Jak przetrwać w biedzie?
Żyją z zasiłków pomocy społecznej, pomaga im Caritas i inne stowarzyszenia,
czasami uda się złapać dorywczą pracę, zarobić przy zbieraniu złomu. Niektórzy
nie przetrwaliby bez pomocy najbliższej rodziny. Nie chcą o nich pamiętać kolorowe
czasopisma, które piszą tylko o wielkim, dostatnim świecie. Ale oni żyją wśród
nas, czasami w tym samym bloku, kamienicy. Najbiedniejsi Polacy. Są jak wyrzut
sumienia dla władz i państwa, które sześćdziesiąt lat po wojnie nie jest w
stanie poradzić sobie z nędzą dotykającą miliony dorosłych i dzieci.
Nawet według oficjalnych statystyk, kilka milionów naszych rodaków musi przeżyć
za parę złotych dziennie, co oznacza egzystencję poniżej wszelkich granic ubóstwa.
Kilka milionów to przerażająca, ale sucha liczba, niewiele mówiąca o tym, w
jakich warunkach ci ludzie mieszkają, jak ciężko walczą o przetrwanie swoje
i swoich dzieci, jakie spustoszenie w ich życiu duchowym powoduje bieda. Najgorsze
jest to, że wielu z nich czuje się wręcz wykluczonymi ze społeczeństwa: nie
włączają się w życie swoich parafii, nie chodzą na żadne wybory, nie interesują
się życiem swoich miast i gmin – pogrążyli się w społecznej apatii. Liczy się
tylko życie z dnia na dzień, niemal biologiczna walka o byt.
Wszędzie bieda
Szydłowiec – miasto na granicy województw mazowieckiego i świętokrzyskiego.
Oficjalnie bezrobocie sięga tu niemal 40 proc., co oznacza najwyższy poziom
na całym, teoretycznie najbogatszym w kraju, Mazowszu. Ale tutaj bogactwa
ludzie nie odczuwają. Choć trzeba przyznać, że bieda niespecjalnie rzuca
się w oczy, część ulic jest odnowiona, chodniki z kostki brukowej, ładnie
prezentuje się miejski rynek z zabytkowym kościołem, ratuszem, czy pobliskim
malowniczym zamkiem. Wystarczy jednak wejść do sklepu, zobaczyć, co ludzie
kupują, aby się zorientować, że wielu rodzinom żyje się tu ciężko.
– Chleb, najtańsza margaryna, najtańsze gatunki wędlin, mąka, czasami mleko.
Taki jest koszyk zakupów wielu rodzin – opowiada pani Krystyna, ekspedientka.
– Jeśli kupują słodycze dla dzieci, to zazwyczaj tanie lizaki, ciastka, bardzo
rzadko czekoladę. I ja się temu nie dziwię, bo tutaj wiele osób naprawdę nie
ma z czego żyć.
Kilkanaście kilometrów dalej leży Skarżysko-Kamienna, miasto także dotknięte
bezrobociem, choć nie na tak wielką skalę jak Szydłowiec. Wcześniej, gdy dobrze
prosperowały zakłady "Mesko", dzięki nim żyło całe miasto. Ale te
czasy bezpowrotnie minęły.
– Kto tylko może, ucieka stąd: do Warszawy, Krakowa, niektórzy do Kielc – opowiada
pan Bogusław, bezrobotny. Spotykam go niedaleko dworca autobusowego, jak pcha
ciężki wózek z jakimś żelastwem do punktu skupu.
– Nawet nie pamiętam, od ilu lat nie mam pracy – przyznaje. Dlaczego w takim
razie nie wyjechał? – Wie pan, panie redaktorze, ja jestem sam, nigdy się nie
ożeniłem, nie mam dzieci, więc sobie jakoś dam radę. Są tacy, którym jest jeszcze
gorzej.
Piotrków Trybunalski – miasto leżące na skrzyżowaniu ważnych dróg, mające ogromną
szansę na rozwój gospodarczy, co może choć w części przywrócić tej miejscowości
dawny blask. Ale i tutaj nie brakuje ludzi biednych. Wstydzą się swojej biedy,
niechętnie rozmawiają z dziennikarzami, gdyż to i tak im nic nie pomoże, a
bycie "bohaterami gazet" ich nie interesuje.
– Jakoś żyjemy. Czasami pomoże nam opieka społeczna, Caritas, czasami złapie
się jakąś dorywczą pracę, dzieci dostają obiady w szkole – opisuje sytuację
swojej rodziny Kazimierz, 39-letni rencista, mający na utrzymaniu troje dzieci.
Siedem lat temu miał wypadek w pracy, teraz porusza się przy pomocy kuli. Renta
jest niewielka, więc domowy budżet ratuje jeszcze pensja żony, też niestety
niewysoka. – Pięć osób i tylko 1200 złotych na miesiąc, czyli 240 złotych na
osobę – podsumowuje domowy budżet pani Barbara. – To naprawdę wystarcza na
niewiele, a trzeba zapłacić za prąd, wodę, gaz. Dobrze, że chociaż mieszkamy
w domku odziedziczonym po moich rodzicach, więc nie musimy płacić czynszu.
