Gra o in vitro

Sejm ma wrócić do debaty nad in vitro, choć jest mało prawdopodobne, żeby
w tej kadencji przegłosowany został projekt przyjęty na posiedzeniu Komisji
Zdrowia oraz Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Jak ustalił "Nasz Dziennik",
kierownictwo Platformy Obywatelskiej skłania się ku temu, by temat in vitro
"żył" podczas kampanii wyborczej, głównie po to, by utrzymać przy PO liberalny
elektorat. Dla Donalda Tuska in vitro może się też stać jednym z tematów, który
zagłuszy raport komisji ministra Jerzego Millera na temat katastrofy
smoleńskiej.

W tym tygodniu prezydium Sejmu ma ogłosić, projekty których ustaw będą jeszcze
przedmiotem prac w parlamencie podczas ostatnich posiedzeń przed końcem
kadencji. Z powodu braku czasu ważą się także losy projektu ustawy o in vitro,
przyjętego przez połączone sejmowe komisje: Zdrowia oraz Polityki Społecznej i
Rodziny. Przypomnijmy, że po poprawkach projekt nowelizacji ustawy
transplantacyjnej dopuszcza tworzenie i zamrażanie zarodków, a ponadto daje
prawo do skorzystania z in vitro nie tylko parom (pod tym pojęciem rozumie się
zarówno małżeństwa, jak i konkubinaty), co otwiera drogę do sztucznego
zapłodnienia osobom pozostającym w układach homoseksualnych. Przepadł za to
projekt Bolesława Piechy (PiS) penalizujący in vitro – to było praktycznie
przesądzone od początku, bo mało kto w PO miał takie samo zdanie jak poseł
Piecha.
Jeszcze niedawno Donald Tusk i jego najbliżsi współpracownicy skłaniali się ku
temu, żeby w tej kończącej się kadencji nie zajmować się już więcej sprawą in
vitro na posiedzeniu plenarnym Sejmu. Premier uważał, że lepiej będzie unikać
tzw. kontrowersyjnych tematów, aby nie podnosić temperatury kampanii wyborczej i
nie zmuszać Platformy do zajmowania jednoznacznego stanowiska w takich
kwestiach. Teraz jednak szef rządu dostrzegł korzyści, jakie może w czasie
kampanii odnieść PO, jeśli sprawa sztucznego zapłodnienia pojawi się jako
istotny element debaty publicznej. Jego doradcy przekonują, że partia o
liberalnym profilu, jakim jest Platforma, nie może sobie "odpuścić" sprawy in
vitro.
Jeden problem Tuskowi już udało się rozwiązać. W Platformie powstały dwa obozy:
jeden popierał projekt ustawy o in vitro przygotowany przez poseł Małgorzatę
Kidawę-Błońską, drugi optował za projektem posła Jarosława Gowina.
Kidawa-Błońska ma w partii większe poparcie, bo i sam Donald Tusk już w tamtym
roku orzekł, że jej projekt jest lepszy, bardziej mu odpowiada i w tym kierunku
powinny zmierzać prace nad sejmową ustawą. Pozycja Kidawy-Błońskiej w PO zaczęła
rosnąć, a Gowina maleć, więc siłą rzeczy łatwiej jej było i z tego powodu
gromadzić poparcie. Nie bez znaczenia jest i to, że większość klubu Platformy ma
jednak liberalne poglądy i dlatego tak umiarkowany polityk jak Jarosław Gowin
uchodzi w tym środowisku na tle innych posłów i senatorów za konserwatystę.
Mimo to przewodniczący PO obawiał się, że kwestia in vitro może za bardzo
skonfliktować klub parlamentarny i dlatego nakazał wyhamowanie prac nad ustawą.
Z pozoru tylko sporym zaskoczeniem było to, że Platforma, która ma większość w
obu komisjach, poparła projekt posła Marka Balickiego (SLD), najdalej idący w
kwestii in vitro, a nie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jednak – jak przekonywała
poseł Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO) – to, co wyszło z komisji, jest mocno
zmienionym projektem Balickiego, do którego dopisano niektóre punkty zawarte w
projekcie Kidawy-Błońskiej. Jak wyjaśnia nam jeden z posłów Platformy, taka
sytuacja jest wygodna dla Tuska, bo ma spokój w partii. – Projekt Balickiego, z
poprawkami, jest wyjściowy i każdy poseł z PO – a więc zarówno zwolennicy
projektu Gowina, jak i Kidawy-Błońskiej – będzie mógł do niego składać poprawki
i nie będzie mógł się skarżyć, że jego zdanie zostało zignorowane – wyjaśnia
parlamentarzysta. I podkreśla, że dla premiera przekaz, iż "posłowie przyjęli
projekt Balickiego", jest korzystny jeszcze z innego powodu. – Odbieramy broń z
arsenału wyborczego SLD. Lewica nie będzie mogła nam zarzucić, że nie chcemy in
vitro, ale jednocześnie będziemy robić wszystko, aby ten projekt zmienić tak,
aby stał się podobny do naszego – wyjaśnia poseł.
Jednocześnie do wyborców mających konserwatywne poglądy będzie puszczony
przekaz, że PO robi wszystko, aby "złagodzić zbyt liberalny projekt Balickiego".
– Przygotuję poprawki, które całkowicie zmienią ten projekt – zapowiada już
teraz poseł Jarosław Gowin. Takie poprawki mają też spowodować, że w zamyśle
liderów PO rząd będzie mniej krytykowany za in vitro przez Kościół katolicki.
"Popatrzcie: Balicki, SLD i posłowie chcą prawa liberalnego, a my jednak je
zaostrzymy, dojdziemy do kompromisu, który może nie jest idealny, ale jest
lepszy niż ustawa lewicy" – tak strategię swoich liderów tłumaczy senator PO.

