Europa według euro

Jako analityk finansowy nauczyłem się kategorycznie rozróżniać to, co
jest i co powinno być. Fakt, że euro, które już raz miało uratować Europę, teraz
samo potrzebuje pomocy, nie oznacza jeszcze, że wkrótce zniknie. Politycy nie
mają w zwyczaju przerywać nieudanych eksperymentów. Jeśli euro nie jest
dopasowane do Unii Europejskiej, to właśnie Unia musi być zmieniana tak długo,
aż będzie pasowała do europejskiej waluty. Syntetyczny, niemający pokrycia i
dający się dowolnie pomnażać pieniądz, jakim jest euro, można bardzo długo
podtrzymywać przy życiu jak pacjenta na oddziale intensywnej terapii. W razie
potrzeby Europejski Bank Centralny może za "miliony bilionów euro" zakupić
obligacje skarbu państwa, tak jak to niedawno zaproponował brytyjski "The
Economist". Wtedy Grecja nie będzie musiała wracać do drachmy, bo to euro nią
będzie.

Chciałbym jednak uniknąć spekulowania i zamiast tego opowiedzieć najpierw o tym,
co zamierza zrobić niemiecki rząd. Inna sprawa, czy jest w stanie przeforsować
swoje plany, czy nie. To zależy przede wszystkim od Francji. W każdym razie –
ujmując powyższe nieco inaczej – możliwe rozwiązania rozważane w urzędzie pani
kanclerz sprowadzają się do tego, aby to rzeczywistość dopasować do waluty, a
nie odwrotnie. Utrzymanie waluty staje się celem samym w sobie. Te plany
zmierzają do wprowadzenia swego rodzaju finansowej eurodyktatury.

Niemiecki dozorca
Katalog działań, nad którym obecnie pracują najbliżsi doradcy Angeli Merkel,
przewiduje: surowe reguły zadłużeniowe, których złamanie będzie karane;
centralny nadzór nad polityką finansową i gospodarczą państw strefy euro;
rezygnację z suwerenności zaangażowanych narodów; wprowadzenie przymusowej
administracji w krajach, które tak jak Grecja nie przestrzegają przepisów;
ujednolicenie systemów podatkowych i socjalnych, ewentualnie nawet wspólne
ubezpieczenia dla bezrobotnych. Słowem: centralizacja i sterowanie za pomocą
gospodarki zamiast suwerenności i konkurencji. To doprowadziłoby do tego, że
narody eurolandu będą miały mniej praw niż kantony w Szwajcarii. Pytanie tylko,
kto na samym końcu obejmie Niemcy przymusową administracją.
Czymś niedobrym jest według mnie to, że niemiecki rząd przyjmuje rolę
europejskiego dozorcy. Wątpię jednak, czy uda mu się to zrealizować. W każdym
razie istnieje taki zamiar. Zresztą w niemieckiej dyskusji zupełnie przeoczono
fakt, że także Francja zaraz po Niemczech bawi się w skarbnika ze swoimi 20,4
proc. poręczeń i wpłat gotówkowych do – będącego permanentnym funduszem
ratunkowym – Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego. Jak długo Francuzi będą
brali w tym udział, mogą Państwo sami lepiej ocenić, będąc tutaj, w Lyonie.
Musi być jakieś wyjście z tego płonącego domu bez drzwi, bo tak można by opisać
strefę euro. Istnieją następujące możliwości:
Pierwszą z nich jest propozycja Hans-Olafa Henkela, byłego szefa Związku
Niemieckiego Przemysłu (DBI). Opowiada się on za podziałem strefy euro na strefę
północną i południową. Mam sceptyczny stosunek do tego pomysłu, ponieważ od razu
nasuwa się pytanie, do której strefy powinna należeć Francja. Tym samym doszłoby
do dużej awantury między Berlinem i Paryżem, której nikt sobie nie życzy.
Eleganckim rozwiązaniem problemu byłoby wystąpienie Niemiec ze strefy euro.
Wtedy nastąpiłaby rewaloryzacja nowej niemieckiej marki, koniunktura
niemieckiego rynku wewnętrznego wzmocniłaby się kosztem gospodarki eksportowej,
bank federalny kupiłby euro, przez to wsparłby euro i zahamował nadmierną
rewaloryzację niemieckiej marki, a Niemcy – nawiasem mówiąc – mieliby możliwość
utworzenia według wzoru chińskiego funduszu państwowego, do którego wpływałyby
nadwyżki z eksportu oraz dochody z interwencji na rynkach dewizowych. Francja i
inne państwa strefy euro nie musiałyby nic robić. Dewaluacja, której tak
potrzebują, nastąpiłaby automatycznie.
Czy spotkałoby się to z akceptacją Paryża? Zakładając dojrzałość wzajemnych
relacji, nie można tego wykluczyć. W końcu w pierwszej połowie lat 90., kiedy
ówczesny Europejski System Walutowy znajdował się pod presją, Paryż wystąpił z
pomysłem, żeby Niemcy z własnej inicjatywy z niego wystąpili. Tym samym
rewaloryzacja marki niemieckiej zapobiegłaby dewaluacji innych walut. Ale ten
pomysł szybko wówczas upadł. Jednak szansa, że Berlin zdecyduje się na taki krok
w obecnych okolicznościach, jest równa zeru. W żadnym innym kraju europejskość
nie jest bowiem tak ważną częścią składową państwowej ideologii jak w Niemczech.

