Generał Anodina melduje

Ustalenie widoczności i kierunku wiatru na miejscu katastrofy polskiego
Tu-154M na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj zajęło rosyjskiemu MAK ponad trzy
miesiące. Ale to jeszcze nic. Prawdziwym hitem jest fakt, że dane o prędkości i
kierunku wiatru podane wczoraj są inne niż te ujęte w stenogramie z nagrań VCR
tupolewa, sporządzonym przez tę samą instytucję. "O godz. 10.41 warunki
atmosferyczne były następujące: wiatr przy gruncie 110-130 stopni, prędkość
wiatru 2 m/s" – brzmi ostatni komunikat. A w stenogramie datowanym 2 maja br.
można przeczytać: "Kontrola lotów: 'Lądowanie dodatkowo 120 – 3 metry’", czyli
kierunek wiatru 120 stopni, prędkość 3 m/s.

Warunki atmosferyczne na lotnisku w Smoleńsku nie spełniały 10 kwietnia wymogów
lądowania – taką, nienową, rewelację odgrzał na swojej stronie internetowej
moskiewski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. MAK obwieścił zakończenie "analizy
warunków atmosferycznych i stopnia poinformowania" załogi Tu-154M o pogodzie.
Szkopuł w tym, że zadanie przekazania danych meteorologicznych było obowiązkiem
Rosjan. Rosja, nie przekazując stronie polskiej niezbędnych danych o lotnisku i
danych meteorologicznych, złamała artykuł 8 umowy polsko-rosyjskiej z 14 grudnia
1993 roku. Ale tego w raporcie generał Tatiany Anodiny nie przeczytamy.
MAK po raz kolejny z lubością podkreśla, jakoby załoga polskiego samolotu
rządowego była źle przygotowana do lotu, bo tupolew miał rzekomo wylecieć z
Warszawy bez prognozy i dokładnej informacji o faktycznym stanie pogody na
lotnisku Smoleńsk Siewiernyj.
"Próba podejścia do lądowania odbywała się w bardzo trudnych warunkach
meteorologicznych, o których załoga była cały czas terminowo informowana podczas
schodzenia do lądowania" – czytamy w komunikacie MAK. Komitet twierdzi także,
jakoby w tym czasie załoga polskiego samolotu rządowego była systematycznie
informowana o "pogarszaniu się warunków meteorologicznych", co też było możliwe
dzięki rzekomej "organizacji obserwacji meteorologicznych na lotnisku w
Smoleńsku". O niekorzystnych warunkach miała informować pilotów także załoga
Jaka-40, która wylądowała w Smoleńsku kilkadziesiąt minut wcześniej. "Warunki
pogodowe na lotnisku w Smoleńsku nie spełniały wymogów lądowania, o czym załogę
wielokrotnie ostrzegał organ kontroli ruchu powietrznego oraz polska załoga
Jaka-40, która wcześniej wylądowała na lotnisku w Smoleńsku" – pisze MAK.
Sugestia, jakoby załoga była o pogodzie "niejednokrotnie informowana", jest
nadużyciem. Dlaczego? Ze stenogramu, który sporządził MAK, wynika, że piloci
Tu-154M przez kontrolę lotów byli informowani zaledwie dwa razy! – To ewidentna
próba zrzucenia odpowiedzialności za wykonanie podejścia do lądowania na załogę,
tymczasem na kontroli lotów spoczywał niezaprzeczalny obowiązek zamknięcia
lotniska – twierdzą piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik".
Dlaczego wieża w Smoleńsku nie zdecydowała o zamknięciu lotniska, skoro – jak
dowodzi – na bezpieczne przyjęcie samolotu nie pozwalała pogoda? To przecież
rosyjski kontroler lotów płk Paweł Plusnin odpowiadał za bezpieczeństwo
lądowania. Nie podejmując decyzji o zamknięciu lotniska, skazał tym samym załogę
i pasażerów polskiego samolotu rządowego na zgubę. – Wieża powinna wydać
komunikat o złych warunkach pogodowych, powiedzieć to wprost i zamknąć lotnisko
– twierdzi nasz rozmówca. Sam Plusnin przyznał w jednym z wywiadów, iż chcąc
odwieść kapitana Arkadiusza Protasiuka od decyzji o lądowaniu, podawał mu błędne
dane pogodowe. Chodziło m.in. o zaniżanie widoczności z rzeczywistych 800 metrów
do 400 metrów. – Paweł Plusnin miał prawo i obowiązek zamknięcia lotniska
natychmiast po spadku widoczności do 800 m, następnie po nieudanych podejściach
Iła-76, dalszym spadku widoczności najpierw do 400, a potem 200 metrów. Wieża,
nie zamykając lotniska i nie kierując Tu-154 na lotnisko zapasowe, złamała prawo
– mówią piloci. Zamknięcie lotniska w niesprzyjających warunkach pogodowych
przewidują zarówno rosyjskie przepisy wojskowe, jak i międzynarodowe przepisy
prawa lotniczego.
MAK stwierdza, że "wylot samolotu z Warszawy nastąpił bez znajomości prognozy i
stanu faktycznego pogody na lotnisku docelowym". "Załoga tych dokumentów nie
otrzymała" – napisano. Tymczasem jak wynika z artykułu 8 umowy polsko-rosyjskiej
z 14 grudnia 1993 roku dotyczącego lotów wojskowych, odpowiedzialność za
niedostarczenie stronie polskiej dokładnych danych pogodowych ponosi nie kto
inny jak strona rosyjska. W dokumencie tym czytamy bowiem: "Przy lądowaniu
wojskowych statków powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej na lotniskach
wojskowych Federacji Rosyjskiej oraz wojskowych statków powietrznych Federacji
Rosyjskiej na lotniskach wojskowych Rzeczypospolitej Polskiej Strony zobowiązują
się świadczyć następujące usługi: a) bezpłatnie: przekazywanie niezbędnych
danych o lotniskach wojskowych; przekazywanie planów lotów, przekazywanie danych
meteorologicznych; wykorzystanie wojskowych systemów nawigacyjnych na trasie
lotu, przy starcie i lądowaniu; postój statku powietrznego".