Łódź – prawie milionowa metropolia. Miasto, które kiedyś żyło z przemysłu tekstylnego.
Po jego upadku wiele rodzin do dzisiaj nie może wyjść z biedy. Po wielkich
zakładach zostały puste hale i mieszkania, gdzie żyją dawne pracownice, dla
których robota przy krosnach i maszynie do szycia była ostatnią, jaką miały.
– Po zamknięciu fabryki pracowałam w niedużych firmach. Pensje były nędzne,
często robiło się bez umowy o pracę, w fatalnych warunkach. Ale od ponad dwóch
lat nie mam nawet takiej pracy – żali się Maria Kostanecka. – Nikt mnie nie
chce, bo mam już ponad 50 lat. Za dużo, żeby pracować, za mało, żeby iść na
emeryturę. A ja mam na utrzymaniu niepełnosprawną córkę i muszę sobie radzić
sama, bo mąż odszedł od nas już wiele lat temu i nie dostaję od niego żadnych
alimentów.
Trzeba sobie radzić
Spośród trzech milionów polskich bezrobotnych, mniej niż pół miliona ma prawo
do otrzymywania zasiłku. Zresztą po kilkunastu miesiącach i to źródło dochodów
wysycha. Niestety, w wielu rodzinach pracy nie ma nikt, więc ich sytuacja
staje się dramatyczna. Inni, nawet jeśli mają pracę, zarabiają tak nędznie,
że trudno im przeżyć do pierwszego. Jak sobie radzą?
– Dostajemy zasiłki z pomocy społecznej, czasem paczki żywnościowe, a dzieci
jedzą darmowe obiady w szkole – relacjonuje pani Grażyna, bezrobotna z Szydłowca.
– Pomaga też Caritas, skąd dostaliśmy paczki na Boże Narodzenie, ubranie, a
teraz mamy też otrzymać pomoc przed Wielkanocą.
Kobieta jest szwaczką, pracy dla niej nie ma, to znaczy tej legalnej. Kiedyś
miała stałe zlecenia chałupnicze od firm z Radomia, ale one upadły. Teraz muszą
jej wystarczać zamówienia od sąsiadek i znajomych. – Ale to tylko 300-400 złotych,
choć w mojej sytuacji sporo – mówi. Dwóch synów pani Grażyny nie ma nawet renty
po ojcu, który zginął kilka lat temu w wypadku drogowym, a ponieważ nigdy nie
pracował legalnie, więc nie był ubezpieczony.
Z tych samych źródeł wsparcia korzysta rodzina Adama, 44-letniego bezrobotnego
spawacza ze Skarżyska. – Zasiłki z pomocy społecznej są coraz niższe, gdyż,
jak tłumaczą panie z ośrodka, osób, które wyciągają rękę do miasta z prośbą
o wsparcie, jest coraz więcej. A pieniędzy brakuje.
Pan Adam nie ma żalu do pań z opieki, że wypłacają mu coraz mniej pieniędzy,
ponieważ wie, że to nie ich wina. On ma po prostu to nieszczęście, że urodził
się i mieszka w tak biednym mieście. – Nikt się nami tam, w Warszawie, chyba
nie interesuje. Tyle jest tego gadania o reformach, podobno gospodarka nawet
się rozwija, ale to widać chyba tylko w stolicy i innych wielkich miastach.
Na prowincji jest szaro.
Mężczyzna jednak nie załamuje rąk i nie siedzi bezczynnie, gdyż, jak mówi,
trzeba zadbać o rodzinę. Podejmuje się więc różnych prac, najczęściej w warsztatach
lub na budowach. Da się z tego wyciągnąć nawet 1,5 do 2 tysięcy złotych (w
zimie jest martwy sezon). – Ale robota jest raptem przez kilka miesięcy w roku
i na czarno, bez umowy – podkreśla. – Firmy wiedzą, że mogą tak robić, gdyż
jest tylu bezrobotnych, że zawsze się znajdzie chętny. Boimy się tylko, żeby
do zakładu nie wpadła policja pracy, bo wtedy jest nie tylko kara, ale i utrata
roboty – dodaje. Z tego też powodu prosi, aby nie podawać jego nazwiska.
Takiego kłopotu nie ma spotkany przez nas przy dworcu Bogusław. On też ima
się różnych dorywczych zajęć, ale zazwyczaj przy pracach polowych na wsi, gdzie
nie wpadają żadne kontrole. – Rolnik da jedzenie, dach nad głową, kilka groszy,
a na zimę ziemniaki, marchew, ogórki. Da się wytrzymać – opowiada. – Jak nie
ma roboty w polu, to zbieram złom.
– Najwięcej biedy widać w starym Skarżysku, tym, który był budowany jeszcze
przed wojną, a potem stał się dzielnicą robotniczą – twierdzi Łukasz Ciesielski,
student ze Skarżyska, który z racji nauki spędza teraz więcej czasu w Warszawie.
