Nauka w zapaści

Szkolnictwo wyższe w Polsce cierpi na wiele bolączek, które uległy
pogłębieniu w ostatnich czterech latach, przede wszystkim za sprawą Prawa o
szkolnictwie wyższym, Ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o
stopniach i tytule w zakresie sztuki. Co z tego, że mamy więcej uczelni wyższych
niż dwukrotnie liczebniejsze Niemcy – ponad 130 uczelni publicznych i ponad 300
niepublicznych – skoro spośród uczelni niepublicznych może ze dwa tuziny ma
znośny poziom. Wprawdzie po 1990 r. liczba studentów wzrosła wielokrotnie, ale
popyt na usługi akademickie w połączeniu z niskimi płacami wytworzył
patologiczną wręcz wieloetatowość. Ponad 2/3 polskich pracowników samodzielnych
pracuje na co najmniej dwóch etatach.

Polska nauka i polskie szkolnictwo wyższe są niedofinansowane – roczny budżet
wszystkich polskich uczelni jest porównywalny z sumą budżetów dwu amerykańskich
uniwersytetów – Princeton i Harvarda, które kształcą prawie sto razy mniej
studentów. Nakłady na kształcenie jednego studenta są kilkakrotnie niższe niż
średnio w Unii Europejskiej i są porównywalne z nakładami w Indiach. Nakłady na
badania naukowe i rozwojowe – liczone w proporcji do dochodu narodowego brutto –
spadły prawie dwukrotnie w ostatnim dwudziestoleciu. Liczba przyznanych patentów
spadła w tym czasie kilkakrotnie. Polska nauka ma charakter peryferyjny. Nauki
ścisłe wypadają najlepiej – polska fizyka znajduje się na 13. miejscu w świecie,
lepsze niż 20. miejsce ma jeszcze kilka innych dyscyplin, w tym matematyka i
chemia. Z kolei nauki ekonomiczne nie mieszczą się nawet w pierwszej
trzydziestce.
Duży odsetek studentów studiuje na dwóch lub więcej kierunkach – znacznie więcej
niż 30-40 lat temu. Są tego przyczyny ekonomiczne, ale i obniżenie poziomu
studiów czy presja na posiadanie więcej niż jednego dyplomu (bo to pewnie
zwiększa szanse zatrudnienia). Powodem jest też chyba sztywna struktura
kształcenia, bardzo utrudniająca nieschematycznym studentom zmieszczenie się w
standardowym programie nauczania.

