Jak pękła bańka hiszpańskiej prosperity

Dziś nawet sympatycy obecnego rządu premiera José Luisa Rodr’gueza Zapatero
obawiają się, że bieżący rok może przynieść dalsze pogłębienie kryzysu
gospodarczego. Pojawiają się opinie, że już wiosną Hiszpania podzieli los
Irlandii, Grecji i stojącej na krawędzi bankructwa Portugalii. Szczególnym
zagrożeniem dla przyszłości hiszpańskiej gospodarki jest bezrobocie. Jego poziom
w roku 2010 sięgnął blisko 20 proc. i był niemal dwukrotnie wyższy niż w strefie
euro.

W latach 1996-2008 hiszpańska gospodarka rozwijała się pomyślnie. Produkt
krajowy brutto wzrastał o mniej więcej 3,5 proc. rocznie, stopa bezrobocia
spadła poniżej 10 proc., notowano nadwyżkę budżetową. Siłami napędowymi rozwoju
były budownictwo, prywatna konsumpcja, przemysł samochodowy i turystyka.
Pojawiały się nawet opinie, że Hiszpania wyprzedzi najbogatsze państwa
europejskie pod względem wielkości PKB per capita. Okazało się jednak, że
podstawy tego sukcesu (niskooprocentowane kredyty oraz spekulacja terenami
budowlanymi i mieszkaniami) były kruche i ryzykowne.
W początkach drugiej kadencji rządów premiera Zapatero bańka mydlana pękła, a
hiszpańską gospodarkę, po latach prosperity, dotknęła głęboka recesja. Jakie
były główne przyczyny tego stanu rzeczy? Można wskazać na kilka najważniejszych
czynników. Podstawowe znaczenie miał kryzys na rynku nieruchomości. Budownictwo
było przez lata istotną siłą napędową rozwoju. Hiszpania jawiła się jako wielki
plac budowy, na obrzeżach dużych i mniejszych miast powstawały nowe osiedla. Na
hiszpańskich wybrzeżach Morza Śródziemnego oraz w innych atrakcyjnych miejscach
inwestowali, kupując mieszkania, nie tylko Hiszpanie, ale głównie cudzoziemcy
(Niemcy, Francuzi, Skandynawowie, Rosjanie, a nawet Polacy). Z czasem jednak
zapotrzebowanie na ten produkt zaczęło gwałtownie spadać, doszło do załamania
rynku hipotecznego, ceny domów spadały, a firmy budowlane i deweloperskie
bankrutowały. Kryzys budownictwa pociągnął za sobą problemy innych działów
gospodarki powiązanych z tym właśnie sektorem (transport, materiały budowlane,
sprzęt AGD, meble). W konsekwencji rosło bezrobocie i zmniejszał się popyt
wewnętrzny.
Perturbacje w światowej ekonomii doprowadziły do ograniczenia hiszpańskiego
eksportu i narastającego deficytu handlowego (-0,7 proc. w 2008 r., -1,1 w 2009
r., -1,2 w 2010 r.). Spadły również dochody z turystyki.
Zadłużenie publiczne to oprócz bezrobocia drugi najważniejszy hamulec
hiszpańskiej gospodarki. Spadek dochodów podatkowych oraz zwiększone wydatki na
rosnące potrzeby społeczne doprowadziły do zachwiania finansów państwa. Już 2009
r. był pod tym względem wysoce niepokojący: deficyt budżetowy na poziomie 11,2
proc., wzrost długu publicznego do 53 proc. PKB. Rok 2010 nie przyniósł poprawy,
a prognozy na rok bieżący również nie są pocieszające (dług publiczny na
poziomie 78,7 proc.).
Zadłużone jest państwo, ale długi mają również firmy prywatne (warto tu dodać,
że Hiszpania ma najwyższą liczbę małych i średnich przedsiębiorstw w Europie).
Niektóre z nich były wystawiane na sprzedaż za 1 euro. Z danych na wrzesień 2010
r. wynika, że procedurę upadłościową rozpoczęło ponad 4 tysiące firm.
W mniejszym stopniu kryzys dotknął natomiast sektor bankowy, który w okresie
prosperity rozwijał się bardzo dynamicznie. Spadło zainteresowanie kredytami
oraz papierami wartościowymi, co pociągnęło za sobą zmniejszenie dochodów banków
z tytułu prowizji. Z drugiej strony jednak, realistyczna ocena rynku powodowała,
że hiszpańska bankowość nie podejmowała zbędnego ryzyka związanego z
"toksycznymi" papierami.
W jaki sposób na zaistniałą sytuację reaguje obecny rząd? Polityka gospodarcza
premiera Zapatero jest niekonsekwentna i oczywiście obciążona różnymi
uwarunkowaniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Początkowo zamierzano zrealizować
kosztowny program antykryzysowy, przeznaczając około 25 mld euro na inwestycje w
nowe technologie, infrastrukturę oraz ochronę środowiska. Proponowano również
różnego rodzaju udogodnienia dla sektora budowlanego (ulgi podatkowe,
przedłużanie terminu spłat kredytów, uproszczenie procedur obowiązujących
podczas przetargów). Okazało się jednak, że budżet państwa nie wytrzyma tego
rodzaju obciążenia, polegającego na wpompowaniu publicznych pieniędzy w
stymulację gospodarki.
W początkach 2010 r. zostały przyjęte nowe priorytety wychodzenia z kryzysu,
tzw. plan o zrównoważonej gospodarce. Zakłada on pobudzanie wzrostu popytu
wewnętrznego oraz kreowanie nowych miejsc pracy bez zwiększania deficytu
budżetowego, poprzez tzw. partnerstwo publiczno-prywatne. Celem podjętych
działań jest również ograniczenie wpływu sektora budowlanego i samochodowego na
hiszpańską gospodarkę. Rząd premiera Zapatero podjął także pewną ofensywę
propagandową na arenie międzynarodowej i liczy… że Berlin i Paryż nie
przykręcą finansowego kurka ze wsparciem.