Ucieczka od euro
Za realistyczny uważam scenariusz, że w nadchodzących latach poszczególne
mniejsze państwa zaczną występować ze strefy euro, ponieważ nie będą więcej
chciały ponosić kosztów związanych z ratowaniem europejskiej waluty i nie będą
zgadzały się na dalszą utratę własnej suwerenności. Potencjalnymi kandydatami na
tej liście są Słowacja, Finlandia, Portugalia i z całą pewnością Grecja. Przy
czym chciałbym dodać, że przecenia się temat Grecji – a już na pewno w toczącej
się w Niemczech dyskusji. To prawda, euro doprowadziło to państwo do ruiny. Ale
nawet wyjście Grecji z eurolandu nie zmieniłoby diagnozy, że strefa euro to
wadliwa konstrukcja.
Odnośnie do koncepcji rozwiniętej przez prof. Wilhelma Hankela: słusznie uważa
on, że zasadniczym błędem euroeksperymentu jest utworzenie konstrukcji będącej
unią walutową, a nie unią kursu wymiany walut, a także nie ustalenie stałych cen
dla walut narodowych, ale ich zniesienie. Jego propozycja polega na utworzeniu
nowego, ulepszonego Europejskiego Systemu Walutowego, w którym zapisane będą
kursy walutowe, z tym że nie w sposób nominalny, ale realny, tzn. po
uwzględnieniu inflacji. Zaletą tego rozwiązania jest elastyczność, ponieważ
każdy członek ESW mógłby decydować sam o wysokości inflacji i zaciąganych długów
– nie powodując przy tym niebezpiecznych napięć i wahań, tak jak jest w
przypadku euro. Nie wiązałoby się to więc z koniecznością zniesienia euro.
Mogłoby być ono zachowane jako jednostka przeliczeniowa dla urzędów Unii
Europejskiej i narodowych banków emisyjnych. Czy taki system byłby w stanie
poprawnie funkcjonować? Moim zdaniem, tak.
I wreszcie moja propozycja pomyślana jako alternatywa dla jednostronnego
wystąpienia Niemiec ze strefy euro: uporządkowany, gruntownie wynegocjowany i
przygotowany powrót do walut narodowych w kombinacji z silnym euro przy
założeniu, że euro nigdy nie może zostać zdewaluowane. Dewaluacji mogłyby
podlegać tylko waluty narodowe. Jeśli Europejski Bank Centralny lub Europejski
Fundusz Walutowy wprowadziłyby w obieg silne euro poprzez zakup walut
narodowych, wówczas – ogólnie rzecz biorąc – ilość pieniędzy w obiegu nie
powodowałby rozdęcia Europejskiego Systemu Walutowego – zmieniłby się tylko
skład zgromadzonych w nim środków. Takie silne euro stanowiłoby poważną
alternatywę i konkurencję dla dolara amerykańskiego – a czegoś takiego
Europejczycy życzyli sobie od zawsze.
Taka koncepcja została zaproponowana już w pierwszej połowie lat 90. przez
angielskiego szefa rządu Johna Majora. Także Deutsche Bundesbank (Bank Centralny
Republiki Federalnej Niemiec), który za czasów Karla Otto Pöhla odrzucił
przyjęte w Maastricht euro, mógłby się z takim rozwiązaniem pogodzić.

