Jak pracują rosyjskie służby
Grupa rosyjskich dziennikarzy przegląda dziennik "Izwiestija". Na stronie
tytułowej artykuł z wielkim zdjęciem o udanej próbie międzykontynentalnej
rakiety "Buława". Wszyscy się cieszą z sukcesów rodzimej techniki wojskowej. Są
dziedziny, na które w Rosji nie żałuje się środków. Na pierwszym miejscu jest
wszystko to, co kojarzy się z siłą, na przykład ochrona ważnych osobistości i
zabezpieczenie ich wizyt.
Ze względu na udział w uroczystości Swietłany Miedwiediew od kilku dni
przebywają tu rosyjskie służby odpowiedzialne za jej przygotowanie. Nie tylko
funkcjonariusze Federalnej Służby Ochrony (odpowiednik naszego Biura Ochrony
Rządu), ale także dwudziestoosobowa grupa urzędników administracji prezydenta
Rosji. Żaden szczegół w przebiegu wydarzenia z udziałem żony prezydenta nie może
ujść ich uwagi. W hotelu, w którym odbędzie się spotkanie pierwszych dam, od
dawna panuje zaostrzony rygor bezpieczeństwa, agenci FSO kręcą się po
korytarzach. Środek lokomocji, jakim miała przybyć Miedwiediew, do końca był
utrzymywany w tajemnicy. W końcu okazało się, że przyjechała specjalnym
pociągiem. Kontrast pomiędzy profesjonalizmem tej ekipy a tym, czego się
ostatnio dowiadujemy o przygotowaniach do wizyt polskich delegacji 7 i 10
kwietnia, jest uderzający.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z wrakiem polskiego Tu-154M. Jest już wprawdzie
obiecane zadaszenie. Ale trudno powiedzieć, że szczątki zostały zabezpieczone.
To, co pozostało z naszej maszyny, przykryto po prostu plandeką, gdzieniegdzie
podpartą jakimiś palikami. Wokół ustawiono blaszany płot. Poza tym teren jest
teraz pilnowany, ale trudno uwierzyć, że zabezpieczenia kosztowały milion rubli
(100 tys. złotych). Namiot mający chronić tupolewa wydaje się o wiele mniej
solidny niż na przykład duża zadaszona platforma dla dziennikarzy (tzw. Zwyżka)
albo namioty socjalne dla organizatorów i obsługi.
W okolicach lotniska Siewiernyj w ostatnich dniach aż roiło się od dziennikarzy.
Trwała giełda wymiany informacji. A także dezinformacji. Mieszkańcy Smoleńska, a
nawet pracownicy różnych służb, na przykład strażacy, którzy gotowi są za
niewielki podarek od obcokrajowca sprzedać prawdziwe albo fałszywe informacje o
katastrofie i akcji ratowniczej. Te "wspomnienia" są oczywiście nieodmiennie
zgodne z oficjalnymi komunikatami władz rosyjskich: że była straszna mgła, że
miejsce katastrofy wyglądało strasznie, że wszyscy lecący samolotem natychmiast
zginęli i nic się nie dało zrobić… Potem te relacje "naocznych świadków" są
drukowane i nadawane w mediach polskich, rosyjskich i innych.
Oczywiście miasto przygotowało się do wczorajszego wydarzenia. Na wiele rzeczy
trzeba było czekać pół roku. Przed kilkoma dniami uporządkowano teren przy
miejscu katastrofy. Jest wygodny dojazd, otoczenie ustawionego po 10 kwietnia
obelisku wyłożono kostką. Są też ślady krótkiego pobytu ekipy archeologów w
ubiegłym tygodniu. Miejsce, na które spadł samolot, zostało częściowo zagrodzone
i czeka na dalsze badania. Mają rozpocząć się w środę. Zwraca uwagę niewielki
obszar, na jakim mają być prowadzone. A przecież szczątki samolotu znajdowano
również w sporej odległości. A tymczasem wokół są zarośla, których nikt nie
przeszukiwał. Tak naprawdę nikt nie wie, co jeszcze da się tam znaleźć.
Obok obelisku stoi kilka krzyży postawionych przez rodziny pojedynczych ofiar.
Wokół rosną brzozy nieodparcie kojarzące się z cmentarzem. Tylko na kamieniu,
przy którym składa się kwiaty, nie ma żadnej tablicy i na razie nikt o niej nie
mówi. Co zostanie napisane, gdy już się pojawi?
Piotr Falkowski, Smoleńsk
