Koń trojański na lewicy
Janusz Palikot ma rok, aby przekonać Donalda Tuska o swojej przydatności
politycznej. Jego partia ma za zadanie zdobyć za rok w wyborach parlamentarnych
około 10 proc. głosów i wejść do koalicji rządowej z Platformą Obywatelską.
Jeśli ten scenariusz nie zostanie zrealizowany, Palikot rzeczywiście może się
znaleźć całkowicie na marginesie sceny politycznej.
Ruch Poparcia Palikota jeszcze się organizuje, ale w kręgu jego dawnych
partyjnych kolegów panuje spokój co do wpływu Ruchu na PO. Politycy Platformy
podkreślają, że inicjatywa ich byłego już kolegi była przemyślana i uzgodniona z
władzami partii i samym przewodniczącym Donaldem Tuskiem. Dlaczego jednak
Palikot opuszcza Platformę? Czyżby był to efekt porażki w starciu z marszałkiem
Sejmu Grzegorzem Schetyną? Znudzenie nim Tuska? Nieoficjalne informacje, do
jakich dotarliśmy, potwierdzają wcześniejsze przypuszczenia, że inicjatywa
Palikota ma od początku poparcie Donalda Tuska, zresztą była z nim uzgadniana.
Jeden z posłów Platformy tłumaczy to w ten sposób: – Premier zauważył, że
Palikot w zasadzie do niczego nie jest w PO potrzebny. Opozycja Tuskowi nie
zagraża, wszak sam powiedział w jednym z wywiadów, że nie ma z kim przegrać. A
skoro tak, to niepotrzebne są już antypisowskie kampanie w stylu Palikota, a
tylko to budowało jego pozycję w partii. I poseł z Lublina został po prostu
rzucony na inny odcinek frontu.
W dodatku sam czuł się coraz gorzej w PO, nie udała mu się akcja budowania
wpływów w klubie i w partii, miał tu coraz więcej wrogów i podstawy, aby się
obawiać, że będzie kolejną ofiarą walk frakcyjnych pomiędzy Tuskiem a Schetyną.
A ponieważ poseł nie należy do kategorii polityków dobrze czujących się w
cieniu, musi być na świeczniku, a tego Platforma już mu nie zapewniała, więc tym
bardziej skierował się ku budowaniu własnej formacji. Jednak o wiele ważniejsze
jest to, że Ruch Janusza Palikota ma przynieść największe korzyści PO i
Donaldowi Tuskowi, bo gdy uzyska dobry wynik wyborczy, to zabierze głosy SLD,
osłabiając oczywiście postkomunistów.
Mam układ z Tuskiem
W tej chwili dla nikogo nie jest wszak tajemnicą, że Ruch Poparcia Palikota ma
zagospodarować radykalnie lewicowy elektorat, aby nie poparł on Sojuszu Lewicy
Demokratycznej, który próbuje odbudować pod wodzą Grzegorza Napieralskiego swoje
dawne wpływy. Poseł Jarosław Sellin nazywa nawet tworzoną przez Palikota partię
najbardziej antyklerykalnym czy wręcz antychrześcijańskim ruchem ostatnich 20
lat w Polsce.
I trudno nie zgodzić się z tą diagnozą, jeśli czytamy tezy programowe głoszone
przez Janusza Palikota, członka międzynarodowego Klubu Bilderberg, grupującego
wpływowych polityków i ludzi biznesu z różnych krajów świata. Klub, którego
wielu członków jest też łączonych z masonerią, od lat stoi za wieloma lewackimi
inicjatywami społecznymi, jakie u nas akurat propaguje Palikot.
– Donald Tusk wykalkulował, że ci ludzie o skrajnie lewicowych poglądach, którzy
dotąd głosowali na PO, bo nie odpowiadał im SLD, mogą jednak poprzeć
Napieralskiego. Lider SLD stroi się wszak w piórka "polskiego Zapatero", a
antykatolickie idee wcielane w życie przez premiera Hiszpanii powodują, że model
jego polityki jest popularny wśród naszych środowisk antykościelnych. Lepiej
więc było pokazać temu elektoratowi Palikota, który jest dla niego na razie
bardziej wiarygodny od SLD – relacjonuje senator Platformy.
Szach i mat?
Na razie poparcie dla Palikota jest niskie, jednak i on, i premier liczą, że to
się zmieni, gdy efekty zacznie przynosić kampania medialna byłego lidera
lubelskiej PO. Palikot będzie teraz bardzo aktywny, będzie zgłaszał wiele
projektów ustaw, które mają uderzyć w Kościół i ludzi wierzących. Będzie się
więc domagał nie tylko swobody w zakresie stosowania in vitro, ale także
rozszerzenia prawa do aborcji, wyrugowania lekcji religii ze szkół, cofnięcia
dotacji uczelniom katolickim czy usunięcia wiary z przestrzeni publicznej. To
będzie idea budowy państwa nie tyle świeckiego, co antychrześcijańskiego. – I
SLD będzie w kropce, bo jak zacznie popierać postulaty Palikota, to wyjdzie na
to, że tylko się pod niego podczepia. Przynajmniej w mediach będzie taki
przekaz, a to wystarczy, aby w oczach wyborców Sojusz stał się jeszcze mniej
wiarygodny. A Napieralski nie może się też ścigać w radykalizmie z Palikotem, bo
może więcej stracić, niż zyskać w oczach jego obecnych wyborców. Pamiętajmy o
tym, że wiele osób z elektoratu SLD, zwłaszcza tych starszym wiekiem, ma poglądy
lewicowe, ale nie zaakceptuje choćby propagowania haseł "praw dla
homoseksualistów" i może zostać w domu, zamiast pójść na wybory – tłumaczy jeden
z dawnych bliskich współpracowników Tuska. Według niego, premier już od dawna
przygotowywał plan wypchnięcia Sojuszu ze sceny politycznej. I Palikot może mu w
tym teraz pomóc. Na lewicy także mają świadomość tego zagrożenia, otwarcie wszak
przed Palikotem ostrzega swoich przyjaciół z SLD były prezydent Aleksander
Kwaśniewski. A gdy Wojciech Olejniczak zapraszał Janusza Palikota do SLD, to w
Sojuszu odczytano to jako prztyczek dany przewodniczącemu Napieralskiemu, a nie
rzeczywistą ofertę polityczną.
Odejście Palikota z Sejmu ma mieć i ten pozytywny dla PO aspekt, że inicjatywy
ustawodawcze jego Ruchu nie będą łatwe do wprowadzenia pod obrady parlamentu.
Gdyby bowiem Palikot był nadal w klubie Platformy, to zgłaszając jakąś ustawę,
musiałby zebrać pod nią tylko 15 podpisów posłów. I kierownictwo PO byłoby w
niezręcznej sytuacji. Jeśli jednak ustawę zgłosi Palikot jako osoba prywatna, to
musi mieć pod nią 100 tysięcy podpisów, tak jak w przypadku każdej społecznej
inicjatywy ustawodawczej. To zaś nie jest łatwe, za to sama akcja zbierania
podpisów może być dobrze sprzedana w mediach i nagłośniona. A o to przecież
chodzi. Jeśli Palikot mimo wszystko przegra, zostanie wyautowany przez Tuska, na
pewno bez żalu ze strony premiera.
Krzysztof Losz
