Kulisy zbrodni kieleckiej (3)

Prokurator Falkiewicz wyraźnie próbuje maksymalnie osłabić zarzuty nawet przeciwko
szefowi Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, majorowi Władysławowi
Sobczyńskiemu-Spychajowi, szczególnie skompromitowanemu swą szokującą biernością
w czasie zajść kieleckich. W swym "umorzeniu" pisze na s. 478: "trudno też
przyjąć tezę, że jako szef WUBP był inspiratorem i koordynatorem działań o
charakterze prowokacji, bowiem brak jest uzasadnienia na to w materiale dowodowym".

O roli agenta NKWD
W. Sobczyńskiego

Przypomnijmy tu, że major Sobczyński był już w czasie wojny oficerem NKWD (Por.
"umorzenie" prokuratora Falkiewicza, s. 449, w: "Wokół pogromu…"). Ze względu
na jego wyjątkowe służalstwo wobec Sowietów jeszcze przed tragedią na Plantach
był nazywany "majorem Sabaczyńskim". Znany był ze szczególnego okrucieństwa,
m.in. to on podczas pracy w UB w Rzeszowie zastrzelił na oczach mieszkańców
rodzinnej wsi słynnego działacza PSL Kojdera. Sobczyńskiemu przypisywano już
wcześniej organizowanie – w celach prowokacyjnych – z ramienia UB w czerwcu
1945 roku nieudanego pogromu Żydów w Rzeszowie. Jego doradcą sowieckim był
płk Szpilewoj – agent "Natan", z pochodzenia Żyd sowiecki z NKWD (MWD) (Por.
J. Śledzianowski, op. cit. s. 78).
Próbując obalić tezę o roli sowieckiej bezpieki w zorganizowaniu zbrodni kieleckiej,
prokurator Falkiewicz stara się maksymalnie ograniczyć lub wręcz przemilczeć
wysuwane na ten temat sugestie różnych kompetentnych osób. Całkowicie przemilcza
na przykład wypowiedź tak istotnej dla śledztwa osoby, jak sędzia A. Jankowski,
dyrektor Okręgowej Komisji ds. Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
w Kielcach. Stwierdził on w wywiadzie z 1996 r. m.in.: "Szczególnie zastanawiające
jest dla mnie dziwne zachowanie się szefa bezpieki mjr. Spychaja-Sobczyńskiego.
Badając akta jego procesu, a także komendanta KWMO płk. Wiktora Kuźnickiego
i jego zastępcy Kazimierza Gwiazdowicza, dowiedziałem się, że Sobczyński na
wieść o pogromie – zadzwonił zdenerwowany na milicję, żądając, by się do niego
nie mieszała, bo >>to prowokacja<<. Milicja jednak uważała zajścia za sprawę
czysto kryminalną i zdecydowana była się nią zająć. Potem przy Spychaju pojawia
się doradca sowiecki w UBP płk Szpilewoj i od tego momentu mjr Sobczyński nie
angażuje się w tłumienie zajść (…). Moja teza jest taka: pogrom kielecki zorganizował
nie reżim komunistyczny, ale Rosjanie. Wskazuje na to m.in. rola Szpilewoja,
dziwne zachowanie Spychaja, sposób użycia ubowców" (Podkr. JRN, cyt. za ks.
J. Śledzianowski, op. cit., s. 77-78).
O przypuszczalnej bardzo dużej roli Sobczyńskiego w organizowaniu zbrodni kieleckiej
mówił już w Radiu Wolna Europa płk Józef Światło (przed ucieczką z PRL wicedyrektor
X Departamentu MBP). Charakteryzując W. Sobczyńskiego, stwierdził m.in.: "Jakkolwiek
powszechna opinia obarczała Sobczyńskiego odpowiedzialnością za rozruchy antysemickie
w Kielcach, gdy po zlikwidowaniu ich Sobczyński został aresztowany, na żądanie
>>doradców<< radzieckich zwolniono go z więzienia i ofiarowano mu stanowisko
dyrektora biura paszportowego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego" (Cyt.
za: J. Żaryn, w: "Wokół pogromu…", s. 106).
Przypomnijmy tu niektóre z "zaniechań" Sobczyńskiego w czasie zajść kieleckich
