Marsz, który się dopiero zaczyna


Wyjdźmy od elementarnego faktu, który pomimo swojej oczywistości jest
ignorowany w medialnym zgiełku po Marszu Niepodległości. Legalnie działające
organizacje: Młodzież Wszechpolska i Obóz Narodowo-Radykalny, zgłosiły odnośnym
władzom zamiar zorganizowania manifestacji pod wspomnianą wyżej nazwą i po
dopełnieniu przepisanych prawem formalności zgodę na to uzyskały. Od tego
momentu, i w myśl uroczyście zadeklarowanych zasad "państwa prawa", manifestacja
ta powinna podlegać troskliwej ochronie organów władzy państwowej, a w
szczególności wyznaczonych do tego sił porządkowych.

Tymczasem inne organizacje i środowiska, które nawet specjalnie w tym celu
utworzyły koalicję pod nazwą Porozumienie 11 Listopada, ogłosiły (nie po raz
pierwszy zresztą) zamiar czynnego przeszkodzenia uczestnikom owego marszu w
realizacji ich przedsięwzięcia. Nie czyniły z tego żadnej tajemnicy: przeciwnie
– zapowiadając bezprawną "blokadę" marszu, posunęły się nawet do ściągnięcia
posiłków zagranicznych w postaci anarcho-komunistycznych band z Niemiec, których
terrorystyczna działalność jest powszechnie znana. Czym organizatorzy
usprawiedliwiali to działanie? To oczywiście jest również wiadome: upoważniało
ich do tego, ich zdaniem, "moralne oburzenie" faktem, iż manifestować będą
znienawidzeni przez nich osobnicy, których określają mianem "faszystów", a nawet
(zresztą wymiennie, jak to mają w zwyczaju) "nazistów". Cóż to jednak oznacza?
Otóż, ni mniej, ni więcej, tylko totalny przejaw anarchii społecznej.

Wróg prywatny i wróg publiczny
Wyznawcy pewnej ideologii, czyli wykoncypowanego obrazu świata, opartego nie na
zreflektowanym rozpoznaniu pryncypiów rzeczywistości, tylko na mniemaniach,
emocjach i wrażeniach (doksai – powiedzieliby filozofowie), a jednocześnie
podejmujący działanie na mocy "upoważnienia" płynącego "z dołu", czyli z "racji"
subiektywnej, co jest sprzeczne z wszelką zasadą urzeczywistniania porządku,
wypływającą zawsze i tylko "z góry", uważają i chcą to swoje przekonanie
narzucić par force, że społeczeństwo i państwo są zobowiązane do przyjęcia i
realizacji ich wizji świata. Innymi słowy, wyznawcy (w tym wypadku)
ultralewicowych ideologii, których wspólnym (negatywnym) mianownikiem jest
"antyfaszyzm", dążą do tego, aby ich ideologiczny wróg "prywatny" (inimicus),
nazywany przez nich "faszystą", został oficjalnie wskazany i zdefiniowany jako
wróg "publiczny" (hostis), ze wszystkimi tego konsekwencjami, począwszy od
wykluczenia z przestrzeni publicznej. Państwo nie ma być więc najwyższą formą
możliwej jedności wspólnoty politycznej, której filarami i wspornikami są
patriotyzm, tradycja wspólnej drogi dziejowej, wola bycia razem oraz ta
nadrzędna zasada dobrego społeczeństwa, jaką jest dobro wspólne, lecz aparatem
przemocy (od fizycznej po werbalną), używanym w służbie ideologii panującej, tj.
"antyfaszyzmu".

Narodziny "antyfaszyzmu"
Dokładnie taki właśnie system mieliśmy niedawno przez kilka dziesięcioleci,
teraz zaś, jak widać, zmierzamy ku niemu z powrotem milowymi krokami. Dowodzi to
jasno, że nieustannie trwa proces samoczynnego reprodukowania się antypolskiej –
a w wymiarze powszechnym antytradycjonalistycznej – czerwonej oligarchii, która
znakiem swojej tożsamości uczyniła właśnie "antyfaszyzm". Proces ten rozpoczął
się w latach 30. ubiegłego wieku, kiedy ruch komunistyczny przeszedł od
"sekciarstwa" poprzedniej dekady – czemu towarzyszyły również próby kokietowania
narodowych socjalistów, jako "obiektywnych sojuszników" w walce z burżuazją – do
strategii tworzenia Frontów Ludowych. Tej ofercie pod adresem niedawnych
śmiertelnych wrogów, czyli socjaldemokratów, a także rozmaitych "pożytecznych
idiotów" z kręgów demoliberalnych i nawet "postępowo-katolickich", towarzyszyło
równie szerokie spectrum "faszystów", którym objęto wszystkich antykomunistów,
będących także przeciwnikami demoliberalizmu, a więc tradycyjnych katolików,
konserwatystów i monarchistów, autorytarystów i nacjonalistów łącznie z nurtami
narodowo-radykalnymi. Szczególny wkład do tej strategii wniósł genialny doprawdy
propagandysta Kominternu Willi Mźnzenberg, zaś poligonem doświadczalnym jego
skuteczności stała się wojna domowa w Hiszpanii. W naszej obecnej sytuacji
"awatarem" Mźnzenberga stał się red. Seweryn Blumsztajn z "Gazety Wyborczej",
jako główny organizator i propagandysta zagrzewający do walki z faszyzmem
zamaskowanych bandytów z "antify" i im podobnych. Pomni błagania poety (Kornela
Ujejskiego): "O rękę karaj, nie ślepy miecz!", winniśmy mieć to na uwadze,
słysząc dochodzące od dawna z ulicy Czerskiej żądanie: "Przynieście mi głowy
faszystów".