Topniejący optymizm
Pogarszająca się od dłuższego czasu sytuacja, a także brak wyraźnych sygnałów
jej poprawy w 2011 r., mają wpływ na narastające rozgoryczenie i frustrację
przyzwyczajonego do spokoju i dobrobytu społeczeństwa. O panujących nastrojach
informują najnowsze (grudzień 2010) sondaże przeprowadzone przez Centrum Badań
Społecznych (Centro de Investigaciones Sociológicas). Wynika z nich, że ponad 77
proc. zapytanych ocenia ogólną sytuację ekonomiczną w Hiszpanii jako złą lub
bardzo złą (36 proc.). Brakuje również nadziei na poprawę tego stanu rzeczy w
najbliższych miesiącach: 40 proc. uważa, że nie ulegnie ona zmianie, aż 35 proc.
jednak obawia się dalszego pogorszenia. Niezmiernie interesujące są też
odpowiedzi na pytanie o główne problemy, z jakim boryka się obecnie kraj. Prawie
80 proc. respondentów wskazało, że jest to bezrobocie, podczas gdy np.
tradycyjne zagrożenie terroryzmem ze strony ETA niepokoi zaledwie 6 proc.
badanych. Tak więc zdecydowana większość Hiszpanów postrzega kwestię braku pracy
jako najpoważniejszy problem społeczny. Oto na naszych oczach topnieje
charakterystyczny dla Hiszpanów ostatnich dekad optymizm i przekonanie o
trwałości społeczeństwa dobrobytu.
Interesujący raport na temat konsekwencji sytuacji istniejącej na rynku pracy
opublikował niedawno Bank Hiszpanii. Jego główna teza brzmi: w porównaniu do
poprzednich kryzysów zmalała zdolność rodzin do zabezpieczenia bytu ich
bezrobotnych członków. Wskazuje się przy tym na pewną specyfikę krajów
śródziemnomorskich, w których tradycyjnie rodzina pełniła mocniejszą funkcję
ochronną niż w innych częściach Europy.
Zdaniem ekspertów Banco de Espa-a, w odróżnieniu od kryzysu początku lat 90. XX
w., kiedy poziom bezrobocia był jeszcze większy, obecna struktura bezrobocia
jest nieco inna. W większym stopniu bowiem problem braku pracy dotyka osób,
które są głową rodziny.
Rząd premiera Zapatero stara się oczywiście przekonywać obywateli, że skutecznie
walczy z zaistniałymi problemami. Dziennik związany z Partią Socjalistyczną (PSOE),
"El Pa’s", poinformował właśnie, że zdaniem władz, rok 2010 był ostatnim rokiem
kryzysu. Jednym z symptomów ożywienia ma być fakt, że w grudniu, po raz pierwszy
od dłuższego czasu, odnotowano pewien spadek poziomu bezrobocia, zwłaszcza wśród
młodych osób poniżej 25. roku życia. W wywiadzie udzielonym rozgłośni radiowej
Onda Cero José Luis Rodr’guez Zapatero zapowiedział, iż według szacunków w
drugiej połowie bieżącego roku powstanie do 50 tysięcy nowych miejsc pracy, choć
początek 2011 r. może przynieść jeszcze przejściowe pogorszenie sytuacji pod tym
względem.
Propagandowy optymizm nie koresponduje, jak już zaznaczyliśmy, z nastrojami
społecznymi i ocenami zagranicznych ekspertów. Maleje poparcie dla rządzących
socjalistów. Według sondaży, gdyby wybory odbyły się w bieżącym roku,
przyniosłyby zdecydowane zwycięstwo opozycyjnej Partii Ludowej. Część Hiszpanów
uważa jednak, że nawet zmiana rządu nie przyniesie szybkiej poprawy sytuacji
gospodarczej kraju. Wskazuje się na głębsze, pozaekonomiczne przyczyny obecnego
stanu: kryzys demograficzny, podważanie spoistości państwa, rozchwianie systemu
wartości moralnych w sferze indywidualnej i społecznej.