Jak omlet zamienić w jajko?
I jeszcze uwaga końcowa: nieporównywalnie trudniej jest rozwiązać unię walutową
i zastąpić czymś lepszym, aniżeli ją utworzyć. Mimo to niezbyt trafione jest
porównanie z omletem, którego nie można z powrotem przekształcić w jajko. Bo
niesmaczny omlet z powodzeniem można wyrzucić i przygotować nowy posiłek.
Sytuacja, w której się znajdujemy, jest skomplikowana z powodu ścisłego
powiązania pomiędzy zadłużeniem państw, bilansami banków i Europejskim Bankiem
Centralnym, a także ze względu na zależności w obrębie krajów należących do
systemu euro, jeśli się pomyśli, że roszczenia Deutsche Banku wobec innych
narodowych banków emisyjnych krajów, w których przyjęto euro, opiewają na
astronomiczną kwotę 340 miliardów. Nie możemy się łudzić, przecięcie tego węzła
gordyjskiego byłoby trudne i ryzykowne.
Wystąpienie ze strefy euro i niewypłacalność Grecji jeszcze bardziej wzmocniłyby
niemieckie i francuskie banki. Musimy mieć świadomość, że ewentualny powrót
państw UE do walut narodowych oznacza, że niejeden niedoinwestowany duży bank
europejski znalazłby się na skraju bankructwa. A taka sytuacja nie byłaby
przyjemna. Wtedy takie banki musiałyby zostać dofinansowane i upaństwowione, aby
mógł zostać podtrzymany obrót płatniczy. Potem znów by je sprywatyzowano.
Państwo musiałoby objąć gwarancją udziały klientów, ale zobowiązania między
bankami już nie.
W niewątpliwym ryzyku kryje się jednocześnie szansa polegająca na przekłuciu tej
finansowej bańki i uzdrowieniu systemu. Podam dwie liczby: globalna, nominalna
wartość derywatów (kontraktów finansowych) opiewa na 600000 miliardów dolarów,
czyli wielokrotność rocznego wyniku wypracowanego przez światową gospodarkę. Z
tego 59000 miliardów, a więc prawie jedna dziesiąta, przypada na jedynego
globalnego gracza – Deutsche Bundesbank. Czy jest nam to potrzebne? Oczywiście,
że nie. To może w dużej mierze zostać wyzerowane. W każdym razie kryzys
europejskiej waluty daje historyczną szansę nie tylko powrotu do porządku
walutowego, który ożywi Europę i przyniesie wzrost zamiast stagnacji i depresji,
ale również połączenia reformy walutowej z uzdrowieniem systemu finansowego.
Stwarza wreszcie szansę na zakończenie manii centralizacji i budowę Europy
ojczyzn, z której znowu będziemy mogli być dumni.

tłum. Bogusław Rąpała

 


Dr Bruno Bandulet (1942) – niemiecki publicysta ekonomiczny, doradca
finansowy oraz analityk międzynarodowych rynków walutowych i rynków metali
szlachetnych. Napisał m.in.: "Ostatnie lata euro", "Miejsce przestępstwa:
Bruksela – pieniądze, władza, biurokraci" oraz "Tajemniczy bank Goldmann Sachs".
Od 1979 r. jest wydawcą comiesięcznego serwisu informacyjnego "Gold & Money
Intelligence". Organizuje całodniowe seminaria finansowe, prowadzi wykłady w
kraju i za granicą. Jest zdecydowanym przeciwnikiem waluty euro.