MAK wyraźnie sobie kpi
Ponadto podane w poniedziałek – rzekomo nowe – informacje są niczym innym jak
potwierdzeniem wcześniejszych doniesień. Chociażby raportu z 19 maja, w którym
czytamy, iż: "W procesie przygotowania do lotu załoga otrzymała za pokwitowaniem
dane meteorologiczne, które obejmowały faktyczną pogodę i prognozę na lotnisku
odlotu, na lotniskach zapasowych, a także prognozę pogody na trasie lotu.
Faktycznych informacji pogodowych i prognozy na lotnisku docelowym Smoleńsk
Siewiernyj załoga nie miała". – Wszystkie opublikowane przez MAK na stronie
internetowej informacje są więc już świetnie znane i robienie z nich "nowości"
jest po prostu kpiną. Tak samo jak fakt, że przez ponad trzy miesiące MAK
ustalał widoczność i kierunek wiatru na miejscu katastrofy.
W komunikacie MAK czytamy: "O godz. 10.41 warunki atmosferyczne były
następujące: wiatr przy gruncie 110-130 stopni, prędkość wiatru 2 m/s,
widoczność 300-500 m, mgła, zachmurzenie 10 stopni warstwowe, dolna granica
40-50 m, temperatura: plus 1, plus 2 stopnie C". Tymczasem w stenogramie z
nagrań VCR polskiego tupolewa autorstwa tej samej instytucji mamy inne dane. Oto
fragment stenogramu: "Kontrola lotów: 'Lądowanie dodatkowo 120 – 3 metry’".
Czyli kierunek wiatru podano bardzo konkretnie: 120 stopni. Prędkość wiatru
sprzeczna z rosyjskimi danymi, bo nie 2, lecz 3 m/s.
Remigiusz Muś: "Arek, teraz widać 200". Oznacza to, że widoczność – wbrew
najnowszym, lecz wciąż szczątkowym rosyjskim ustaleniom – wynosi nie 300-500 m,
lecz zaledwie 200 metrów. Remigiusz Muś potwierdził później, że właśnie to miał
na myśli. – Nasuwa się pytanie, co w takim razie przez te 3 miesiące zrobili
Rosjanie, skoro do dzisiaj nie są w stanie podać dokładnie, jaka była pogoda –
mówią nasi eksperci.

Co ma piernik do wiatraka?
W dodatku MAK zaznacza, że "pogoda na lotniskach w Mińsku i Moskwie pozwalała 10
kwietnia na bezpieczne lądowanie". A przecież pogoda w Moskwie nie ma w tym
względzie kompletnie żadnego znaczenia, ponieważ wyznaczonymi lotniskami
zapasowymi były Mińsk i Witebsk, nie zaś żadna Moskwa. Tymczasem o tym, jaka
pogoda była 10 kwietnia w Witebsku, MAK już nie wspomina. Stwierdza, że podobne
"niedociągnięcia", polegające na "braku danych meteorologicznych na lotnisku
docelowym", można było odnotować także 7 kwietnia br., czyli gdy do Smoleńska
leciał premier Donald Tusk.
MAK poinformował także, że trwa obecnie analiza raportu końcowego materiałów
otrzymanych od amerykańskiej firmy producenckiej na temat oceny informacji
zapisanych przez pokładowy system ostrzegania przed zderzeniem TAWS oraz
znajdujące się w Tu-154M pokładowe komputery FMS.
 

Marta Ziarnik

drukuj