Biało-Czerwona, nie "kolorowa"
Warto też na moment rzucić okiem na lewacki slogan "kolorowej Niepodległości".
Cóż to może znaczyć? Czyżby Marsz Niepodległości czy w ogóle świętowanie
Niepodległej w normalny sposób oznaczało coś brudnoszarego lub bezbarwnego?
Jeśli nawet pominąć różnokolorowe emblematy poszczególnych ugrupowań i
organizacji, to przecież znak łączący wszystkich – Biało-Czerwona flaga Polski –
jest esencją barwności w jej głęboko symbolicznym znaczeniu, przesyconym też na
wskroś tragizmem i wzniosłością, dniami chwały i cierpienia całej naszej
historii. Ta paplanina o "kolorowości" odbiera tak naprawdę wszelką
substancjalność pojęciu i symbolice barw, sprowadza ją do jakiegoś infantylnego
gaworzenia o "książeczce do kolorowania" dla mieszkańców Ulicy Sezamkowej, nie
rozwodząc się już nawet nad tą oczywistością, że to tylko nieudolny pseudonim
dla podkładania pod to treści z repertuaru "tolerancjonizmu", głównie
"tęczowego", mające się nijak do polskości i patriotyzmu.

Ani Lepanto, ani Cheronea
Na koniec uwaga dotycząca sporów, jakie natychmiast po marszu wybuchły w
środowisku narodowców czy szerzej – prawicowym. Uważam za nieuzasadnione zarówno
głosy triumfalistyczne, jak i lamentacje, zwłaszcza nad "klęską medialną".
Mówienie o "wielkim sukcesie" w czasie, kiedy nie dość, że jak "lawa plugawa"
rozlewa się wszędzie relatywistyczne, demoliberalne bajoro, to jeszcze
wypełniają je coraz szerzej czerwono-różowe siły ciemności, dowodzi braku
poczucia rzeczywistości. Z drugiej strony, "klęska medialna" była od początku
oczywistością. Bardzo wymowny jest fakt, że marszowi w jego głównej,
wielotysięcznej kolumnie, idącej spokojnie i wytrwale do celu, nie towarzyszyła
żadna kamera – prócz tej operacyjnej, policji. Mediów lewicowo-liberalnego i
reżimowego mainstreamu w ogóle marsz nie interesował, a tylko jego obrzeża,
gdzie mogli grasować niezdyscyplinowani "partyzanci" czy po prostu chuligani
oraz prowokatorzy. Tego rodzaju "klęska" była nie do uniknięcia, więc trzeba ją
było też z góry wpisać w koszty. Gdyby nawet organizatorzy odwołali marsz, to
ona i tak by nastąpiła, i to w podwójnym sensie: raz, że "antyfaszyści"
odtrąbiliby swoje zwycięstwo, dwa, że owi "partyzanci", nad którymi nikt nie ma
kontroli, ani fizycznej, ani moralnej, i tak niechybnie by się pojawili, a
wówczas nie byłoby już nic, co można im wizerunkowo przeciwstawić. Lecz kto z
góry się poddaje, ten ponosi klęskę na pewno, a jeszcze na domiar okrywa się
niesławą.
Zamiast epatowania ocenami skrajnymi, należy wyjść od rozpoznania sytuacji. A
skoro jest to sytuacja wybitnie niekorzystna, to trzeba docenić tę mobilizację
wielotysięcznych sił idących obok siebie zgodnie narodowców, monarchistów,
piłsudczyków, konserwatywnych liberałów itd. To na swój sposób docenił nawet S.
Blumsztajn, pisząc, że marsz pokazał siłę ruchu narodowego. Jeśli jawnie
deklarowanym celem wroga było nie dopuścić do marszu i rozbić go, a cel ten nie
został osiągnięty, to jego uczestnicy mają prawo – bez euforii, ale i bez
fałszywej skromności – powiedzieć: a jednak hemos pasado! (przeszliśmy). Z
pewnością nie jest to wiktoria na miarę wiedeńskiej czy tej spod Lepanto, ale
też nie klęska, jak pod Cheroneą. Powiedzmy, że pierwsza nieprzegrana potyczka,
jak pod Covadongą, początek długiej i żmudnej rekonkwisty.

 

Prof. Jacek Bartyzel politolog
Uniwersytet Mikołaja Kopernika
 


Autor jest członkiem Komitetu Poparcia Marszu Niepodległości.

drukuj