– Mam tu dziadków, więc nieraz oglądam ludzką biedę. Ten kontrast między bogatymi
a biednymi chyba się zresztą pogłębia.
Trzeba umieć gospodarzyć
Wobec ciągłego niedostatku i braku pieniędzy, trzeba nauczyć się gospodarować
tym, co się ma. Biedacy chętnie korzystają z różnych promocji w marketach.
Choć wiedzą, że kupują tam towary lichej jakości, to jednak są one czasami
rzeczywiście bardzo tanie. Ale takie zakupy można też robić w mniejszych
sklepach.
– Codziennie mamy jakieś przeceny: nabiału, warzyw, czasami także wędliny –
przyznaje Justyna Mąkosa, która razem z mężem prowadzi sklep spożywczy w Łodzi.
– Jeśli termin ważności jakiegoś towaru się kończy, lepiej obniżyć jego cenę
niż wyrzucać. Zawsze przychodzą ludzie i to kupują. Mogę nawet powiedzieć,
że mamy już stałych klientów, czekających na takie okazje.
– Mały jogurt kosztuje około złotówki, a przeceniony pół złotego albo i taniej.
Tylko wtedy mogę kupić je dzieciom – mówi jedna z kobiet robiących zakupy u
pani Justyny.
– Dla tej pani zawsze trzymamy coś ekstra, bo wyżywić piątkę dzieciaków to
naprawdę ogromny wysiłek – dodaje sprzedawczyni. – Z obniżek korzysta stale
kilkadziesiąt osób. A przecież, niech pan zobaczy, w okolicy jest wiele takich
punktów jak mój i wszędzie jest podobnie.
Wiele osób odwiedza targowiska pod koniec dnia, gdy łatwiej jest zdobyć mięso
lub wędlinę za pół ceny. Sprzedawcy prawie za darmo oddają też warzywa, gdyż
chcą się pozbyć towaru. Warto też popytać w piekarni o niesprzedany chleb,
który wrócił ze sklepów. Niektórzy piekarze po prostu wystawiają go w skrzynkach
przed zakład i można brać pieczywo za darmo. – To lepsze wyjście niż oddawanie
chleba do utylizacji, ponieważ taki mamy w zasadzie obowiązek. Wyrzucanie chleba
byłoby grzechem, gdy po ulicach chodzi tylu głodnych i biednych ludzi – opowiada
nam anonimowo jeden z kieleckich piekarzy. – Tak samo zresztą robią koledzy
chyba we wszystkich miastach, które znam.
Pani Marzena, 38-latka z wielkiego łódzkiego osiedla Bałuty, już dawno zauważyła,
jak przydają się jej umiejętności kulinarne wyniesione z rodzinnego wiejskiego
domu. Przygotowanie bowiem jedzenia dla pięcioosobowej rodziny, która ma na
miesiąc ledwie nieco ponad 200 zł na osobę, to nie lada sztuka.
– Mąka, trochę mleka i można robić naleśniki. Do tego dżem i tanie śniadanie
gotowe – wylicza. – Zupy (na drugie danie stać nas tylko w niedzielę) gotuję
zawsze na szyjach indyczych. Są niedrogie, mają dużo mięsa, które można włożyć
do lodówki, a jak się go sporo uzbiera, to w maszynkę, a potem do pierogów
albo knedli. A ilu tanich dań nauczyłam się robić z mortadeli i parówek, to
chyba sama nie pamiętam.
Kobieta nie kryje dumy z faktu, że choć jej rodzina klepie biedę, to jednak
nikt z nich nie chodzi głodny. – U mnie każdą złotówkę ogląda się pięć razy,
zanim się ją wyda – podkreśla.
Pani Marzena, jak tysiące innych matek w całym kraju, kupuje tylko używaną
odzież. – To konieczność – tłumaczy Katarzyna, drobna blondynka, stała klientka
jednego ze "szmateksów" w Radomiu. – Wolałabym kupować nowe ubrania:
spodnie, spódnice, koszule, swetry, ale mnie na to nie stać. Z nowych rzeczy
kupuję w zasadzie tylko buty, gdyż w mojej rodzinie muszą służyć przez kilka
lat.
Rachunek ekonomiczny jest brutalny. W sklepie nowa kurtka wiosenna dla dziecka
kosztuje 80-100 złotych, a używaną pani Katarzyna kupiła za 15. Na ubranka
musiałaby wydać 300 złotych, a kosztowały tylko 50.
– Ludzie starają się walczyć z biedą, nie poddają się, ale to nie rozwiązuje
problemów. Bez aktywnej polityki państwa, tworzenia nowych miejsc pracy, będziemy
mieli w naszym kraju wielomilionową grupę ludzi drugiej kategorii – przypomina
Janusz Rzeszowski, pracownik socjalny. – Wśród tych ludzi są głębokie pokłady
frustracji, oni nie czują się pełnoprawnymi obywatelami naszego kraju. To trzeba
zmienić.
Maciej Winnicki
