Każdy ma prawo do ochrony zdrowia
Prof. dr hab. Jerzy Żyżyński
Sytuacja w ochronie zdrowia jest najbardziej dojmującym, najsilniej godzącym w społeczeństwo skandalem. Komunikaty mediów mówią same za siebie: śląski NFZ odmówił leczenia interferonem chorych na stwardnienie rozsiane; dziecięce hospicjum bez pieniędzy NFZ; w szpitalu MSWiA – koszmar, skandal i upokorzenie – tak opisują swoją gehennę pacjenci, którzy próbowali dostać się do specjalisty, a władze szpitala twierdzą, że brakuje im personelu; szpitale pożyczają od windykatorów – ich długi sięgają kilkuset milionów; w stolicy lepiej nie chorować na nerki, bo NFZ zaproponował za każdą hemodializę 400 zł, co nie pokrywa rzeczywistych wydatków, które wynoszą 489 zł… Takich spraw są dziesiątki.
Szczególnie skandaliczne jest ograniczanie prawa obywateli do leczenia przez ustanawianie limitów badań i dostępu do specjalistów. W ostatnich latach kilkudziesięciokrotnie zmniejszyła się liczba specjalistycznych badań diagnostycznych.
Przez zaniżanie wynagrodzeń specjalistów doprowadzono do wyemigrowania wielu z nich tam, gdzie wynagrodzenia odpowiadają wartości ich pracy.
W rezultacie nie jest realizowane podstawowe konstytucyjne prawo obywatela. Artykuł 68 Konstytucji w punktach 1 i 2 mówi: „Każdy ma prawo do ochrony zdrowia. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”.
I jednocześnie to państwo, które Konstytucję z tak ważkimi prawami stworzyło, rękami swych niekompetentnych urzędników i bagatelizujących problem posłów ustanowiło jedną z najniższych składek na ochronę zdrowia w wysokości 7,5 proc., podczas gdy w innych porównywalnych krajach wynosi ona ponad 13 proc., nawet do 16 procent (w Chorwacji). Bardzo wolno składkę tę podwyższano do obecnego, wciąż za niskiego poziomu, co nie mogło rozwiązać narastającego kryzysu zadłużeniowego i problemów wynikających z niedofinansowania ochrony zdrowia.
Jednocześnie przed polskim społeczeństwem zataja się, że we wszystkich porównywalnych krajach wyższa mniej więcej o połowę składka zdrowotna jest dzielona między pracownika i pracodawcę.
Informacja ta jest zatajana w sytuacji, gdy Polska należy do krajów o najniższych kosztach pracy. Koszty związane z zatrudnieniem (obejmujące wynagrodzenia brutto, składki na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, składki na Fundusz Pracy oraz inne koszty związane z zatrudnieniem, np.: nagrody, stypendia fundowane, premie niezaliczone do wynagrodzeń, a także odpisy na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, diety delegacji służbowych, diety poselskie i senatorskie itd. bez wypłat z tytułu udziału w zysku i w nadwyżce bilansowej w spółdzielniach) są w Polsce na poziomie 35,2 proc., niższym niż w Brazylii, Indiach i wszystkich krajach europejskich poza Bułgarią; w krajach rozwiniętych koszty te są na poziomie 40-55 proc.; najwyższe są w Szwajcarii (ponad 60 proc.) i w USA (prawie 57 proc.). Dziesięć lat temu (1997 r.) wynosiły one w Polsce 44,2 proc. i były porównywalne z poziomem w wielu krajach europejskich.
Sukcesywne obniżanie tego wskaźnika jest zgodne z powszechnym odczuciem, że ludzie nie uczestniczą w podziale owoców wzrostu gospodarczego, i oznacza, że polskie społeczeństwo jest eksploatowane na niebywałą skalę.
Jednocześnie jednak oznacza też, że jest spora przestrzeń dla podniesienia składki na ochronę zdrowia na konto pracodawców, by ponosili finansową współodpowiedzialność za zdrowie swoich pracowników. Wbrew temu, co twierdzą rządzący, nie jest potrzebna prywatyzacja, jak bowiem dowodzą doświadczenia innych krajów, wystarczy finansowanie na właściwym poziomie publicznego systemu ochrony zdrowia.
Obywatele pokładają wielkie nadzieje w rzeczniku praw obywatelskich, oczekują od niego zajmowania się sprawami, które są dla obywateli najważniejsze. Apeluję, by Pan Rzecznik zainteresował się sprawą nierespektowania przez rządzących praw obywateli do dostępu do publicznego dobrze zorganizowanego i dobrze finansowanego systemu ochrony zdrowia.
Autor jest pracownikiem naukowym w Katedrze Gospodarki Narodowej na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Socjologii i Zarządzania Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Humanistycznej w Skierniewicach.
