Murawiow pisze list do „Naszego Dziennika”

Pełniący służbę 10 kwietnia ubiegłego roku na Siewiernym w charakterze
kierownika ruchu lotniczego płk Anatolij Murawiow, przesłuchiwany przez rosyjską
i polską prokuraturę, przysłał odręcznie napisany list do redakcji "Naszego
Dziennika". Wojskowy na nowo interpretuje fakty, które przekazał nam w
styczniowym wywiadzie. Ale nie tylko. Pułkownik twierdzi, że to nie płk Nikołaj
Krasnokutski dzwonił do podmoskiewskiego operatu należącego do Dowództwa Sił
Powietrznych Federacji Rosyjskiej o kryptonimie "Logika". Dzwonić miał sam
Murawiow. Twierdzi też, że kontakt z załogą polskiej maszyny urwał się na dwa
kilometry przed progiem pasa. "Zapadła cisza w eterze" – pisze Murawiow.

Pułkownik Murawiow nie zna języka polskiego i z pewnością nie śledzi polskiej
prasy. Jednak odwołuje się nie tylko do wywiadu z nim przeprowadzonego, który
ukazał się 7 stycznia, ale również do innych artykułów publikowanych w "Naszym
Dzienniku". Murawiow pisze, że informacje podane przez niego w rozmowie
opublikowanej 7 stycznia nie odpowiadają informacjom, które przekazywał polskim
korespondentom. Jednak nie wskazuje na żadne konkretne słowa z tego wywiadu.
Określił w nim służby meteorologiczne działające na lotnisku Siewiernyj jako
"słabe", a całe lotnisko pozbawione "normalnych środków". Mówił też o procedurze
przygotowywania prognoz pogody dla smoleńskiego lotniska wojskowego w Twerze.
Jednak nie tego dotyczą zastrzeżenia Murawiowa. Odwołuje się bowiem głównie do
zdań z artykułu zamieszczonego również 7 stycznia w "Naszym Dzienniku" (Piotr
Falkowski, "Murawiow: Był Krasnokutski i konsultacje z "Konwektorem""), który
tylko częściowo opiera się na informacjach uzyskanych od płk. Murawiowa, oraz
innego artykułu na temat katastrofy z 13 stycznia (Katarzyna Orłowska-Popławska,
"Moskwa wdeptała polskich pilotów w błoto").
Oczywiście, jeżeli pułkownik Anatolij Murawiow ma jakieś informacje na temat
organizacji pracy lotniska Siewiernyj, to chętnie je opublikujemy. Zapewne
również polska prokuratura przyjmie skwapliwie jego zeznania w charakterze
świadka. – Każda osoba posiadająca jakieś informacje w sprawie, w której
prowadzone jest śledztwo, może i powinna o tym poinformować prokuraturę. Tym
bardziej osoba już raz w tej sprawie przesłuchiwana – mówi płk Zbigniew Rzepa z
Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Murawiow może to zrobić także w Smoleńsku za
pośrednictwem prokuratury rosyjskiej.
Jednak chyba nie o to chodzi Murawiowowi. List do "Naszego Dziennika" wskazuje
na paniczną obawę przed połączeniem jego osoby z jakimikolwiek informacjami
mogącymi w złym świetle postawić obsługę lotniska.
Nie chodzi tu o nieporozumienie spowodowane złą pamięcią i nieznajomością języka
polskiego. Czy to aby nie przełożeni pułkownika albo inne służby rosyjskie
monitorujące polskie media podsunęli mu "Nasz Dziennik", w którym ktoś ważny
wskazał te czy inne frazy i pokazał w stopce redakcyjnej adres w Polsce? Co
ciekawe, list nadano na poczcie położonej bardzo daleko od miejsca zamieszkania
autora, ale tuż przy lotnisku Siewiernyj.
Zastrzeżenia Murawiowa są zupełnie absurdalne. Nasz rozmówca pisze na przykład:
"…w artykule opublikowano kategoryczne wnioski, których ja nie udzielałem i
nikomu nie mogłem ich przekazać. Na przykład, że niby wyjaśniłem, że różnica
między geograficznym krajobrazem Tweru i Smoleńska kolejny raz wskazuje na
niedopuszczalność lądowania na lotnisku Siewiernyj". Istotnie niczego takiego
nie powiedział. Problem w tym, że także "Nasz Dziennik" nigdy czegoś podobnego
nie napisał. W związku z informacją o braku biura prognoz w Smoleńsku i
wykonywaniu prognoz w Twerze została podana informacja o odległości między tymi
miastami i różnicy warunków spowodowanej oddzieleniem obu miast Wzgórzami
Wałdajskimi. Nie pisaliśmy jednak, że Smoleńsk z powodu jego "krajobrazu
geograficznego" nie nadaje się do lądowania samolotów. Nie pisaliśmy też w ten
sposób o Twerze.
Anatolij Murawiow każe nam odwołać zdanie, że płk Nikołaj Krasnokutski
kontaktował się z centrum łączności lotnictwa transportowego "Logika". Jednak
takich słów oficera nie ma w "Naszym Dzienniku". Jest to zresztą informacja
powszechnie znana, choćby z opublikowanych przez Międzypaństwowy Komitet
Lotniczy transkrypcji rozmów na stanowisku kontroli lotów. Pułkownik Murawiow
powiedział nam natomiast, że sam kontaktował się z "Logiką" oraz z drugim
centrum operacyjnym o kryptonimie "Konwektor", znajdującym się na podmoskiewskim
lotnisku Wnukowo.
Nadawca listu podejmuje również polemikę z informacją o wymogu nawiązania
kontaktu wzrokowego z samolotem do zgody na lądowanie. Powołujemy się przy tym
na jego stwierdzenia, ale przede wszystkim cytujemy Federalny Regulamin
Lotnictwa Państwowego z 2004 roku.

