Kapłaństwo wielkich wyzwań
Z JE ks. bp. Edwardem Frankowskim, obchodzącym 50-lecie kapłaństwa
sandomierskim biskupem pomocniczym, rozmawia Alicja Trześniowska
50-lecie kapłaństwa to okazja do spojrzenia na długą drogę powołania i
przypomnienia sobie wszystkich tych ludzi, którzy mieli wpływ na jego
realizację. Przeżywając złoty jubileusz, kogo Jego Ekscelencja szczególnie
wspomina?
– Każdy jubileusz, a zwłaszcza 50-lecie posługi kapłańskiej, to błogosławiony
czas wspólnego i wielkiego dziękczynienia Bogu, Kościołowi i ludziom za ten
wielki głos Boga, który rozbudzał we mnie powołanie do kapłaństwa, oraz
dziękczynienia za dar i tajemnicę kapłaństwa. Z wielką wdzięcznością i miłością
chylę czoło przed moimi rodzicami Julią i Władysławem, przed moim środowiskiem
rodzinnym i koleżeńskim. Wielką rolę w budzeniu się mojego powołania odegrali
kapłani, moi proboszczowie z rodzinnej parafii, katecheci, przełożeni
seminaryjni, rektorzy, wychowawcy i profesorowie. Ogromne znaczenie miały też
dla mnie przykłady życia kandydatów na ołtarze diecezji przemyskiej.
Co wpłynęło na tak szerokie pojmowanie służby kapłańskiej Jego Ekscelencji:
od posługi duszpasterskiej, poprzez wielką troskę o ludzką egzystencję i
godność, aż po służbę społeczną, obywatelską i formację patriotyczną?
– Moje powołanie do kapłaństwa dokonywało się nie tylko w określonych warunkach
życia rodzinnego i parafialnego, ale także w warunkach życia Kościoła i Narodu
Polskiego. Czas pobytu w przemyskim seminarium przypadał na ostatnie lata
kierowania Kościołem przez Piusa XII, a cały pontyfikat Jana XXIII (1958- -1963)
był ukierunkowany na zwołanie, przebieg i wprowadzanie uchwał Soboru
Watykańskiego II. Moje wstąpienie do seminarium duchownego w roku 1955 przypadło
na czas stalinowskich represji wobec Kościoła, czego szczególnym wyrazem było
uwięzienie Prymasa Polski Sługi Bożego ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. W 1958 r.
władze na 10 lat wstrzymały budowę kościoła w Stalowej Woli. Trudności, jakie
przeżywał Kościół w Polsce i Naród w Ojczyźnie, wyzwalały pragnienie służenia
Bogu i Ojczyźnie w kapłaństwie, a wspaniałe wzory osobowe, które spotkałem na
drodze mojego powołania, umocniły mnie w nim. Również pierwsze lata kapłańskiego
życia wśród ataków, represji ze strony władz komunistycznych za wszelką naszą
aktywność duszpasterską, jak np. obronę krzyży, zakładanie punktów
katechetycznych w prywatnych domach, budowę kościołów i obiektów sakralnych czy
nawet tworzenie nowych parafii wśród licznych przeszkód i szykan, nie tylko nie
złamały naszej woli służenia Panu, wręcz przeciwnie – raczej ją oczyszczały,
umacniały i hartowały.
Ważnym wydarzeniem, które wpływało na naszą formację kapłańską, była
peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, potem uwięzienie tego obrazu na
Jasnej Górze 2 września 1966 r.; wspaniałe obchody tysiąclecia chrztu Polski i
niewpuszczenie na uroczystości milenijne do naszego kraju zaproszonego przez
Episkopat Papieża Pawła VI, jak też niewydanie paszportu Prymasowi Wyszyńskiemu
na uroczystość przyznania godności kardynalskiej. Solidaryzowaliśmy się z ks.
bp. Ignacym Tokarczukiem, ordynariuszem diecezji przemyskiej, który doskonale
rozpoznał potrzeby duszpasterskie swojej diecezji i wzywał, aby mimo zakazu i
przeszkód wierni sami wznosili swoje świątynie. Polski Episkopat nie dał się
uzależnić władzom komunistycznym i pod przewodnictwem Prymasa ks. kard. Stefana
Wyszyńskiego i odważnych biskupów, jak ks. bp Tokarczuk i wielu wspaniałych
kapłanów, wyzwolił wielką aktywność katolików świeckich w Polsce, a zwłaszcza w
diecezji przemyskiej. Szczególnym przejawem aktywności i nielegalnej integracji
społeczności lokalnej w diecezji przemyskiej było budownictwo sakralne.