Mówmy, ale nic nie róbmy
Donald Tusk i Platforma przyjęli w kwestii in vitro taktykę stosowaną z
powodzeniem w przypadku innych spraw: temat ma być dyskutowany, omawiany,
analizowany, ale przed wyborami nie podejmujemy żadnych wiążących decyzji. Czyli
jednym słowem: dużo gadania, mało robienia. Już kilka tygodni temu w Platformie
zapadła decyzja, żeby nie głosować w Sejmie nad żadnym projektem, co nie
przeszkadza temu, aby posłowie odbyli debatę o in vitro i odesłali komisyjny
projekt znowu do komisji. I na tym praca parlamentu by się zakończyła, a premier
zwolennikom in vitro mógłby mówić, że PO sprawę podjęła i wróci do niej po
wyborach. Świadomość braku czasu mają także posłowie ze wszystkich ugrupowań. –
Nikłe są szanse, aby projekt ustawy w sprawie in vitro został przyjęty przez
parlament tej kadencji – nie ma wątpliwości Stanisław Żelichowski,
przewodniczący klubu PSL. Podobna była opinia marszałka Sejmu Grzegorza
Schetyny, który jednak sprawy nie rozstrzygał definitywnie. Gdyby bowiem
posłowie się zmobilizowali, mogliby w szybkim tempie przegłosować nowe prawo, bo
procedura legislacyjna taką możliwość daje. Potem ustawa szybko poszłaby do
Senatu, a stamtąd do prezydenta. Pod warunkiem, że PO w zdecydowanej większości
opowiedziałaby się za ustawą, a to nie jest takie pewne.
– Raczej się na to nie zdecydujemy. In vitro wywołuje tak wielkie emocje, że nie
sądzę, aby teraz, w błyskawicznym tempie posłowie chcieli podnosić ręce za taką
ustawą. Choćby właśnie z tego powodu, że weszlibyśmy w ostry konflikt z
Kościołem, a przecież niektórzy biskupi grożą nawet ekskomuniką – wyjaśnia
polityk Platformy. Marszałek Schetyna przyznał z kolei, że nie tylko wśród
posłów PiS, ale także w PO i PSL jest tak wielu przeciwników ustawy, która
wyszła z komisji, że gdyby doszło do głosowania, to z pewnością większość izby
byłaby przeciw.
Jeden z posłów PO dodaje, że był taki moment, gdy wydawało się, że premier da
ustawie o in vitro "zielone światło" i pomoże jej zdobyć większe poparcie w
klubie. Było to wtedy, gdy obiecywał, że "nie będzie klękał przed księżmi".
Jednak szef rządu wie, że na antykościelnej kampanii daleko się nie zajedzie, a
jawne opowiedzenie się przeciwko nauce Kościoła mogłoby go dużo kosztować w
czasie wyborów. Woli więc poczekać.

Temat zastępczy
Temat in vitro będzie można podjąć jednak w każdej chwili, jeśli będzie się to
PO i rządowi opłacało. Marszałek Grzegorz Schetyna zapewniał, że jego partii nie
zależy na "wojnie o in vitro", ale poseł PO, mający dobre relacje z bliskimi
współpracownikami szefa rządu, nie kryje obaw, że "wojna o in vitro" może jednak
zostać wywołana np. po to, aby zastąpić dyskusję o raporcie komisji Millera na
temat katastrofy smoleńskiej. Odwlekanie przez premiera jego ogłoszenia nie jest
dziwne, jeśli uzmysłowimy sobie, że Tusk nie ma jeszcze pomysłu, jak osłabić
jego wymowę. To znaczy, żeby być bardziej precyzyjnym – pomysł jest, tylko
trwają dyskusje, jaki temat zastępczy będzie najlepszy, żeby zagłuszyć raport.
Atakowanie PiS, szukanie tam różnych "afer", może nie wystarczyć. Aborcja też
odpada, bo – jak wynika z badań socjologicznych – Polacy mają coraz większą
świadomość, czym jest przerywanie ciąży, że jest to zabicie poczętego dziecka. I
dlatego podjęcie już teraz decyzji o odrzuceniu projektu społecznego w sprawie
bezwzględnego zakazu aborcji byłoby nie na rękę Platformie. Ale już in vitro
jest postrzegane przez wielu Polaków pozytywnie, jako pomoc niesiona przez
lekarzy ludziom, którzy z różnych powodów nie mogą się doczekać potomstwa. To w
znacznym stopniu skutek wieloletniej manipulacji treściami pytań zawartych w
ankietach. I na tej niewiedzy politycy mogą bazować. Oczywiście, ta kwestia
także wywoła spory społeczny oddźwięk i właśnie na tym może zależeć Donaldowi
Tuskowi: in vitro ma się stać gorącym tematem dyskusji Polaków, ciągle
niezakończonym, tak aby raport komisji Millera stał się w tych warunkach sprawą
drugorzędną. Premier w takich "zmianach narracji" jest już zaprawiony i nieraz
były one skuteczne, zresztą akurat w tej kwestii będzie mógł liczyć też na
szczere poparcie większości mediów, które rozniecą debatę o in vitro i będą ją
kontynuować przez całą kampanię wyborczą, a raportowi o Smoleńsku poświęcą
zdecydowanie mniej uwagi. A na pewno nie zajmą się jego dogłębną analizą.
 

Krzysztof Losz

drukuj