Inflacja sławy
Hollywood. Który spośród tak zwanych celebrytów o nim nie marzy? I oto
jestem w samym centrum tej dzielnicy, u stóp schodów, na które po czerwonym
suknie wstępują uczestnicy uroczystości wręczania Oscarów. Niedaleko stąd są
płyty, gdzie na płynnym jeszcze cemencie odcisnęły swoje dłonie i stopy
największe sławy światowego kina: Marylin Monroe, Jack Nicholson, Natalie Wood
czy Gregory Peck.
A w chodniku obok, jedna za drugą, jedna za drugą – wtopione w chodnikowe
płyty gwiazdy z nazwiskami gwiazd. Wydawać by się mogło, że zarówno te płyty,
jak i te gwiazdy to wielkie wyróżnienie. I taka zapewne intencja przyświecała
inicjatorom tego pomysłu – ale wyróżnionych stale przybywa, stale przybywa
odciśniętych w niezastygłym cemencie dłoni, a na chodniku – gwiazd z nazwiskami.
Rosnący tłum, ciżba wyróżnionych. Jakże jednak można być wyróżnionym w ciżbie?
Jakież to wyróżnienie, kiedy wszyscy oni wydają się do siebie podobni, wszyscy
wydają się typowi ze swoimi wielokrotnymi małżeństwami, ze swoimi skandalami, ze
swoimi poglądami? Są tacy sami jak młodzieżowi nonkonformiści, którzy na znak
nonkonformizmu noszą takie same glany, takie same czarne kurtki, takie same
"pieszczochy", takie same ćwieki w nosie lub uszach i oczywiście – takie same
poglądy.
Na chodniku Murzyn wystylizowany na Jimiego Hendriksa szarpie struny gitary i
wykrzykuje do mikrofonu jakieś słowa, które skutecznie zniekształca zdezelowany,
charczący głośnik, obok dziewczyna rozdaje przechodniom ulotki zalecające
zbadanie sobie współczynnika inteligencji, kilku mężczyzn w nieokreślonym wieku
żebrze, grupy młodych ludzi tam SĄ, najwyraźniej zadowolone i dumne ze swojej
obecności w tym miejscu, a przez tłum przeciskają się turyści zatrzymujący się
niekiedy przy straganach, takich samych i z towarami podobnymi do tych, jakie u
nas sprzedaje się na odpustach… Światowa stolica przemysłu rozrywkowego nie
zapiera tchu, chociaż nietrudno się domyślić, że każdego dnia przybywają tam
coraz to nowe i nowe rzesze ambicjonerów w nadziei, że gwiazda z ich nazwiskiem
dołączy do legionu innych gwiazd z nazwiskami ludzi, którzy przeminęli, podobnie
jak ich sława. To zadziwiające połączenie luksusu i tandety urasta do rangi
symbolu współczesnego przemysłu rozrywkowego, który najwyraźniej cierpi na
galopującą inflację idei, podobną do tej, jakiej podlegają gwiazdy umieszczone
na chodniku. Tylko tyle? Konfrontacja wyobrażenia z rzeczywistością zawsze
wywołuje poczucie pewnego rozczarowania, chociaż trzeba powiedzieć, że taki,
dajmy na to, Paryż lepiej się przed tym broni. Inna rzecz, że tamtejszą tradycję
i estetykę kształtowały inne gusta, trochę bardziej wyrafinowane niż tutejsze –
chociaż oczywiście dzisiaj i z tamtych niewiele już się zachowało. Tak widocznie
musi być, gdy arystokratów i dżentelmenów wypierają grandziarze, handełesy i
celebryci. Wprawdzie też mają jedwabne koszule, a nawet kalesony, ale to jakoś
nie chce przekładać się na wyrafinowanie. No bo, powiedzmy sobie szczerze,
jakiego wyrafinowania można spodziewać się po celebrycie, który sławny jest z
tego, że jest sławny?
Stanisław Michalkiewicz