poza tymi wymienionymi w wyżej cytowanym tekście sędziego Jankowskiego. Szef
WUBP, który domagał się, by "milicja nie mieszała się", sam po krótkim czasie
opuścił miejsce wydarzeń i obserwował zajście przez lornetkę z balkonu przy
ul. Sienkiewicza (Cyt. za: J. Śledzianowski, op. cit., s. 69-70). Znamienne,
jak sam Sobczyński, szef WUBP w Kielcach usprawiedliwiał nieudzielenie przez
podwładne mu jednostki pomocy Żydom oblężonym na Plantach. Twierdził, że musiał
odmówić skierowania swego oddziału, zwanego szturmowym, na Planty, ponieważ
jego ludzie byli zmęczeni po całonocnej akcji (Tamże, s. 109). Ksiądz Jan Śledzianowski
komentował (tamże, s. 109) iż, "chłopcy bezpiekowcy", "zmęczeni po całonocnej
akcji" odsypiali noc, podczas gdy tuż obok zabijano Żydów. Z raportu prokuratora
Z. Mieleckiego wynikało, że Sobczyński wydawał sprzeczne rozkazy – nakazywał
wycofać się milicji… to znów "wzywał K. Gwiazdowicza, aby wysłał silniejsze
oddziały milicji na Planty" (Tamże, s. 67). Zdumiewające było ciągłe odkładanie
przez mjr. Sobczyńskiego decyzji w sprawie użycia kompanii ze szkoły UB w Zgórsku.
Na próżno błagał go o to wciąż ppor. Albert Grynbaum, zastępca szefa powiatowego
Urzędu Bezpieczeństwa. Według relacji J. Dawida, przytoczonej w książce ks.
J. Śledzianowskiego (op. cit., s. 68). "Przed urzędem stały samochody z blisko
pięćdziesięcioma słuchaczami szkoły dla funkcjonariuszy UB w Zgórsku pod Kielcami.
Czekali na rozkazy. Półtorej godziny czekali, a na Plantach trwała masakra".
Nawet i to zdarzenie wyraźnie próbuje zminimalizować w swym wyjaśnieniu sprawy
prokurator Falkiewicz, pisząc w "umorzeniu" ("Wokół pogromu…", s. 480), iż
"Brak energicznych działań ze strony sił, jakimi dysponował Urząd Bezpieczeństwa
i odkładanie w czasie użycia kompanii ze Zgórska niewątpliwie spowodowane było
decyzjami szefa WUBP Władysława Sobczyńskiego. Zebrane w śledztwie dowody nie
pozwalają ocenić przyczyn takiego zachowania jako elementu działania prowokacyjnego".
To czymże w końcu było to działanie w połączeniu z innymi haniebnymi "zaniechaniami"
Sobczyńskiego w owym dniu?
Współautorka omawianego tomu IPN B. Szaynok wysuwa oskarżenie, że Sobczyński,
szef WUBP, "wykorzystywał polski antysemityzm w czasie zajść", m.in. przez
opóźnianie wezwania straży pożarnej, przetrzymywanie szkoły UB i opóźnianie
wprowadzenia jej do akcji, swoją bezczynność w zatrzymaniu robotników huty
"Ludwików", idących na Planty (w wyborze źródeł J. Żurka, w: "Wokół pogromu…",
op. cit., s. 276). Szaynok stwierdza, że Sobczyński rozmawiał w trakcie pogromu
z Radkiewiczem i Bermanem. Stąd wnioskuje, że "Sobczyński mógł otrzymać od
nich polecenie wykorzystania pogromu dla celów politycznych (referendum, podziemie
niepodległościowe" (tamże, s. 277).
Zastanawia selektywność informacji na temat Sobczyńskiego podawanych przez
prokuratora Falkiewicza. Na s. 477 pisze on o aresztowaniu i procesie Sobczyńskiego
jako o jednym z przykładów stanowczości postawy władz "wobec wydarzeń i winnych
zaniedbań". Tym trudniej jednak wytłumaczyć, dlaczego przemilcza informacje
o kulisach jego uniewinnienia, i to pochodzące z tak ważnego źródła jak Raport
Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu (BZpNP) z 1997 roku.
