Mister Wpadka

Nawet tak sprzyjające zawsze politykom Platformy Obywatelskiej
przedwyborcze rankingi wskazują, że kandydat tej partii na prezydenta
Bronisław Komorowski z każdym dniem coraz bardziej trwoni swoją
sondażową popularność i traci przewagę nad największym kontrkandydatem.
Popularność wykonującego obowiązki prezydenta marszałka Sejmu maleje tym
bardziej, im częściej on występuje i zabiera publicznie głos. Kolejne
„mądrości” wygłaszane przez Komorowskiego sprawiają, że nawet
dotychczasowi zwolennicy marszałka Sejmu przestają mieć wątpliwości co
do tego, czy nadaje się on do sprawowania urzędu prezydenta.

Bronisław
Komorowski nie jest osobą, która dopiero co zadebiutowała swoimi
publicznymi występami. Ale dopiero teraz, gdy marszałek Sejmu ubiega się
o prezydenturę, zaczęto bardziej przywiązywać wagę do tego, co mówi.
Marszałkowi daleko do jego partyjnego kolegi, premiera Donalda Tuska,
który doskonale opanował sztukę odnajdywania się w różnych sytuacjach. W
odpowiedzi na trudne pytania premier zwykł wypowiadać okrągłe zdania, z
których niewiele wynikało. Ale z punktu widzenia propagandy, nawet
jeżeli nie miał nic sensownego do powiedzenia, to przynajmniej wyborcom
zbytnio nie podpadał.
Komorowski natomiast, nawet gdy nie ma nic
merytorycznego do powiedzenia, stara się dodać coś od siebie. Na swoje
nieszczęście.

In vitro nie dla 80-latków
Prawdziwy
festiwal wpadek Bronisława Komorowskiego rozpoczął się, gdy marszałek
Sejmu wymarzył sobie start w wyborach prezydenckich. Podczas
prawyborczej debaty partyjnej z Radosławem Sikorskim stwierdził, że
procedura zapłodnienia pozaustrojowego powinna być finansowana przez
państwo, ale „państwo ma prawo traktować wydatek z budżetu jako swoistą
inwestycję, więc na pewno nie w stosunku do wszystkich, tylko w stosunku
do tych, gdzie jest szansa, że się urodzą dzieci zdrowe i będą dobrze
wychowane”. Marszałek Komorowski nie wyjaśnił wtedy, jak chciałby
prowadzić selekcję i oceniać, czy dane dziecko jest wystarczająco
zdrowe, aby się urodzić. Później mętnie się tłumaczył, że chodzi o to,
aby nie finansować in vitro 80-latków.

Owczy pęd do władzy
Marszałek
Sejmu nie zdał egzaminu po tragedii pod Smoleńskiem. Szczególnie ze
strony politycznej konkurencji mogliśmy usłyszeć, że brakuje mu empatii.
Komorowski zapracował sobie jednak na taką ocenę. Niepotrzebny pośpiech
przy obsadzaniu stanowiska szefa Kancelarii Prezydenta, czy też szefa
Biura Bezpieczeństwa Narodowego, jak również próba wszczynania dyskusji w
sprawie organizacji przyspieszonych wyborów prezydenckich, zanim
pochowaliśmy parę prezydencką – czego nie tłumaczyły nawet napięte
terminy konstytucyjne odnoszące się do organizacji wyborów –
spowodowały, że w Bronisławie Komorowskim zobaczyliśmy człowieka
bezwzględnie dążącego do przejęcia stanowisk i władzy po tych, którzy
tragicznie zginęli.
Nie był w stanie zareagować, gdy jego zwolennicy
zrzeszeni w komitecie honorowym Bronisława Komorowskiego w obecności
samego kandydata próbowali szydzić z głównego kontrkandydata marszałka
Sejmu bądź – tak jak reżyser Andrzej Wajda – ogłaszać, że te wybory to
taka nasza „wojna domowa” i „walka o wszystko”. Żeby było zabawniej,
cała impreza odbywała się pod hasłem, które rzekomo ma przyświecać
kampanii kandydata Platformy – „Zgoda buduje”.
Tego samego dnia
marszałek zdążył narazić się również mieszkańcom Poznania i Krakowa. Gdy
premier Tusk podarował kandydatowi PO biało-czerwony szalik z napisem
„Polska”, którym szef PO świętował zwycięstwo Platformy w wyborach w
2007 r., marszałek Sejmu, chcąc podziękować, stwierdził: „Widać, że nie
jesteś z Poznania ani z Krakowa, ani tym bardziej ze Szkocji, skoro
zrobiłeś taki wielki, wspaniały dar”.

