Plomba pod choinką

Reklama, wiadomo, dźwignią handlu. "Promocja świąteczna! Dwa wypełnienia w
cenie jednego, 150 zł zamiast 300 zł. Zapraszamy" – tej treści SMS wyświetlił
się w mojej komórce. Nadawca: jedna ze stołecznych klinik dentystycznych, której
pacjentką zresztą nie jestem i nigdy nie byłam.

To nie była użyteczna podpowiedź. Przede wszystkim co miałabym świętować
wspólnie ze stomatologami? Pół biedy, jeśli Święto Niepodległości. Jednak wtedy
moje zęby nie ucierpiały, choć przyznaję, nie bez racji klinika zdiagnozowała,
że była tego dnia szansa na zdobycie setek nowych klientów. Na szczęście mam
tyle rozumu, by nie zbliżać się do rozszalałej platformy "Kolorowych", do tych
wszystkich kijów, kastetów, zaciśniętych pięści. Zachowałam też rozsądny dystans
od bojówek niemieckich anarchistów, którzy z okrzykami "Heil Auschwitz!" na
ustach dali Polakom pokaz, co znaczy niepodległość – i od jedynek po trzonowce
zęby mam nienaruszone. Jeśli natomiast świętowanie miałoby dotyczyć Bożego
Narodzenia, to dzięki Bogu znam lepsze sposoby jego przeżywania niż w fotelu
dentystycznym. Nie chciałabym też nikogo zaskoczyć "prezentem" w postaci takiej
wizyty.
Handel nie od dziś chce zawłaszczyć święta, i odnosi na tym polu niemałe
sukcesy. Jak król Midas zamienia wszystko w złoto. Szczebelki tej złotej klatki
coraz radykalniej trzymają nas w objęciach, zwłaszcza gdy jednocześnie słyszymy,
że w kolejnych krajach nawet choinka, jeśli może stać w sklepie, to już nie w
szkole – żeby obywatele od małego mieli zagwarantowane "laickie państwo". Ale
obywatele zaczynają mieć tego wypaczonego obrazu dość. Dowód? W Stanach
Zjednoczonych i na portalach społecznościowych rozpędu nabiera chrześcijańska
akcja "Keep Christ in CHRISTmas". Jej uczestnicy protestują przeciwko
komercjalizacji Bożego Narodzenia i domagają się prawa do wyrażania w
przestrzeni publicznej radości z prawdziwego sensu tych świąt. Przeszkadza im w
doświadczaniu wiary jej uprzedmiotowianie, w tym przypadku polegające na
ukrywaniu celów ekonomicznych pod parawanem nawiązań religijnych. I dają temu
wyraz, chociażby ignorując niemądre SMS-y dentystów.
Drugi aspekt tej sprawy: przedsięwzięcia reklamowe muszą być zarazem opłacalne i
godne zapłacenia, tymczasem 150 zł za plombę to jakieś horrendum. Wystarczy
pojechać kilkadziesiąt kilometrów za Warszawę i można mieć dwa wypełnienia za
150 zł, bez żadnej promocji i narażania się na nękanie SMS-ami. Osobiście nie
życzę sobie traktowania jak obiekt wyzysku, tym bardziej przy akompaniamencie
kolęd. I wolałabym, żeby mój numer telefonu raz na zawsze zniknął z bazy kliniki
reklamującej się z wykorzystaniem danych, które trafiły do niej w celach
niemarketingowych.

Jolanta Tomczak

drukuj