Łatwo przestraszyć Donalda Tuska
Historia wprowadzania do polskiego prawa przepisów unijnej dyrektywy o
usługach medialnych przebiega groteskowo i daje wiele dowodów na to, jak łatwo
rząd i sam premier Tusk (prawdopodobnie poważnie zaniepokojony spadkiem notowań)
ulegają (niektórym) zorganizowanym akcjom wyborców i dość populistycznym
argumentom. Najpierw rząd biedził się przez ponad trzy lata nad napisaniem
projektu. Unia zagroziła karami, bo ostateczny termin został przekroczony o
blisko dwa lata. Wreszcie w trybie pilnym, pod presją czasu, Sejm projekt
rządowy uchwalił. Tuż przed głosowaniem w Senacie wystarczyły determinacja kilku
liderów społeczności internetowej, dwu izb gospodarczych i zmobilizowanie około
80 tys. osób, by w ciągu kilku dni zagrozić wyrzuceniem do kosza przepisów
przygotowywanych w mozole przez ponad trzy lata!
W stylu Władimira Putina, premier, pod zarzutami, że chce wprowadzić "cenzurę
internetu", nakazał senatorom Platformy Obywatelskiej wykreślenie z ustawy –
przyjętej niemal jednogłośnie przez Sejm dwa tygodnie wcześniej – wszystkich
artykułów dotyczących usług audiowizualnych w internecie. A więc telewizji
internetowych oraz usług wideo na żądanie. W ten sposób z ustawy wyłączone miało
zostać wszystko to, czemu w pierwszej kolejności służyła unijna dyrektywa:
zastosowaniu zasady neutralności technologicznej, tj. wprowadzeniu choćby
minimalnych reguł dla usług telewizyjnych i tych przypominających telewizję w
sieci internetowej. Chodziło w pierwszej kolejności o ochronę małoletnich przed
demoralizacją, a w drugiej – o zasady włączenia do oferty internetowej telewizji
i wideo zakazów reklamowania m.in. alkoholu, hazardu, leków na receptę. Przy
okazji miały zostać wprowadzone elementarne wymogi prezentacji w katalogach
filmowych produkcji polskiej i europejskiej: 15 proc. oferty europejskiej, w tym
(a nie oprócz tego, jak bezmyślnie argumentowali przeciwnicy) 10 proc. oferty
polskiej. Usługi te nie miały być koncesjonowane. Krajowa Rada Radiofonii i
Telewizji miała tylko prowadzić ich rejestr albo wykaz. Właściciele byli
zobowiązani poinformować o zabezpieczeniach technicznych podjętych w celu
ochrony dzieci i młodzieży, oraz odpowiednio oznaczyć prezentowane przez siebie
treści. Wszelkie działania kontrolne miały być podejmowane praktycznie tylko w
przypadku skarg odbiorców na naruszenie prawa.
Przypomnijmy, że wcześniej trzykrotnie ten sam premier teraz oburzający się na
"urzędników", którzy ustawę przygotowali, czynnie uczestniczył w ustaleniu
treści ustawy! Dwa razy była ona przedmiotem uchwał rządu, a następnie
głosowania w Sejmie. Podczas prac rządu sam premier nanosił na ustawę poprawki!
Teraz Donald Tusk usiłuje wmówić opinii publicznej, że to on jest dobry i broni
wolności słowa, a źli są ci, którzy chcieli wolność słowa ograniczyć.
Ustawa nie dotyczyła ani prywatnych stron internetowych, ani internetowych
portali gazet i czasopism, ani blogów, ani też grup społecznościowych. Intencją
nie było też obejmowanie regulacją "filmików" zamieszczanych na rozmaitych
portalach. Nikt nie miał za zadanie cenzurowania tysięcy przedsięwzięć i
internetowych studiów telewizyjnych, zwłaszcza podejmowanych w celu zachowania
pluralizmu i wolności słowa. Wręcz przeciwnie. Wprowadzając nowe zasady niemal
we wszystkich europejskich krajach, prawodawcy uświadamiali sobie, że chodzi o
największych, którzy w internecie właśnie rozszerzają swoje cesarstwa,
korzystając z tego, że nie ma tam ograniczeń choćby wobec erotyki czy reklamy
niedozwolonych środków. Przy okazji tej dyskusji w Polsce nikt nie zainteresował
się, iż za przemysłem medialnym w internecie stoją wielkie pieniądze. Jak
informowała "Rzeczpospolita" 1 lutego br.: wartość samego rynku wideo na żądanie
osiąga 50 milionów złotych rocznie. Usługa ta na Onecie (koncern ITI) ma już
blisko 2,5 mln użytkowników. Platformy Ipla powiązane z Polsatem posiadają
łącznie 0,7 mln użytkowników. Prognozuje się, że na świecie wpływy rynku
audiowizualnego na żądanie co najmniej podwoją się w kolejnych 5 latach.
