Musimy się policzyć

Obóz rządzący ogarnęło szaleństwo, gdy ojciec Tadeusz Rydzyk w Brukseli
wypowiedział opinię, że szykany i dyskryminacja obecnych władz wobec osób
wspierających polską geotermię mają charakter totalitarny. Najbardziej
rozsierdzają Platformę te wypowiedzi, które wskazują na postępujące w Polsce
zniewolenie! To ludzi dopominających się o wolność, organizujących wolne słowo
najwięcej się atakuje.

Zdarzające się nazbyt często przypadki odpalenia medialnej broni masowego
rażenia wobec przywódców odmiennej od władzy opinii każą też zastanowić się,
dlaczego akurat te, a nie inne wypowiedzi w danym momencie tak bardzo
rozzłościły szefów PO.

Społeczeństwo na smyczy
Żyjemy w czasach wielkiej władzy opinii publicznej. Wiedzą o tym rządzący i
wszelkimi środkami starają się tę opinię kształtować według własnych potrzeb.
Chcą stworzyć obowiązujący wzorzec wartościowania moralnego. To jest dobre, to
jest złe, to modne, a to śmieszne, to godne współczucia, a to wstrętne. Ten
człowiek ma prawo żyć i mówić, a tamten przeznaczony jest do milczenia i
nieistnienia. Jest oczywiście wiele metod, według których dokonywana jest ta
swoista społeczna tresura. Jednym ze sposobów, ostatnio w częstym użyciu przez
środowiska Platformy Obywatelskiej i jej sojuszników, jest zrzucenie medialnej
bomby atomowej na przywódcę grupy wolnych obywateli, która ośmiela się
krytykować rząd i prezentować odmienne zdanie. Wynajduje się dogodny pretekst,
wyrwane z kontekstu słowo, przekręcony cytat i wysyła na badania psychiatryczne
albo wystosowuje noty dyplomatyczne do innego państwa. W odwodzie jest także
obłożenie grzywną lub ekstremalnie wysokimi kosztami publikacji przeprosin w
najdroższej telewizji. Medialna bomba atomowa ma być niewspółmiernie wielkiej
mocy do rzekomego wykroczenia (wtedy wzmacnia się jego "straszność") i
szczególnie absurdalna oraz wymyślna. To gwarantuje wielodniowe zainteresowanie
mediów i stawia ofiarę w kłopotliwej sytuacji tłumaczenia się z wypowiedzianych
słów.
Jakie są skutki zastosowania tej perfidnej metody? Znawcy zasad działania opinii
publicznej wiedzą, że uderzenie w przywódcę niewygodnej grupy jest bardzo
opłacalne. Nie od dziś wiadomo: "Uderz w pasterza, a rozproszą się owce".
Wskutek zastosowania tak niewspółmiernego ataku grupa skupiona wokół
niewygodnego przywódcy opinii może stopnieć, ludzie o słabszym rozeznaniu
zaczynają się obawiać, że są po niewłaściwej stronie, ukrywać, a nawet z czasem
przechodzić do przeciwnego obozu.

Dobra i zła opinia publiczna
Równolegle z totalnym atakiem na przywódców zwalczanych przez grupę władzy
konsekwentnie kształtowany jest fałszywy stereotyp, że w społeczeństwie nie
wolno się różnić, że wszyscy ludzie powinni mieć takie samo zdanie. A to
obowiązujące zdanie jest formowane przez grupę politycznej i medialnej władzy.
Pierwszym szczeblem zniewolenia jest polityczna poprawność, krępująca środowiska
naukowe i dziennikarskie, pętająca myślenie elit. Powstaje system ukrytego
totalitaryzmu, w którym każdy zaczyna się bać wyrażenia swego poglądu, z obawy
przed wykluczeniem, napiętnowaniem, ośmieszeniem, utratą pracy, zniszczeniem
kariery, bankructwem i procesem sądowym. Już Norwid w XIX wieku zauważył, że
najcenniejsze są te wartości, które wielki świat w złej opinii publicznej chce
ośmieszyć. Obawa przed ośmieszeniem skutecznie odstrasza wielu ludzi od
wypowiadania się w obronie dobra i prawdy. Nasz mądry poeta zdawał sobie sprawę
z wagi wolności słowa. Skierowana i ukształtowana przeciwko dobru i prawdzie zła
opinia publiczna działa z niezwykłą mocą. Podstawowym polem walki we
współczesnym świecie jest więc kwestia wolności słowa, gdyż polem bitewnym jest
prawo do wyrażania oraz krystalizowania dobrej i złej opinii publicznej.
Nie dziwmy się zatem, że równolegle stosowana jest niezwykła taryfa ulgowa wobec
wybryków ludzi pokroju Jakuba Wojewódzkiego czy Dominika Tarasa. Ci liderzy złej
opinii są przeznaczeni do mówienia i do rozgłosu, do obecności. Im przypada rola
tych akceptowanych i popieranych. Stojący po innej stronie przywódcy dobrej
opinii, obrońcy prawdy, są natomiast przeznaczeni do milczenia, wyciszenia i
nieobecności. Jeśli nadaje im się rozgłos, to by ich wypowiedzi wyszydzić,
napiętnować i ośmieszyć.
Jeśli na koniec, zwykle po miesiącach albo i latach, okaże się, że wyrzutnia
rakietowa bomby medialnej pogwałciła prawdę i nie da się już tego ukryć,
rzeczywisty przebieg zdarzeń ujawniony zostanie jednym zdaniem na 26. stronie
gazety lub w piętnaście sekund wymemłany niewyraźnie przez spikerkę na ósmym
miejscu w wiadomościach telewizyjnych, między informacją o nowym gatunku pająka
a wieścią o plonach rzepaku. Przykładów jest aż nadto. Tak stało się z niemal
przemilczanym newsem z zeszłego tygodnia o tym, że doktor G. ma jednak zarzuty
prokuratorskie o spowodowanie śmierci pacjenta przez zostawienie gazika wewnątrz
ciała po operacji serca. A winy ministra Zbigniewa Ziobry były wcześniej
wałkowane tygodniami. Tak stało się z wyciszoną medialnie wieścią o wygranym
przez Patrycję Kotecką procesie, kiedy okazało się, że zarzuty korupcji w
telewizji formułowane i wielokrotnie powtarzane przeciw niej przez
wielkonakładową gazetę były wyssane z palca.