Jako analityk finansowy nauczyłem się kategorycznie
rozróżniać to, co jest i co powinno być. Fakt, że euro, które już
raz miało uratować Europę, teraz samo potrzebuje pomocy, nie oznacza
jeszcze, że wkrótce zniknie. Politycy nie mają w zwyczaju przerywać
nieudanych eksperymentów. Jeśli euro nie jest dopasowane do Unii
Europejskiej, to właśnie Unia musi być zmieniana tak długo, aż
będzie pasowała do europejskiej waluty. Syntetyczny, niemający
pokrycia i dający się dowolnie pomnażać pieniądz, jakim jest euro,
można bardzo długo podtrzymywać przy życiu jak pacjenta na oddziale
intensywnej terapii. W razie potrzeby Europejski Bank Centralny może
za "miliony bilionów euro" zakupić obligacje skarbu państwa, tak jak
to niedawno zaproponował brytyjski "The Economist". Wtedy Grecja nie
będzie musiała wracać do drachmy, bo to euro nią będzie.

Chciałbym jednak uniknąć spekulowania i zamiast tego opowiedzieć
najpierw o tym, co zamierza zrobić niemiecki rząd. Inna sprawa, czy
jest w stanie przeforsować swoje plany, czy nie. To zależy przede
wszystkim od Francji. W każdym razie – ujmując powyższe nieco
inaczej – możliwe rozwiązania rozważane w urzędzie pani kanclerz
sprowadzają się do tego, aby to rzeczywistość dopasować do waluty, a
nie odwrotnie. Utrzymanie waluty staje się celem samym w sobie. Te
plany zmierzają do wprowadzenia swego rodzaju finansowej
eurodyktatury.

Niemiecki dozorca
Katalog działań, nad którym obecnie pracują najbliżsi doradcy Angeli
Merkel, przewiduje: surowe reguły zadłużeniowe, których złamanie
będzie karane; centralny nadzór nad polityką finansową i gospodarczą
państw strefy euro; rezygnację z suwerenności zaangażowanych
narodów; wprowadzenie przymusowej administracji w krajach, które tak
jak Grecja nie przestrzegają przepisów; ujednolicenie systemów
podatkowych i socjalnych, ewentualnie nawet wspólne ubezpieczenia
dla bezrobotnych. Słowem: centralizacja i sterowanie za pomocą
gospodarki zamiast suwerenności i konkurencji. To doprowadziłoby do
tego, że narody eurolandu będą miały mniej praw niż kantony w
Szwajcarii. Pytanie tylko, kto na samym końcu obejmie Niemcy
przymusową administracją.
Czymś niedobrym jest według mnie to, że niemiecki rząd przyjmuje
rolę europejskiego dozorcy. Wątpię jednak, czy uda mu się to
zrealizować. W każdym razie istnieje taki zamiar. Zresztą w
niemieckiej dyskusji zupełnie przeoczono fakt, że także Francja
zaraz po Niemczech bawi się w skarbnika ze swoimi 20,4 proc.
poręczeń i wpłat gotówkowych do – będącego permanentnym funduszem
ratunkowym – Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego. Jak długo
Francuzi będą brali w tym udział, mogą Państwo sami lepiej ocenić,
będąc tutaj, w Lyonie.
Musi być jakieś wyjście z tego płonącego domu bez drzwi, bo tak
można by opisać strefę euro. Istnieją następujące możliwości:
Pierwszą z nich jest propozycja Hans-Olafa Henkela, byłego szefa
Związku Niemieckiego Przemysłu (DBI). Opowiada się on za podziałem
strefy euro na strefę północną i południową. Mam sceptyczny stosunek
do tego pomysłu, ponieważ od razu nasuwa się pytanie, do której
strefy powinna należeć Francja. Tym samym doszłoby do dużej awantury
między Berlinem i Paryżem, której nikt sobie nie życzy.
Eleganckim rozwiązaniem problemu byłoby wystąpienie Niemiec ze
strefy euro. Wtedy nastąpiłaby rewaloryzacja nowej niemieckiej
marki, koniunktura niemieckiego rynku wewnętrznego wzmocniłaby się
kosztem gospodarki eksportowej, bank federalny kupiłby euro, przez
to wsparłby euro i zahamował nadmierną rewaloryzację niemieckiej
marki, a Niemcy – nawiasem mówiąc – mieliby możliwość utworzenia
według wzoru chińskiego funduszu państwowego, do którego wpływałyby
nadwyżki z eksportu oraz dochody z interwencji na rynkach
dewizowych. Francja i inne państwa strefy euro nie musiałyby nic
robić. Dewaluacja, której tak potrzebują, nastąpiłaby automatycznie.

