Ludzie czworokątnego stolika

Niepokojący wydaje się dalszy przebieg spraw związanych z wyjaśnianiem tzw.
afery hazardowej. Mimo coraz większej wiedzy na ten temat, oddalamy się od
finału, tego właściwego momentu, któremu powinno towarzyszyć pewne i powszechne
przekonanie obywateli, że prawda zwyciężyła, a ludzie naruszający zarówno normy
etyczne, jak i prawne ponieśli klęskę i jako skompromitowani odeszli ze sceny
politycznej. Dzieje się tak dlatego, że afera hazardowa została wpisana w
scenariusz permanentnego konfliktu politycznego między Platformą Obywatelską a
Prawem i Sprawiedliwością.

Premier Donald Tusk, informując opinię publiczną o dymisjach i
przetasowaniach w swoim rządzie oraz o zamiarze pełnego wyjaśnienia afery,
zapowiedział równocześnie bezwzględną walkę z PiS. Nigdy nie wytłumaczył,
dlaczego słuszne dążenie do poszukiwania prawdy, oczyszczenia się z podejrzeń i
zarzutów ma być połączone z jakąś polityczną walką z partią opozycyjną. I
dlaczego ta zwycięska walka ma stanowić jakiś niezbędny warunek bycia
wiarygodnym.
Pisany przez Donalda Tuska i jego współpracowników scenariusz
wychodzenia z kryzysu politycznego, po ujawnieniu afery hazardowej, zakładał
minimalizowanie własnych strat politycznych i równoczesne obciążanie PiS
odpowiedzialnością za wywołanie afery. Na celownik wzięto przede wszystkim
Mariusza Kamińskiego, a jako argument przeciwko niemu wykorzystano fakt
przynależności do PiS przed objęciem urzędu szefa CBA. Do takiego wniosku
skłania się dziś większość członków komisji hazardowej oraz spora część mediów.
To ci, którzy mówią, że żadnej afery nie było (wicemarszałek Stefan
Niesiołowski), albo tacy, którzy twierdzą, że doszło jedynie do naruszenia norm
etycznych, ale w żadnym razie nie naruszono przepisów prawa (poseł Jarosław
Gowin).
Otwierając nowy front walki PO z PiS (toczy się już ponad 5 lat),
premier Donald Tusk ponownie wskazał głównego wroga zagrażającego polskiej
demokracji. Dzięki temu zabiegowi pole walki z PiS powiększa się i nabiera
historycznej perspektywy, gdyż po stronie Platformy stają te wszystkie formacje
postkomunistyczne, antylustracyjne i agenturalne, które poczuły się zagrożone
dwuletnimi rządami Prawa i Sprawiedliwości. To do nich głównie ma dotrzeć
medialny przekaz zawierający się w stwierdzeniu, że być może doszło do
naruszenia prawa i dobrych obyczajów, ale przecież afera hazardowa nie wzięła
się sama, gdyż to PiS i „pisowskie” CBA zastawiło sieć pułapek na polityków
Platformy, a szczególnie podłą intrygę zmontowano przeciwko premierowi.
Była
to jakby powtórka z „prowokacji CBA” w stosunku do wicepremiera Andrzeja
Leppera, który dzięki komisji do tzw. nacisków ma możliwość stawiać po raz
kolejny te same zarzuty o „granie służbami” w stosunku do premiera Jarosława
Kaczyńskiego.
Perfidia obecnej „prowokacji” wobec premiera Donalda Tuska
miałaby polegać na tym, że każde jego działanie lub zaniechanie byłoby obarczone
ryzykiem kompromitacji i narażeniem się na negatywne skutki prawne.
Potwierdzeniem oczywistości tego sposobu myślenia są podobno słowa Mariusza
Kamińskiego, zgodnie z którymi afera hazardowa miała być testem na uczciwość
premiera. Interpretując dziś to wyznanie, daje się do zrozumienia, że były szef
CBA zaplanował jakiś szczególnie trudny i skomplikowany egzamin z przyzwoitości,
któremu bez uprzedzenia, wręcz podstępnie, poddał zupełnie nieświadomego i
niewinnego premiera. Zwolenników takiego właśnie sposobu myślenia, ulokowanych w
tzw. salonach III RP na czele z „Gazetą Wyborczą” na co dzień naśmiewających się
z wyznawców spiskowej teorii, podtrzymywał i nadal utrzymuje w tym przekonaniu
sam szef rządu. Można się było o tym przekonać w czasie jego przesłuchania przed
sejmową komisją. Odtwarzając wielokrotnie sytuację, w jakiej się znalazł tuż po
pierwszej rozmowie z Mariuszem Kamińskim, wtedy kiedy został poinformowany o
tym, że jego najbliżsi współpracownicy zachowują się niezgodnie z prawem,
premier akcentował olbrzymi dylemat, przed którym stanął, wręcz paskudną
pułapkę, jaką zastawił na niego były szef CBA.
W tym momencie byłoby miło
usłyszeć komentarz do tej wypowiedzi, ale skoro go nie ma, trzeba powiedzieć
samemu, że Donald Tusk nie tylko nie zdał testu jako premier, ale też jako
zwykły obywatel. Ten „gorący kartofel”, jaki podobno podrzucił mu Mariusz
Kamiński, obywatel Donald Tusk powinien natychmiast odrzucić prokuraturze, i to
tak szybko, by już dłużej go nie parzył. Powinien złożyć doniesienie do
prokuratury bez względu na zapewnienie Mariusza Kamińskiego, że sprawa jest
rozwojowa, że nadal trwa inwigilacja podejrzanych, że nie należy zdradzać
szczegółów akcji, która może odsłonić znacznie więcej przestępczych praktyk
wśród polityków i związanych z nimi biznesmenów. Ale obywatel Tusk chciał, a
może musiał zachować się jak szef partii, czyli podjąć grę polityczną, by
ratować zagrożoną pozycję. Dlatego w tym scenariuszu znalazło się zwolnienie z
funkcji szefa CBA Mariusza Kamińskiego pod pretekstem przedstawienia mu przez
rzeszowską prokuraturę zarzutów ze sprawy sprzed dwóch lat. Zasugerowano nawet,
że afera hazardowa pojawiła się tylko dlatego, że Mariusz Kamiński wiedział o
planowanym odwołaniu go ze stanowiska i z zemsty uprzedził
fakty.
Dotychczasowe ustalenia komisji hazardowej i jej tendencyjny,
zdominowany przez PO charakter pracy, szczególnie pobłażliwy dla aferzystów ton
medialnych wypowiedzi, polityka prokuratury i sądów sprzyjająca rządowej opcji –
te wszystkie elementy mogą sprawić, że afera hazardowa zakończy się niczym. I to
dopiero będzie afera. Jeżeli tak, to cofniemy się do czasów sprzed afery
Rywina.
Zwolnienie szefa CBA, nowej służby zbudowanej na nadziei wydostania
się z agenturalnej spuścizny po PRL, za wykonywanie dobrej roboty to szczególny
przykład ewidentnej niesprawiedliwości, a właściwie zemsty.
Diagnoza III RP,
jaką stawiał Jarosław Kaczyński oraz wielu zwyczajnych ludzi, obserwatorów
naszej rzeczywistości, zachowuje swoją aktualność. Rządzą ludzie, których od
dawna łączy przysłowiowy czworokątny stolik: politycy, biznesmeni, media i tajne
służby.

Wojciech Reszczyński

drukuj