Cisza w eterze
Najdziwniejszy jest jednak następujący fragment listu pułkownika: "Mimo
przekazanej przeze mnie podczas rozmowy telefonicznej dziennikarzom informacji,
że wejście na ścieżkę schodzenia przez załogę Tu-154 nastąpiło w odległości 10
km od pasa startowego, a cisza w eterze nastąpiła dopiero w odległości 2 km, w
artykule mimo wszystko opublikowano w moimi imieniu, że cisza w eterze nastąpiła
od tego momentu, gdy polski Tu-154 o godz. 10.40 dokonał podejścia do lądowania
bez odchyleń od kursu i ścieżki (czyli po kursie i po ścieżce), co wynikało z
polecenia kierownika strefy lądowania".
Tymczasem o żadnej "ciszy w eterze" nigdy nie pisaliśmy, ufając w wiarygodność
opublikowanej przez MAK transkrypcji zapisów rejestratora głosów w kabinie
pilotów, z której wynika, że łączność radiowa funkcjonowała do końca tragicznego
lotu tupolewa. Być może Murawiow ma na myśli ostatnie słowa, jakie na wieżę
dotarły z samolotu. W istocie padły one, gdy znajdował się on około 2,5 km od
progu pasa, a dotyczyły włączenia reflektorów. Dodajmy, że podejście nie
przebiegało wcale "po kursie i ścieżce". Kwestii tych oczywiście w ogóle nie
poruszaliśmy w rozmowie z pułkownikiem, m.in. dlatego, że nie był on na wieży
"Korsarz" i w korespondencji radiowej z samolotem nie uczestniczył.
Murawiow jest właściwie emerytem. Ma oczywiście spore doświadczenie lotnicze,
przez 31 latał na bombowcach Tu-22 i na małych samolotach transportowych An-26.
Jednak od pięciu lat jest rezerwistą i jedynie dorabia sobie na stanowisku
dyspozytora lotniska wojskowego. Jego praca polega głównie na wymianie
korespondencji dotyczącej wykonywanych lotów. Od kiedy lotnisko jest właściwie
zamknięte, operacje lotnicze zdarzają się bardzo rzadko, więc pozostaje mu
raportowanie wykonywania czynności związanych z utrzymaniem infrastruktury, co –
jak łatwo się przekonać po stanie obiektów i urządzeń – nie idzie w Smoleńsku
najlepiej.
Od stycznia wielokrotnie próbowaliśmy się ponownie skontaktować z Anatolijem
Murawiowem, a pod koniec lutego nawet usiłowaliśmy się z nim spotkać osobiście w
jego mieszkaniu w Smoleńsku. Jednak wtedy kobieta, która odebrała domofon,
powiedziała, że pułkownika nie ma i że nie chce on już rozmawiać z
dziennikarzami.
W liście do "Naszego Dziennika" Murawiow żąda korekty informacji przekazanych
"polskim korespondentom pod koniec grudnia 2010 – na początku stycznia 2011
roku, a także innym przedstawicielom polskich i rosyjskich mass mediów". Być
może myli on to, co mówił nam, z wypowiedziami dla innych mediów. Nie mogliśmy
jednak znaleźć w żadnej polskiej gazecie wypowiedzi Murawiowa innych niż
przedrukowane z "Naszego Dziennika" lub prasy rosyjskiej. Oficer wypowiedział
się dla rosyjskiej "Komsomolskiej Prawdy" oraz jednej z ukraińskich agencji
prasowych jeszcze w dniu katastrofy. W rozmowach z nimi padło m.in. ważne
sprostowanie błędnych informacji rozpowszechnianych przez media o kilku
podejściach do lądowania tupolewa. Murawiow mówił także o "barierze językowej",
której obawiała się grupa kierująca lotami na Siewiernym.

 

Piotr Falkowski

drukuj