Czy spotkałoby się to z akceptacją Paryża? Zakładając dojrzałość
wzajemnych relacji, nie można tego wykluczyć. W końcu w pierwszej
połowie lat 90., kiedy ówczesny Europejski System Walutowy znajdował
się pod presją, Paryż wystąpił z pomysłem, żeby Niemcy z własnej
inicjatywy z niego wystąpili. Tym samym rewaloryzacja marki
niemieckiej zapobiegłaby dewaluacji innych walut. Ale ten pomysł
szybko wówczas upadł. Jednak szansa, że Berlin zdecyduje się na taki
krok w obecnych okolicznościach, jest równa zeru. W żadnym innym
kraju europejskość nie jest bowiem tak ważną częścią składową
państwowej ideologii jak w Niemczech.

Ucieczka od euro
Za realistyczny uważam scenariusz, że w nadchodzących latach
poszczególne mniejsze państwa zaczną występować ze strefy euro,
ponieważ nie będą więcej chciały ponosić kosztów związanych z
ratowaniem europejskiej waluty i nie będą zgadzały się na dalszą
utratę własnej suwerenności. Potencjalnymi kandydatami na tej liście
są Słowacja, Finlandia, Portugalia i z całą pewnością Grecja. Przy
czym chciałbym dodać, że przecenia się temat Grecji – a już na pewno
w toczącej się w Niemczech dyskusji. To prawda, euro doprowadziło to
państwo do ruiny. Ale nawet wyjście Grecji z eurolandu nie
zmieniłoby diagnozy, że strefa euro to wadliwa konstrukcja.
Odnośnie do koncepcji rozwiniętej przez prof. Wilhelma Hankela:
słusznie uważa on, że zasadniczym błędem euroeksperymentu jest
utworzenie konstrukcji będącej unią walutową, a nie unią kursu
wymiany walut, a także nie ustalenie stałych cen dla walut
narodowych, ale ich zniesienie. Jego propozycja polega na utworzeniu
nowego, ulepszonego Europejskiego Systemu Walutowego, w którym
zapisane będą kursy walutowe, z tym że nie w sposób nominalny, ale
realny, tzn. po uwzględnieniu inflacji. Zaletą tego rozwiązania jest
elastyczność, ponieważ każdy członek ESW mógłby decydować sam o
wysokości inflacji i zaciąganych długów – nie powodując przy tym
niebezpiecznych napięć i wahań, tak jak jest w przypadku euro. Nie
wiązałoby się to więc z koniecznością zniesienia euro. Mogłoby być
ono zachowane jako jednostka przeliczeniowa dla urzędów Unii
Europejskiej i narodowych banków emisyjnych. Czy taki system byłby w
stanie poprawnie funkcjonować? Moim zdaniem, tak.
I wreszcie moja propozycja pomyślana jako alternatywa dla
jednostronnego wystąpienia Niemiec ze strefy euro: uporządkowany,
gruntownie wynegocjowany i przygotowany powrót do walut narodowych w
kombinacji z silnym euro przy założeniu, że euro nigdy nie może
zostać zdewaluowane. Dewaluacji mogłyby podlegać tylko waluty
narodowe. Jeśli Europejski Bank Centralny lub Europejski Fundusz
Walutowy wprowadziłyby w obieg silne euro poprzez zakup walut
narodowych, wówczas – ogólnie rzecz biorąc – ilość pieniędzy w
obiegu nie powodowałby rozdęcia Europejskiego Systemu Walutowego –
zmieniłby się tylko skład zgromadzonych w nim środków. Takie silne
euro stanowiłoby poważną alternatywę i konkurencję dla dolara
amerykańskiego – a czegoś takiego Europejczycy życzyli sobie od
zawsze.
Taka koncepcja została zaproponowana już w pierwszej połowie lat 90.
przez angielskiego szefa rządu Johna Majora. Także Deutsche
Bundesbank (Bank Centralny Republiki Federalnej Niemiec), który za
czasów Karla Otto Pöhla odrzucił przyjęte w Maastricht euro, mógłby
się z takim rozwiązaniem pogodzić.