Bezkarność w internecie
Co się zaś tyczy telewizji internetowych, wystarczy przyjrzeć się opublikowanym
badaniom amerykańskim The State of the News Media 2011. Okazuje się, że widownia
serwisów informacyjnych w internecie wzrosła w ubiegłym roku o 17 procent,
natomiast różnego typu tradycyjnie nadawanych telewizji spadła od 3 do 14
procent. Przekłada się to na wpływy spółek medialnych z reklamy i abonamentu za
telewizje płatne. Już dawno właściciele prywatnych gigantów w świecie mediów
rozpoczęli planową ekspansję w szerokopasmowym internecie. Skoro widownia
przenosi się do sieci, w sieci właśnie uruchamiane są nowe projekty korporacji
medialnych. Co więcej, na ogromną skalę inwestują one w przejęcie częstotliwości
lub sieci światłowodowych szerokopasmowego przesyłu danych, by oprócz produkcji
treści opanować własność środków dostarczania jej do odbiorców – czy to łączami
kablowymi, czy to drogą sygnału radiowego. To internet stanie się w przyszłości
drogą, za pomocą której swoją władzę rozszerzać będą największe koncerny
medialne. I poprzez odpowiednie sterowanie strumieniami reklamy kontrolować
wolność słowa. Każdy będzie mógł pisać w internecie, na swojej stronie czy swoim
portalu, ale nie każdy dostanie reklamy i nie każdy dotrze do odpowiednio dużej
grupy odbiorców, bo łącza będzie miał kto inny, silniejszy.
Pozostaje zadać pytanie: czy w takim razie społeczeństwa mają całkowicie
zrezygnować z choćby minimalnych zasad regulujących treści telewizyjne, nadawane
tak jak obecna telewizja, tylko dlatego że z dużym wsparciem kapitałowym
istniejących koncernów medialnych pojawiają się w obrębie internetu traktowanego
jako wolne medium? Czy pozostawienie braku regulacji sprzyja powstawaniu nowych,
niezależnych przedsięwzięć, czy też wręcz przeciwnie – stawia je na przegranej
pozycji wobec tych, którzy w tradycyjnym nadawaniu telewizyjnym są już od dawna
zadomowieni? Lista największych portali internetowych w Polsce w większości
obejmuje firmy powiązane z największymi graczami na rynku tradycyjnych mediów.
To oni dysponują najatrakcyjniejszymi treściami, które raz wyprodukowane dla
telewizji mogą być wielokrotnie wykorzystywane w mutacjach sieciowych. To oni
mogą jednego wieczoru napędzić na portal internetowy kilka milionów internautów,
promując adres tego portalu na ekranie telewizora. Warto przypomnieć sobie
dyskusję o hazardzie internetowym przy okazji wprowadzania ustawy po aferze
hazardowej. Pokazała ona, jak łatwo to, co jest zakazane i szkodliwe w
tradycyjnych mediach, znajduje doskonałe pole do rozwoju w internecie i staje
się groźną konkurencją dla dobrych mediów korzystających z wolności słowa.
W praktyce niemal wszystkie niezależne przedsięwzięcia audiowizualne w polskim
internecie mają postać usług na żądanie. Nadawanie strumieniowe, na żywo,
praktycznie nie jest stosowane, gdyż jest wyjątkowo kosztowne i stać na nie
tylko tych, którzy równolegle nadają tradycyjną, "zwykłą" telewizję. W
uchwalonej przez Sejm ustawie najważniejsza była zatem definicja usługi
medialnej na żądanie, gdyż to ona mogła potencjalnie zagrażać twórcom mediów
internetowych. Nowe brzmienie art. 4 ustawy o radiofonii i telewizji w punkcie 7
mówiło, że "audiowizualną usługą medialną na żądanie jest usługa medialna
świadczona w ramach działalności gospodarczej umożliwiająca odbiór audycji
audiowizualnych w wybranym przez odbiorcę momencie, na jego zamówienie, w
oparciu o katalog ustalony przez dostawcę tej usługi". Ponadto w artykule 2
zawarte zostały wyłączenia stosowania ustawy wobec "elektronicznych wersji
dzienników i czasopism oraz prasy udostępnianej w systemie teleinformatycznym
pod warunkiem, że nie składają się w przeważającej części z audycji
audiowizualnych". Ministerstwo kultury, które nadzorowało wprowadzenie do
polskiego prawa przepisów unijnych dotyczących mediów, odpiera oskarżenia o
cenzurę. Tymczasem Związek Pracodawców Branży Internetowej, przeprowadzając na
szeroką skalę akcję za wykreśleniem przepisów dotyczących nowych usług
telewizyjnych, twierdził, że po wejściu w życie ustawy każdy przedsiębiorca,
który posiada własną stronę internetową, na której zamieszcza materiały
audiowizualne, będzie podlegał obowiązkowi rejestracji w KRRiT. A Krajowa Izba
Gospodarcza utrzymuje, że ograniczeniami objętych zostanie "kilkaset tysięcy
podmiotów". Te argumenty spowodowały, że senatorowie w całości wykreślili z
ustawy przepisy o usługach na żądanie, w tym także i te, które miały chronić
dzieci i młodzież.