Pisano tam: "Władysław Sobczyński wbrew oczywistym dowodom jego winy został
uniewinniony. Z zeznań jednego ze świadków wynika, że miał on jakieś dowody
dotyczące przyczyn pogromu, które wykorzystał w czasie, gdy był aresztowany,
i dlatego został bardzo szybko zwolniony z więzienia" (Cyt. za: J. Śledzianowski,
op. cit., s. 129). Dodajmy, że Falkiewicz wspomina na
s. 464 o uniewinnieniu Sobczyńskiego od zarzutu przestępstwa niedopełnienia
obowiązków przeciwdziałania popełnieniu przez tłum czynów przestępczych. Także
tu jednak pomija cytowaną wyżej informację z raportu BZpNP o kulisach uniewinnienia
Sobczyńskiego. Czy prokurator Falkiewicz milczy w tej sprawie, bo niewygodne
byłoby dlań przyznanie, że były jakieś "wstydliwe" dla władzy przyczyny pogromu,
które chciała utajnić za wszelką cenę! Jak wiemy, prokurator Falkiewicz chce
dowieść masowej antysemickiej "spontaniczności" zbrodni.
Dlaczego prokurator Falkiewicz, tak sławiący stanowczość działań władzy, w
rozliczeniu z winnymi kieleckiej zbrodni pomija milczeniem sprawę późniejszych
losów Sobczyńskiego? A mianowicie fakt, że człowiek, który splamił się tak
ciężkimi "zaniedbaniami" (eufemizm) w czasie zbrodni, mógł później zrobić przyspieszoną
karierę. Został awansowany na podpułkownika, później na pułkownika i przeniesiony
do Warszawy do władz centralnych. Tu kolejno awansował na wysokie odpowiedzialne
stanowiska. Najpierw był szefem wywiadu KBW, później dyrektorem Biura Paszportów
MBP (Wg K. Kąkolewski, op. cit., s. 191-192). W końcu awansował do rangi ambasadora
PRL w Sofii (Cyt. za J. Żaryn, w: "Wokół pogromu…", op. cit., s. 106). Warto
dodać, że karierze Sobczyńskiego wyraźnie dziwi się współautor tomu IPN i zarazem
jego redaktor Jan Żaryn, przypominając, że Sobczyńskiego awansowano do rangi
pułkownika w kwietniu 1957 r. (sic!) w okresie odwilży po październikowej (Por.
tamże, s. 106).
Szczególnie groteskowo brzmi kolejne tłumaczenie prokuratora Falkiewicza na
temat roli Sobczyńskiego: "Jego działalność i analiza wydarzeń, w których uczestniczył,
wskazują jednoznacznie, że miał on negatywny stosunek do osób narodowości żydowskiej.
W pełni uzasadnione wydaje się określenie go jako radykalnego antysemity. Brak
właściwego zaangażowania podczas wydarzeń kieleckich bardziej należy tłumaczyć
jego osobistą postawą wobec Żydów, aniżeli wysuwać sugestie, że zachowanie
to było spowodowane wytycznymi otrzymanymi od swoich przełożonych z tajnych
służb sowieckich, na co zresztą nie ma żadnych przesłanek w materiale dowodowym"
(Por. "Wokół pogromu…", op. cit., s. 472-473). Czy radykalnym antysemityzmem
można rzeczywiście wytłumaczyć całą serię zbrodniczych zaniechań mjr. Sobczyńskiego?
Przecież nawet będąc "radykalnym antysemitą", w co nie wątpię, musiał realistycznie
zdawać sobie sprawę, że za swoje antysemickie "zaniechania" może bardzo ciężko
zapłacić w Polsce. W kraju, w którym bardzo dużą rolę odgrywały takie osoby,
jak odpowiedzialny za bezpieczeństwo członek Biura Politycznego KC PPR Jakub
Berman. To, że Sobczyński najwyraźniej nie bał się ryzykować swoich zbrodniczych
"zaniechań", najlepiej dowodzi, jak mocno wierzył w ostateczne poparcie swych
sowieckich protektorów! Przy okazji, cóż to za przepiękny eufemizm prokuratora
Falkiewicza: "brak właściwego zaangażowania podczas wydarzeń kieleckich".