Jak omlet zamienić w jajko?
I jeszcze uwaga końcowa: nieporównywalnie trudniej jest rozwiązać
unię walutową i zastąpić czymś lepszym, aniżeli ją utworzyć. Mimo to
niezbyt trafione jest porównanie z omletem, którego nie można z
powrotem przekształcić w jajko. Bo niesmaczny omlet z powodzeniem
można wyrzucić i przygotować nowy posiłek.
Sytuacja, w której się znajdujemy, jest skomplikowana z powodu
ścisłego powiązania pomiędzy zadłużeniem państw, bilansami banków i
Europejskim Bankiem Centralnym, a także ze względu na zależności w
obrębie krajów należących do systemu euro, jeśli się pomyśli, że
roszczenia Deutsche Banku wobec innych narodowych banków emisyjnych
krajów, w których przyjęto euro, opiewają na astronomiczną kwotę 340
miliardów. Nie możemy się łudzić, przecięcie tego węzła gordyjskiego
byłoby trudne i ryzykowne.
Wystąpienie ze strefy euro i niewypłacalność Grecji jeszcze bardziej
wzmocniłyby niemieckie i francuskie banki. Musimy mieć świadomość,
że ewentualny powrót państw UE do walut narodowych oznacza, że
niejeden niedoinwestowany duży bank europejski znalazłby się na
skraju bankructwa. A taka sytuacja nie byłaby przyjemna. Wtedy takie
banki musiałyby zostać dofinansowane i upaństwowione, aby mógł
zostać podtrzymany obrót płatniczy. Potem znów by je sprywatyzowano.
Państwo musiałoby objąć gwarancją udziały klientów, ale zobowiązania
między bankami już nie.
W niewątpliwym ryzyku kryje się jednocześnie szansa polegająca na
przekłuciu tej finansowej bańki i uzdrowieniu systemu. Podam dwie
liczby: globalna, nominalna wartość derywatów (kontraktów
finansowych) opiewa na 600000 miliardów dolarów, czyli wielokrotność
rocznego wyniku wypracowanego przez światową gospodarkę. Z tego
59000 miliardów, a więc prawie jedna dziesiąta, przypada na jedynego
globalnego gracza – Deutsche Bundesbank. Czy jest nam to potrzebne?
Oczywiście, że nie. To może w dużej mierze zostać wyzerowane. W
każdym razie kryzys europejskiej waluty daje historyczną szansę nie
tylko powrotu do porządku walutowego, który ożywi Europę i
przyniesie wzrost zamiast stagnacji i depresji, ale również
połączenia reformy walutowej z uzdrowieniem systemu finansowego.
Stwarza wreszcie szansę na zakończenie manii centralizacji i budowę
Europy ojczyzn, z której znowu będziemy mogli być dumni.

 

Dr Bruno Bandulet

tłum. Bogusław Rąpała

 


Dr Bruno Bandulet (1942) – niemiecki publicysta ekonomiczny, doradca
finansowy oraz analityk międzynarodowych rynków walutowych i rynków metali
szlachetnych. Napisał m.in.: "Ostatnie lata euro", "Miejsce przestępstwa:
Bruksela – pieniądze, władza, biurokraci" oraz "Tajemniczy bank Goldmann Sachs".
Od 1979 r. jest wydawcą comiesięcznego serwisu informacyjnego "Gold & Money
Intelligence". Organizuje całodniowe seminaria finansowe, prowadzi wykłady w
kraju i za granicą. Jest zdecydowanym przeciwnikiem waluty euro.

drukuj