Dać świadectwo
Jak się bronić przed taką sytuacją, gdy grupa politycznej i medialnej władzy
użyje "broni masowego rażenia"? Nie jest dobrą metodą pouczanie ofiary bombowego
ataku, że powinna była być ostrożniejsza, roztropniejsza i może wcale się nie
wypowiadać. Takie podejście jest z gruntu błędne. Pretekst do ataku zawsze się
znajdzie, jeśli nawet go nie będzie, jak w przypadku "prawdziwych Polaków", do
których jakoby mówił Jarosław Kaczyński na Krakowskim Przedmieściu – to zostanie
wyprodukowany sztucznie. Ponadto pouczenia tego typu kierowane do ofiary są
spełnieniem marzeń agresora. O to mu przecież chodzi, żeby niewygodnego
przywódcę opinii wyciszyć i ukształtować. Jedyną metodą obrony w procesie
kształtowania opinii publicznej jest dawanie świadectwa przez możliwie jak
największą liczbę członków atakowanej grupy, że solidaryzują się z zaatakowanym
przywódcą. Można to zrobić wybraną przez siebie metodą: na przykład pojawić się
osobiście na zebraniu, pielgrzymce, marszu, wiecu, zgromadzeniu, pikiecie. Wielu
z nas może dać wyraz swoim poglądom także pisząc listy, e-maile, telefonując,
podpisując się pod zbiorowymi petycjami. Wybór metody powinien być roztropny i
adekwatny do naszych zdolności. Jedno jest pewne – proces uzewnętrznienia i
ujawnienia naszej opinii jest najskuteczniejszą obroną przeciw tym, którzy chcą
większość społeczeństwa nastawić przeciwko bliskim nam wartościom. Mówmy o
sprawie, piszmy o sprawie, interesujmy się sprawą. Ten proces nazywa się
werbalizacją opinii. I zawsze należy dążyć do tego, byśmy mogli w naszej grupie
się policzyć. "Musimy się na nowo policzyć" – to zdanie wypowiedziane przez śp.
Annę Walentynowicz jest najlepszym mottem naszych czasów.
Są w Polsce jeszcze ogromne, niewykorzystane rezerwy aktywności ludzkiej. Nasze
reakcje na niewłaściwe sytuacje społeczne, nadużycia władzy, krzywdę ludzką,
wyrażane w skardze do urzędu, liście do redakcji, obecności w zgromadzeniu,
udziale w organizacji społecznej i zawodowej, są kilkadziesiąt razy słabsze niż
w krajach demokratycznego Zachodu. Jesteśmy więc tym bardziej bezbronni wobec
bezczelnych prowokacji ze strony tych, którzy chcą urobić na własną modłę naszą
wątłą i podatną na manipulację opinię publiczną.
Ważne jest oczywiście również umocnienie w dobru tych ludzi, którzy są
prześladowani, ośmieszani i zastraszani, gdy kieruje się przeciwko nim ostrze
złej opinii publicznej. Wiadomo, że każdy przejaw okazanego wsparcia, serdecznej
pociechy, dobrego słowa może stać się ważnym wzmocnieniem atakowanego człowieka.
Iluż ofiarnych działaczy społecznych umarło w biedzie i zapomnieniu? Dlaczego
tak słabo rodacy upominają się o prawdę i pamięć o smoleńskiej tragedii?
Przypomnijmy sobie, jaką siłę miała "Solidarność" w roku 1980, gdy powstawała w
obronie krzywdzonych, zwalnianych z pracy ludzi. To stopniowy zanik braterskiego
solidarnego wsparcia i rozleniwiona bierność wobec wspólnych spraw stały się
podstawowym podłożem, na którym wyrosła zła opinia publiczna w naszym kraju.
Wolne słowo, wolna myśl, oparte na prawdzie i co najważniejsze – wypowiadane,
wyrażane i wspierane przez jak największe rzesze wolnych ludzi – są
najskuteczniejszą obroną dobra w naszej Ojczyźnie.

 

Barbara Bubula
 


Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

drukuj