Duch Południa
W dziejach Hiszpanii, oprócz okresów gospodarczej prosperity (XVI w., 2. połowa
XVIII w.), występowały również etapy ekonomicznego załamania i kryzysów (2.
połowa XVII w., 1. połowa XIX w.). Historycy i ekonomiści badający te
zagadnienia, ale również podróżnicy odwiedzający ten kraj, oprócz czynników
obiektywnych (zjawiska występujące w skali europejskiej czy światowej)
wskazywali na pewne uwarunkowania życia gospodarczego specyficzne dla Półwyspu
Iberyjskiego. Zwracano uwagę na mentalność Hiszpanów (zwłaszcza Kastylijczyków)
jako istotny czynnik wpływający na położenie ekonomiczne tego państwa. Wśród
negatywnych cech wymieniano pogardę dla pracy fizycznej, handlu, brak
konsekwencji w działaniu, lekkomyślność, słabe rozeznanie w mechanizmach
regulujących gospodarkę. Nowożytna Hiszpania jawiła się jako ziemia
konkwistadorów, inkwizytorów, przewrażliwionych na punkcie swego honoru hidalgos,
walczących z całym światem Don Kichotów. Charakterystyczna jest tu opinia
bernardyna Juwenalisa Charkiewicza, który w roku 1767 wyprawił się do Hiszpanii
na kapitułę generalną swego zgromadzenia. Wędrując po wybrzeżu
śródziemnomorskim, zauważył, że "Zarobionego pola mało co mają, bo lud jest
leniwy do roboty, każdy z nich chce nazywać się kawallierem, a nie gospodarzem"
("Dyjariusz podróży hiszpańskiej…", oprac. B. Rok, Wrocław 1998, s. 137).
Podobne komentarze pojawiają się i obecnie w związku z niepokojącym
strukturalnym charakterem hiszpańskiego bezrobocia i jego reperkusji w wymiarze
społecznym. Od lat zwracano uwagę na pewien aspekt psycho-ekonomiczny typowy dla
tego kraju. Hiszpanie, a zwłaszcza ludzie młodzi nie poszukują pracy (trabajo),
ale miejsca pracy (puesto de trabajo). Za najpewniejszą drogę zawodowej i
życiowej stabilizacji uważa się zatrudnienie w administracji państwowej. Każdego
roku ogłaszane są konkursy (tzw. oposiciones), w wyniku których rosną
biurokratyczne zastępy tzw. funcionarios – urzędników państwowych, w praktyce
nieusuwalnych i pełniących swe funkcje dożywotnio. Ci Hiszpanie więc mają
zapewnione: miejsce pracy, stałe dochody i ogólne poczucie bezpieczeństwa.
Tymczasem wszyscy pozostali, a jest ich zdecydowana większość, pracują w
sektorze prywatnym bądź szukają pracy, o którą coraz trudniej. Najbliższe
miesiące pokażą, czy rzeczywiście Hiszpania wychodzi na prostą (czego, rzecz
jasna, należy jej życzyć), czy też podąży drogą Irlandii, Grecji lub Portugalii.
Taki scenariusz oznaczałby jednak poważne problemy dla strefy euro i całej Unii
Europejskiej.

 

Prof. Cezary Taracha
 

Autor jest kierownikiem Katedry Historii i Kultury Krajów
Języka Hiszpańskiego KUL.

drukuj