicza, który, najwyraźniej
już po ochłonięciu z traumatycznych przeżyć, panu Szymonowi Hołowni w religia.tv
tak pięknie opowiadał nie tylko o swoim dramacie, ale także – o Bogu i nawet w
stosownych momentach szlochał. No, bo „haki” są, i to w najlepszym gatunku.
Tymczasem, co widzimy w obozie przeciwnym? Próżnię doskonałą, którą próbuje
wypełniać pan prezydent Lech Kaczyński przy pomocy wiernych do końca urzędników
swojej kancelarii. Widać w tym rękę wirtuoza intrygi, z jakiej od dawna słynie u
nas prezes Jarosław Kaczyński, najwyraźniej stawiający na strategię mniejszego
zła – bo większego przecież się nie spodziewamy, no nie?

Stanisław Michalkiewicz

drukuj