Sprawa Diomina
W tak ważnej z punktu widzenia tezy o NKWD-owskiej roli w organizowaniu zbrodni
kieleckiej książce M. Chęcińskiego z 1982 r. została bardzo mocno wyeksponowana
rola Michaiła Aleksandrowicza Diomina jako głównego organizatora NKWD-owskiej
akcji. Prokurator Falkiewicz natychmiast uznał za konieczne całkowite podważenie
ustaleń książki Chęcińskiego na temat Diomina, tak aby zanegować w ogóle
działanie jakiegokolwiek Diomina w zagranicznej służbie sowieckiej (Por.
tekst "Umorzenia", w: "Wokół pogromu…", op. cit., s. 471). Tylko że tym
razem w swej pasji podważania za wszelką cenę tez o NKWD-owskiej inspiracji
zajść kieleckich, prokurator Falkiewicz popełnił niebywałą fuszerkę. Nie
dostrzegł, że rzekomo nieistniejący w sowieckiej służbie zagranicznej M.A.
Diomin występował nawet na karcie drugiego raportu doradcy Szpilewoja z Kielc
w dniu 11 lipca 1946 r. do płk. Dawydowa. Pisał o tym nie kto inny, jak poprzednik
prokuratora Falkiewicza w prowadzeniu śledztwa – prokurator Zbigniew Mielecki.
Otóż właśnie prokurator Z. Mielecki, ogłaszając w Warszawie 16 października
1996 r. raport Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu,
stwierdził m.in., iż: "Drugi raport doradcy Szpilewoja dla płk. Dawydowa
– również >>ściśle tajne<<, zawierający informacje o treści wyroku podawanego
przez Najwyższy Sąd Wojskowy podczas sesji wyjazdowej w Kielcach w dniu 11.07.1946
roku (w sprawie sygn. 9/46) przekazał w dniu 11.07.1946 r. z Kielc telefonicznie
linią specjalną >>w.Cz<< Demin (…). Druga depesza (z dnia 11.07.1946 r.)
ma dla naszej sprawy jeszcze jeden dodatkowy aspekt, bowiem potwierdza istnienie
w otoczeniu doradcy Szpilewoja osoby o nazwisku Demin" (Cyt. za J. Śledzianowski,
op. cit., s. 80).
Żeby było zabawniej, raport Szpilewoja z końcową adnotacją "peredał Demin"
(przekazał Demin) figuruje w części "Reprodukcje dokumentów" w tomie "Wokół
pogromu kieleckiego", w bardzo niewielkiej odległości od sławetnego "umorzenia"
prokuratora Falkiewicza. Inna fuszerka, dowodząca, że prokurator Falkiewicz
niezbyt dokładnie czytał akta śledztw. Otóż w jednym z tych akt, a ściślej
w zeznaniu ważnego świadka Edmunda Kwaska (b. kierownika Wydziału Śledczego
WUBP) z dnia 21 marca 1996 r., czytamy, iż: "W zespole radzieckich doradców
w WUBP w Kielcach >>był jeden młodszy doradca o nazwisku Domin<<". I to wszystko
można przeczytać aż nadto wyraźnie właśnie w tomie IPN (por. "Wokół pogromu…",
op. cit., s. 349), w którym umieszczono tekst "umorzenia". Żeby było jeszcze
zabawniej, we wspomnianym tomie IPN (s. 134) znajdujemy następujące wyjaśnienie
Jacka Żurka, autora wyboru materiałów ze śledztw: "W dokumentach sowieckich
występuje st. śledczy MGB kpt. Diomin, przesłuchujący 28 III 1949 r. Pereca
Dawidowicza Markusa w sprawie Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego". I
tego też nie doczytał prokurator Falkiewicz.

prof. Jerzy Robert Nowak

Kulisy zbrodni kieleckiej (2)

Kulisy zbrodni kieleckiej (1)

drukuj