Cena demagogii i histerii
Rzeczywiście, zafundowany posłom przez rząd PO pośpiech w pracach nad ustawą w
Sejmie spowodował, że w uchwalonym projekcie zabrakło wystarczająco precyzyjnego
sformułowania usuwającego wątpliwości i uniemożliwiającego populistyczne
głoszenie tak rozszerzającej interpretacji proponowanych przepisów. Być może
najwłaściwszym rozwiązaniem byłoby raczej wprowadzenie maksymalnego poziomu
przychodów danego przedsiębiorcy prowadzącego usługę medialną lub maksymalnej
liczby realnych użytkowników jego usług, dla których żadne wymogi ustawowe nie
obowiązywałyby. Wtedy nie byłoby obaw, że każde najmniejsze gospodarcze
przedsięwzięcie audiowizualne w internecie podlegać będzie obowiązkom zgłoszenia
do wykazu i nadzorowi urzędów. Tak sformułowana poprawka przepadła jednak w
Senacie. Minister kultury zapowiedział, że wkrótce zgłosi nowy projekt dotyczący
wideo na żądanie. Po poprawkach senatorów ustawa bowiem przybrała postać, która
może być odrzucona w Brukseli, gdyż nie uwzględnia najważniejszych przepisów
dyrektywy.
Przy okazji jednak za sprawą poprawki zgłoszonej przez senator Barbarę
Borys-Damięcką (PO) Senat wykreślił z ustawy także przepis, który był korzystny
dla widzów tradycyjnej telewizji. Posłowie wprowadzili bowiem limit dwu minut w
godzinie dla zapowiedzi programowych, teraz szeroko rozbudowanych i
przypominających bloki reklamowe. Po tej poprawce nie będzie ograniczeń
czasowych dla tych praktyk. Na szczęście ocalał przepis, który nakazuje, by
wszystkie zapowiedzi były pomiędzy poszczególnymi programami. Niedozwolone
będzie ani ich przegrywanie, ani wyświetlanie na podzielonym ekranie, jak to
jest dziś, co wyjątkowo irytuje widzów.
Poprawki senatorów tylko w połowie uwzględniły nakaz premiera, nie objęły
telewizji internetowej, lecz tylko usługi na żądanie. W piątek zostały
przegłosowane w Sejmie. Sprawa jednak musi powrócić, gdyż usługi wideo na
żądanie będą musiały zostać poddane takiej czy innej regulacji, w przeciwnym
razie Polsce mogą grozić sankcje. A wszystko dlatego, że rząd Donalda Tuska od
2007 roku, kiedy weszła w życie unijna dyrektywa, nie potrafił przeprowadzić
spokojnego i przemyślanego implementowania jej do polskiego prawa, bez demagogii
i histerii.
Zastanowić się wypada, dlaczego inne sprawy (choćby sprzeciw wobec doprowadzenia
do upadku Poczty Polskiej, kolei państwowych, zapaści w energetyce, na rynku
cukru) nie powodują tak wielkiej mobilizacji internetowej Polaków albo dlaczego
jeszcze większa mobilizacja, choćby w postaci zebrania wieluset tysięcy
realnych, a nie wirtualnych podpisów pod projektami ustaw (na przykład o
ochronie dzieci przed przemocą w mediach, pod którą kilka lat temu zebrano 300
tys. podpisów) nie odnosi podobnego skutku. Czego brakuje? Cichego wsparcia
możnych tego świata?
Barbara Bubula
Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
