Nie ma czego świętować?

Wolność słowa, wyznania, zgromadzeń, pełne półki sklepowe, dostępność
towarów, które w czasach Związku Sowieckiego były deficytowe – takie korzyści
widzą Ukraińcy po 20 latach niepodległości. Do minusów zaś zaliczają: brak
kontroli społecznej nad władzą, wzrost tendencji totalitarnych i wpływów
oligarchów oraz pogorszenie warunków życia, co jest widoczne zwłaszcza w
ostatnich latach. Dlatego większość Ukraińców nie widzi powodów do świętowania
upadku ZSRS i powstania wolnej Ukrainy, w społeczeństwie silna jest także
mentalność homo sovieticus.

W przededniu uroczystych obchodów jubileuszu 20-lecia niepodległości Ukrainy
wielu publicystów, polityków i ekspertów analizuje ten okres również w oparciu
na badaniach nastrojów społecznych. I ten obraz jest pełen sprzeczności.
Przykładem może być raport agencji informacyjnej Zaxid.net pt. "Ukraina – 20 lat
(bez) wolności, bezpieczeństwa i miłości". Na pewno niepodległość Ukrainy,
ogłoszona 24 sierpnia 1991 roku, przyniosła obywatelom tej dawnej sowieckiej
republiki niezależność państwową i osobistą. Ukraińcy mają zapisaną w
konstytucji wolność słowa i wyznania, swobodę tworzenia partii politycznych.
Znikła też totalna kontrola obywateli przez milicję i KGB. Z rzeczy materialnych
Ukraińcy doceniają to, że w sklepach zapełniły się puste półki, że bez problemu
można kupić towary, które w czasach ZSRS były reglamentowane, jak samochody.

Żyje się biednie
Ale miliony Ukraińców nie kryją też rozczarowania z powodu porażek państwa w
ciągu tych 20 lat. Mieszkańcy skarżą się na to, że Ukraina nie jest państwem
zapewniającym ludziom bezpieczeństwo socjalne, nie ma już choćby dopłat z
budżetu do budownictwa mieszkaniowego, co w czasach Związku Sowieckiego dawało
ludziom prawo do otrzymania za darmo mieszkania od państwa. Opieka zdrowotna,
edukacja teoretycznie są bezpłatne, ale każdy obywatel wie, że to są tylko
zapisy bez pokrycia, bo za leczenie i naukę trzeba płacić coraz więcej.
Ukraińcom doskwiera przede wszystkim to, że w kraju panuje "dziki kapitalizm"
(przejawia się on w tym, że wynagrodzenia robotników "są na poziomie zacofanych
krajów świata"), że bagatelizuje się kwestie bezpieczeństwa pracy i nie ma
żadnych świadczeń socjalnych, a ludzie często pracują bez urlopów, w związku z
czym Ukraina przypomina bardziej "bananowe republiki" niż europejskie państwo.
Coraz częściej mieszkańcy Kijowa, Charkowa czy Doniecka twierdzą, że żyją w
nędzy, bo 90 proc. swoich zarobków muszą wydawać na wyżywienie i opłaty
komunalne. Nic więc dziwnego, że ludzie próbują sobie radzić na różne sposoby i
ponad 7 mln obywateli z 45 mln mieszkańców pracuje za granicą, w tym w Rosji,
Polsce i Niemczech. W sytuacji gdy Ukraina razem z Mołdawią są uważane za
najbiedniejsze kraje Europy, rosną majątki wąskiej grupy oligarchów.
Nie powinna więc w tych warunkach dziwić nostalgia Ukraińców za Związkiem
Sowieckim. Instytut Socjologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy przeprowadził
badania socjologiczne, z których wynika, że 30 proc. ludzi chciałoby powrotu
sowieckiej gospodarki planowej. Zdaniem socjologa Jurija Sajenki, mentalność
homo sovieticus jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, a starsi ludzie
widzą ZSRS tylko przez pryzmat bezpłatnego nauczania, gwarancji pracy i
socjalnego zabezpieczenia. – Mentalność sowiecką można zaobserwować także w tym,
iż to ludzie oczekują, że władze państwowe lub partyjne rozstrzygną ich
problemy, a nie oni sami – podkreśla Sajenko. Zwraca uwagę, że co trzeci
Ukrainiec liczy na powrót modelu sowieckiego dzięki sojuszowi Rosji, Ukrainy i
Białorusi. I tylko co piąty obywatel chciałby budowy Ukrainy na wzór kraju
europejskiego.

"Grozi nam totalitaryzm"
Ale dla Ukraińców największym rozczarowaniem jest ich władza. Wielu z nich
twierdzi, że jest nawet gorzej niż w czasach ZSRS, bo teraz jest ona bardziej
cyniczna i mimo demokracji słabiej kontrolowana. – Wolność słowa w żadnym razie
nie oznacza, iż społeczeństwo wpływa na władzę, której zasadniczym celem jest
bogacenie się za wszelką cenę – twierdzą politolodzy. Wskazują też, że sądy nie
są niezawisłe i orzekają zgodnie z wolą władz i oligarchii. "Dla kolesiów
wszystko, a dla wrogów prawo" – to jedna z częściej powtarzanych tez
charakteryzujących tutejszy wymiar sprawiedliwości.
Niezależny ukraiński publicysta ze Lwowa Wołodymyr Pawliw uważa, że 20 lat
niepodległości było z jednej strony "sakralizacją roli państwa", a z drugiej –
część obywateli traktuje państwo jako coś obcego i wrogiego. Oba stanowiska to
efekt szeregu kompleksów, mitów, stereotypów i klisz, a na tych fundamentach nie
da się zbudować żadnego normalnego państwa. Jego zdaniem, niezależność Ukrainy
po 20 latach istnieje jako cząstkowa i ograniczona suwerenność, co jest skutkiem
wpływu obcych państw i struktur polityczno-finansowych. Dlatego polityka Kijowa,
zdaniem Pawliwa, nie jest samodzielna.
Natomiast szereg zagranicznych obserwatorów uważa, że Ukraina za rządów
prezydenta Wiktora Janukowycza i jego oligarchii z Doniecka stacza się na dno
autorytaryzmu. Ich zdaniem, Ukrainę czeka teraz albo dalsza izolacja, podobnie
jak Białoruś, albo zacieśnienie związków z UE poprzez utworzenie strefy wolnego
handlu. Nie można jednak zapominać o wpływach Rosji na Ukrainie, a premier
Władimir Putin oświadczył ostatnio, iż może pertraktować na temat zniżki ceny
gazu dla Kijowa, ale pod warunkiem politycznego i gospodarczego zjednoczenia z
Moskwą.
 

Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów

drukuj