Duńskie kaszaloty
Dopiero
przy okazji kampanii wyborczej przypomniano wypowiedź marszałka Sejmu,
który w ubiegłym roku opowiadał studentom rzeszowskiej uczelni swoje
wrażenia ze spotkania z kobietami służącymi w duńskiej marynarce.
Marszałek nazwał je – co miało być żartem – „kaszalotami”.

Przyjemność
wizytowania powodzian

By poprawić spadającą popularność
Bronisława Komorowskiego w sondażach, z pomocą ruszył mu Donald Tusk.
Marszałek zaczął więc biegać za premierem po wałach powodziowych. A z
ust Komorowskiego wałęsającego się wśród ludzi, którzy niejednokrotnie
stracili w wyniku powodzi dorobek całego życia, mogliśmy usłyszeć
kolejne zdumiewające stwierdzenia: „Miałem dziś przyjemność wizytowania
terenów powodziowych”. „Warte uwagi” są też złote myśli marszałka Sejmu
na temat wielkiej wody i powodzi: „W zeszłym roku powódź, w tym roku
powódź, więc pewnie ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem”, czy też:
„Woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem
spływa do Bałtyku”.

Belka w ONZ
Jako wykonujący
obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski miał wpływ na wiele decyzji
personalnych, w tym na obsadę fotela szefa naszego banku centralnego.
Marszałek Sejmu podobno nie konsultował z nikim, że na szefa NBP
zaproponuje Marka Belkę. Ale podobno nie miał w tej sprawie nic do
powiedzenia, gdyż Belkę wybrali do spółki Donald Tusk i Aleksander
Kwaśniewski. Ta druga wersja jest tym bardziej możliwa, że Komorowski
nie wiedział nawet, kim jest ten Belka. Przedstawiając „swojego”
kandydata na prezesa NBP, zaprezentował byłego premiera jako zastępcę
sekretarza generalnego ONZ. Marek Belka co prawda pracował w ONZ, ale
było to przed kilkoma latami, a ponadto zaszczytnego stanowiska zastępcy
sekretarza generalnego tej organizacji nigdy nie pełnił.

Dwie
prędkości euro

Marszałek dzielił się również wiedzą o
gospodarce. Stwierdził, że przystąpienie Polski do strefy euro powinno
nastąpić, gdy gospodarka strefy euro będzie się rozwijać szybciej niż
polska gospodarka. Jeżeli Bronisław Komorowski rzeczywiście chciał
powiedzieć to, co powiedział, przeciwnicy wprowadzenia w naszym kraju
wspólnej waluty mogliby odetchnąć z ulgą. Polska gospodarka jako wciąż
rozwijająca się jeszcze długo będzie notować wyższy wzrost gospodarczy
niż rozwinięte państwa strefy euro.
Kandydat PO okazał się również
„znawcą” górnictwa gazowego. Aby uzasadnić swój sceptycyzm wobec
wydobywania gazu łupkowego w naszym kraju, wymyślił i ogłosił, że
wiązałoby się to z zastosowaniem metod odkrywkowych, a to powodowałoby
dewastację środowiska. Na nieszczęście dla marszałka gazu łupkowego
metodą odkrywkową się nie wydobywa.

Chce się umówić na
„solówkę”

Wczoraj natomiast, podtrzymując swoją niechęć do
debatowania na antenie telewizji publicznej z trzema innymi kandydatami
popieranymi przez ugrupowania parlamentarne, rzucił w zamian pomysł
debaty „jeden na jeden na neutralnym gruncie” z Jarosławem Kaczyńskim:
„U mnie na podwórku to się nazywało solówą” – mówił kandydat PO.
Marszałek Komorowski miał zapewne na myśli znaczenie tego słowa w takim
sensie jak podają słowniki synonimów: burda, mordobicie, jatka.
Marszałek chyba jednak zbyt długo przestawał ze swoim przyjacielem
Januszem Palikotem.

Artur Kowalski

drukuj