Likwidatorzy polskiego majątku

Rząd, który nie troszczy się o poziom życia obywateli i ich przyszłość,
jest rządem złym. Rząd, który nad interes własnych obywateli przedkłada obcy,
jest rządem okupacyjnym. Ponad 20-letnia historia złodziejskiej prywatyzacji
polskiego majątku narodowego (racjonalnie powstrzymywana w czasie krótkich
rządów Jana Olszewskiego i Jarosława Kaczyńskiego) wystawia polskim lumpenelitom
jak najgorsze świadectwo. Polak we własnym kraju, po upadku komuny, nie miał
szans stać się właścicielem czegokolwiek państwowego. Kupował najczęściej obcy
inwestor, bo tylko on dysponował kapitałem, bo tylko on dawał wysokie prowizje
za zaniżone ceny.

Ostrożne szacunki mówią o pozbyciu się polskiego majątku narodowego za 10
proc. jego rzeczywistej wartości. Na przykład po 1994 r. polskie banki z
aktywami prawie 90 mld dolarów zostały sprzedane zagranicy za 3 mld dolarów.
Legitymizacją tych działań okazała się "siła wyborczej kartki" plus destrukcyjne
wsparcie mediów. W ułomnych warunkach polskiej demokracji (brak ogólnonarodowej
dyskusji, praktyki referendum, autentycznej społecznej akceptacji
najważniejszych reform w państwie, możliwości samoorganizowania się
społeczeństwa) ta właśnie "karta wyborcza" prawie zawsze przekazywała władzę nad
gospodarką ludziom niezainteresowanym dobrem obywateli. Najczęściej byli to
dawni komunistyczni towarzysze przekształceni w kapitalistycznych
pseudoliberałów. "Bohaterowie polskiej transformacji", o których powstają nawet
pełne wazeliny książki, bredzą o polskim populizmie, gdy ludzie domagają się
silnego państwa w gospodarce i własnego w niej udziału. Kasta gospodarczych
Balcerowiczów nie kryje, że główną formą gospodarczej aktywności Polaków ma być
ich praca w usługach i handlu, a w razie braku pracy w kraju – emigracja za
chlebem. W ten sposób kontynuowany jest marksistowski dogmat o gospodarce
pozbawionej kapitalistów (oczywiście rodzimych, a nie zagranicznych) z
"przewodnią siłą", jaką jest najemna rodzima klasa robotnicza. Ponieważ
dobrowolnie zrezygnowaliśmy z zysków ze sprzedanego kapitału, płaca za pracę dla
klasy robotniczej będzie wkrótce głównym źródłem naszego dochodu narodowego.
I podczas gdy w krajach Europy Zachodniej klasa średnia stanowi ponad połowę
swoich obywateli, w Polsce jest to grupa na poziomie 20 procent. Czy docelowym
modelem państwa ma być Rosja, w której najbiedniejsi stanowią ponad 80 proc.
obywateli, drobnych właścicieli jest zaledwie 10 proc., a 5 proc. rosyjskich
miliarderów i milionerów ma w swoich rękach aż 80 proc. własności?
Spełzły na niczym trwające ponad rok negocjacje rolników z Ministerstwem Skarbu
Państwa w sprawie preferencyjnego kupna akcji Przedsiębiorstwa
Zbożowo-Młynarskiego "PZZ" w Stoisławiu SA w województwie zachodniopomorskim. Ta
państwowa spółka dysponuje największym w Polsce młynem i elewatorem zbożowym.
Posiada 1,5 proc. udziału w krajowym rynku mąki pszennej, 1,2 proc. w rynku mąki
żytniej, 13 proc. w produkcji kasz i 5 proc. w rynku płatków zbożowych.
Kontraktuje, składuje, konserwuje, prowadzi obrót zbożem, zajmuje się
przetwórstwem i zbytem swoich wyrobów. Zgodnie z ustawą o prywatyzacji
uprawnieni (rolnicy oraz pracownicy spółki) mają zapewnione po 15 proc. akcji.
Po uzgodnieniach z ministerstwem zorganizowała się grupa 3 tysięcy rolników,
"nieuprawnionych" z mocy ustawy, a zainteresowanych kupnem większościowego
pakietu akcji. Teraz dowiadują się, że było to niepotrzebne, gdyż po zmianie
urzędnika w Ministerstwie Skarbu Państwa zmieniła się koncepcja tej
prywatyzacji. Swoich 70 proc. akcji w spółce Stoisław państwo chce sprzedać
temu, kto zapłaci więcej. To znaczy, że w miejsce organizującej się polskiej
grupy kapitałowej zakupu dokona klient z zagranicy albo jakiś wybrany polski
oligarcha-spekulant, aby odsprzedać potem całość za wyższą cenę. Tymczasem
zbliża się termin zakończenia przyjmowania ofert (do 9 marca br.). Rolnicy
proszą o przedłużenie terminu składania ofert, gdyż muszą się zorganizować w
spółdzielnię albo założyć spółkę. Czy za nową koncepcją prywatyzacji spółki nie
kryje się chęć wyeliminowania polskich rolników z grona potencjalnych, i to
jeszcze preferencyjnych, nabywców?
Widzimy, jak państwo po raz kolejny odwraca się plecami od swoich obywateli,
rolników, producentów, ludzi najbardziej zainteresowanych tym, aby spółka
akcyjna Stoisław była ich własną, polską firmą.
Władysław Łukasik, prezes Agencji Rynku Rolnego, powiedział serwisowi
Portalspozywczy.pl, że to "praktyka wskazuje, iż każdy kraj musi w pierwszej
kolejności dbać o własny rynek, własnych producentów i konsumentów. Nie chodzi
tu o samowystarczalność – dodaje, ale o rozsądną dbałość o zachowanie własnej
produkcji rolnej". To, co mówi pan prezes, jest tak oczywiste, że aż banalne w
swojej wymowie, ale widać, wciąż mało przekonujące dla decydentów
zafascynowanych prywatyzacją, gdyż ich "praktyka" jest od lat ta sama,
antypolska. Czy nowy, zagraniczny właściciel spółki Stoisław będzie
zainteresowany polskim rynkiem, jeśli w jego kraju dojdzie do deficytu zbóż albo
gdy cena zagwarantuje mu wyższy zysk niż w Polsce? A może będzie mu się opłacało
zlikwidować firmę w interesie innej, konkurencyjnej?
Prywatyzować! Prywatyzować! Jak najszybciej i co się jeszcze da, prywatyzować!
Tak działają likwidatorzy po 1989 r., bo takie jest oczekiwanie ich zagranicznej
klienteli. I wszystko ma się natychmiast poprawić, nawet służba zdrowia, gdy
zostanie sprywatyzowana. Teraz dobierają się do polskich lasów. Za chwilę zaczną
sprzedawać polską ziemię. Zakończą pracę, kiedy już nic nie będzie do
sprzedania. Wkrótce uwolnią się od pracy i tak zostaną zapamiętani, jako
likwidatorzy trwałego majątku Polski.
 

Wojciech Reszczyński

Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia SA.

drukuj