W perspektywie doświadczeń zdobytych w czasie długich lat posługi kapłańskiej
i biskupiej Ekscelencji, na jakie najważniejsze wyzwania stojące przed księżmi w
obecnej rzeczywistości wskazałby Ksiądz Biskup?
– Wychowanie w solidarności i prawdzie – to pierwszy postulat pasterski na
dzisiejsze czasy. Dążenie do wolności bez rozumienia, że autentyczna wolność
jest wolnością, tylko do tego, co dobre, wyeliminowało z życia prawdę. Wszędzie
tam, gdzie nie ma prawdy, jest zniewolenie, ograniczenie haseł wolnościowych do
chciejstwa. Liberalizm moralny niszczy sumienia. Jeżeli kapłani chcą
społeczeństwo wychować, przede wszystkim sami muszą być prawdziwi, autentyczni.
Wszelkie kamuflaże, pijarstwo, umizgiwanie się do ludzi, którzy wykorzystują po
prostu naszą obecność, to jest zdrada Chrystusa, Ewangelii. Niczego na tej
drodze nie osiągniemy.
Drugi postulat to jest pochylić się nad rodziną, wychowaniem dzieci i młodzieży.
W rodzinie formuje się osobowość każdego człowieka. Tam znajduje się wzór
rodziców – to są te pierwsze połączenia – do nich odwołujemy się potem przez
całe nasze życie. Dzisiaj problem rodziny to problem podstawowy, najważniejszy,
ponieważ rodzina jest poważnie niszczona. Robi się wszystko, ażeby osłabić więzi
małżeńskie, przekonuje się do łatwego życia bez ofiarności, wyrzeczeń,
poświęceń. W takich warunkach nie wychowamy dzieci na mądrych, dobrych,
szlachetnych ludzi, zdolnych do odpowiedzialności, dojrzałości. Stąd zadanie dla
nas wszystkich: żeby Naród był wolny, to musi być mądry. Tej mądrości młodzi
ludzie muszą się nauczyć od swoich rodziców. W szkolnictwie znowu obserwujemy
próby manipulowania programami szkolnymi, stały zamęt, zmiany. Bywa, że
nauczyciele nie mają kogo uczyć. Musimy przyznać się do błędów, które
popełniliśmy: że ulegliśmy propagandzie, że dziecko jest przeszkodą w karierze,
awansie społecznym, że nie opłaca się mieć dzieci. Doprowadziliśmy do absurdu,
że mamy coraz mniej dzieci. Coraz trudniejsze są warunki życia osób starszych,
nie będzie miał kto ich utrzymać. To są konsekwencje daleko idące, brak
wyobraźni, przewidywania. Do czego to wszystko prowadzi, czym się może
zakończyć? To jest tragedia naszego Narodu.
A jakie zadania stoją przed kapłanami w sferze społecznej?
– Trzeba też wspomóc samorządy. Jest to zdobycz demokracji, tych czasów i
dlatego widać, jak są gnębione, jak obciąża się je coraz nowszymi obowiązkami
finansowymi, którym nie są zdolne sprostać. Z tego powodu coraz bardziej ulegają
politykom, manipulowane są przez opcje polityczne. Tego trzeba się bać, przed
tym bronić. Kościół z samorządami powinien trzymać się razem, żeby przynajmniej
w Kościele miały wsparcie. Trzeba stworzyć atmosferę, żeby wszyscy mieszkańcy
czuli, że oni są gospodarzami, że mogą wziąć swój los w swoje ręce i decydować,
gdyż oni znają najlepiej swe najbliższe środowisko. Z samorządami powinni liczyć
się politycy, władze wojewódzkie czy państwowe. Na poziomie samorządów można
dużo spraw załatwić i wywalczyć, tylko sygnał, wydaje mi się, musi być
mocniejszy i bardziej wyraźny, oparty na katolickiej nauce społecznej. Miałem to
szczęście, że mogłem w parafii w Stalowej Woli tworzyć wspólnoty sąsiedzkie,
wybrane w sposób demokratyczny, które są po dziś dzień. Ten eksperyment – myślę
– dawał dużo światła, można było iść w tym kierunku, dzisiaj mielibyśmy o wiele
mocniejsze wspólnoty w naszym sąsiedztwie.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