Doktor diamentowy
Politycy rządzącej Platformy Obywatelskiej unikają odpowiedzi na pytanie o
odpowiednie finansowanie nauki. Od 2005 r. tzw. kwota bazowa, decydująca o
zarobkach pracowników, nie uległa zmianie. Nowelizowana ustawa ogranicza prawo
do dodatkowych zarobków – nauczyciel akademicki może podjąć dodatkowe
zatrudnienie tylko za zgodą rektora. Ale nie przyznano w zamian podwyżek. Co
więcej, rząd przeciwstawił się inspirowanej przez KSN NSZZ "Solidarność"
poprawce PiS oraz SLD do artykułu 151 zapewniającej powrót do tzw. schematu
płacowego 3:2:1:1 w ciągu czterech lat 2012-2015, to jest wzrost płac o ok. 1/3.
W roku budżetowym 2011 odnotujemy realny paroprocentowy spadek finansowania
uczelni publicznych. Są uczelnie, które odstępują od ubiegania się o granty
europejskie z obawy o niedostatek środków na utrzymanie zakupionej aparatury
naukowej. Na wielu uczelniach dochodzi do licznych zwolnień pracowników. Mamy
natomiast działania dyscyplinujące. Mianowanie będzie w przyszłości przywilejem
wyłącznie profesorów tytularnych; jedynie w okresie przejściowym przysługuje ono
obecnym posiadaczom mianowania. Ustawodawca stworzył możliwość łatwego
zwalniania z pracy profesorów tytularnych. Nawet w okresie stalinowskim
zwolnienie profesorów tytularnych było trudne – Marię i Stanisława Ossowskich,
Władysława Tatarkiewicza, Romana Ingardena i innych odsuwano od zajęć
dydaktycznych, kierowano do pracy w PAN, ale jednak z reguły nie zwalniano. Czy
przyczyną tak radykalnej zmiany jest bezsiła rządu Donalda Tuska wobec profesora
Andrzeja Nowaka w znanej historii z pracą magisterską napisaną na Uniwersytecie
Jagiellońskim? Pojawiły się za to częste oceny okresowe, mogące doprowadzić do
zwalniania badaczy kontrowersyjnych, niestandardowych. Mogą one też doprowadzić
do spłaszczenia skali trudności podejmowanych przedsięwzięć naukowych.
Jest w ustawie niejasny i nadmiernie ostry przepis o rotacji adiunktów.
Elementarna przyzwoitość wymaga, aby przepisy były jednoznaczne, zmiana warunków
nie była natychmiastowa i by istniały stosowne przepisy przejściowe. W naszym,
KSN NSZZ "S", odczuciu ta przyzwoitość nie jest dochowana, zwłaszcza w przypadku
uczelni technicznych, gdzie dotychczasowe przepisy były o wiele łagodniejsze dla
pewnych kategorii adiunktów. Można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z
naruszeniem praw nabytych, podobnie jak w przypadku tzw. profesorów
uczelnianych. Dotychczas mogli oni pracować do 70. roku życia. Od 1 października
2011 r. następuje skrócenie okresu pracy o 5 lat. Czy to nie jest barbarzyńska
swawola prawodawcy?
Niestandardowa matematyka: 1=2. Nawet połowa składu minimum programowego może
być zastąpiona przez pracowników niższego szczebla, w proporcji 1 doktor
habilitowany przez 2 doktorów, a 1 doktor przez 2 magistrów. Jest to oczywisty
ukłon wobec słabych uczelni niepublicznych.
Za rządów minister Barbary Kudryckiej powrócili "docenci marcowi". Ustawa
przeforsowana przez koalicję rządową przewiduje bowiem, że doktor z kilkuletnią
praktyką naukową w kraju, w którym nie ma wymogu habilitacyjnego, może zostać
zatrudniony na stanowisku profesora. Rektor może uznać, że doktor ten ma
uprawnienia równoważne habilitacji, o czym powinien powiadomić Centralną Komisję
Kwalifikacyjną. Ta z kolei ma tylko trzy miesiące na sprzeciw. Czy nie jest to
współczesna inkarnacja "docenta marcowego"? Ale zupełnie wyjątkowym osiągnięciem
ministerstwa kierowanego przez prof. Kudrycką jest "doktor diamentowy". W
szczególnych przypadkach, uzasadnionych najwyższą jakością osiągnięć naukowych,
stopień doktora można nadać osobie, która posiada co najmniej tytuł zawodowy
licencjata, inżyniera lub równorzędny i uzyskała "Diamentowy Grant" w ramach
programu ustanowionego przez ministra właściwego do spraw nauki.

Stypendia dla co dziesiątego
Rządy PO mocno uderzyły w studiującą młodzież, ograniczając zwłaszcza prawo
studentów do studiowania na drugim kierunku studiów bez płacenia za studia –
jedynie 10 procent najlepszych studentów może studiować na dotychczasowych
zasadach, bez opłat. Myślę, że jednak poważniejszą zmianą jest wprowadzenie
rozwiązań, które sprawią, że studenci będą płacić za zajęcia na macierzystym
kierunku studiów. W przypadku przekroczenia ustalonych limitów punktowych
student studiów stacjonarnych na uczelni publicznej będzie płacić za korzystanie
z zajęć.
Zastąpiono stypendia naukowe tzw. stypendiami rektorskimi; w tej samej puli
znajdą się nie tylko stypendia za dobre wyniki w nauce, ale także za osiągnięcia
artystyczne i sportowe. Ta zmiana sama w sobie nie musi być zła, ale w
połączeniu ze sztywnym limitem 10 procent studentów uprawnionych do stypendiów
oznacza radykalne zmniejszenie liczby studentów otrzymujących stypendia naukowe.
Równocześnie wzrośnie liczba stypendiów socjalnych, ale podniesione o 30 procent
progi dochodowe uprawniające do stypendium socjalnego nie przekroczą 800 zł
miesięcznie. Dokonane zmiany oznaczają, że znaczna grupa zdolnych i niezamożnych
studentów utraci ważne źródło dochodu.

Co dalej?
Myślę, że jesteśmy świadkami początku końca eksperymentu zapoczątkowanego 20 lat
temu, gdy powstał w Polsce unikalny system szkolnictwa wyższego,
publiczno-prywatnego. Ten system wali się, bo w najbliższym dziesięcioleciu
liczba studentów zmniejszy się w wyniku zapaści demograficznej o ponad pół
miliona. Bo globalny kryzys nie zatrzyma się u granic Polski. Bo doszło do
skrajnej degeneracji. Oto przykład. Byłem niedawno w miasteczku P., uroczym, ale
tak małym, że nie ma w nim liceum. Jest natomiast – jeśli wierzyć wielkiemu
ogłoszeniu o naborze kandydatów – filia prywatnej Wyższej Szkoły
Społeczno-Gospodarczej z niedalekiego miasta powiatowego Pr., szkoły powstałej
zimą 2011 roku. Podkreślam datę założenia szkoły – z jednej strony rząd mówi o
nadmiernym rozproszeniu szkół niepublicznych, a z drugiej lekką ręką godzi się
na utworzenie nowej uczelni. Pewnie po to, aby zwiększyć szanse wyboru lokalnego
posła PO.
Mam też wrażenie, że wiele znowelizowanych rozwiązań ustawowych pojawia się, by
ułatwić transfer środków finansowych z sektora publicznego do niepublicznego, w
zgodzie z porzekadłem minister Kudryckiej (notabene twórczyni jednej ze szkół
niepublicznych w Białymstoku): "Nieważne, szkoły wyższe publiczne czy prywatne.
Ważne, czy dobre". Mikołaj Kopernik, gdyby żył, pewnie zamieniłby swoje prawo
złej monety na prawo złej uczelni. Podjęta zostanie próba komercjalizacji i
prywatyzacji publicznego szkolnictwa wyższego. Zwolennikom tej drogi, często
powołującym się na wzory amerykańskie, poddaję pod refleksję pewną uwagę:
Uniwersytet Harvarda mógłby zwolnić wszystkich pracowników (poza działem
finansowym, naturalnie), przestać uczyć studentów, a mimo to jego dochody,
generowane przez majątek zgromadzony przez stulecia, nie spadłyby poniżej 2 mld
dolarów rocznie. Czesne wpłacane przez studentów przynosi tam około 1/6
całkowitych dochodów uczelni.
I na zakończenie cytat, w wolnym tłumaczeniu, z wypowiedzi Charlesa Eliota,
jednego z twórców sukcesu Uniwersytetu Harvarda, jego prezydenta w latach
1866-1906: "Uniwersytet z prawdziwego zdarzenia musi rosnąć od podstaw. Nie
można go przenieść z Anglii albo Niemiec w dojrzałej formie… Kiedy amerykański
uniwersytet się pojawi, to nie będzie kopią zagranicznych instytucji, ale
powolnym i naturalnym wytworem amerykańskich politycznych i społecznych
zwyczajów. Amerykański college jest instytucją nie do podrobienia; amerykański
uniwersytet będzie równie oryginalny…".

 

Prof. dr hab. Edward Malec
przewodniczący Krajowej Sekcji Nauki NSZZ "Solidarność"
 


Popyt na usługi akademickie w połączeniu z niskimi płacami sprawia, że ponad
2/3 polskich pracowników samodzielnych pracuje na co najmniej dwóch etatach

drukuj