Europa między chrześcijaństwem a lewicą
Genua 22 lipca 2001 r. – Rzym 16 października 2011 r. – te daty łączy
czerwono-czarna nić. Kolor czerwony – od przelanej krwi, kolor czarny – od dymu
pożarów wznieconych przez rebeliantów związanych z grupą Black Block.
W Genui, przy okazji spotkania grupy G8 w lipcu 2001 r., rewolucjoniści
podpalili miasto, co spowodowało straty liczone w milionach euro. Przemoc
manifestantów, nienawiść członków grupy Black Block, ich destrukcyjny szał
zmusiły Włochów do stanięcia oko w oko z rzeczywistością. A jest ona twarda i
niepokojąca: po "latach ołowiu" (1968-1980), kiedy walczący komunizm na próżno
próbował zniszczyć "system burżuazyjny", rewolucja na nowo "wyszła na ulice".
Dziesięć lat później, dokładnie 16 października 2011, w święto św. Małgorzaty
Alacoque – zostało podpalone inne miasto włoskie. Podczas manifestacji tzw.
Oburzonych w Rzymie rewolucjoniści zdewastowali całe dzielnice. Wtargnęli także
do kościoła świętych Marcelina i Piotra, gdzie zniszczyli niektóre przedmioty
kultu religijnego, między innymi krucyfiks i figurę Madonny z Lourdes. W ten
sposób szał rewolucyjny znalazł ujście w działaniach świętokradczych.
Reakcja świata katolickiego była natychmiastowa. Po proteście wikariusza
generalnego Rzymu ks. kard. Agostino Valliniego zareagował Watykan. Jego
rzecznik, ojciec Federico Lombardi, określił te wydarzenia jako "obrazę wiary".
Na terenie parafii, w której doszło do profanacji, została podjęta
wynagradzająca modlitwa różańcowa, która trwała przez cały tydzień. Na ręce
proboszcza, ojca Giuseppe Ciucciego, napłynęło tysiące listów z wyrazami
wsparcia i solidarności.
Nie wystarcza jednak modlić się i naprawiać szkody, musimy także wyciągnąć z
tego wydarzenia wnioski. I dlatego powinniśmy zastanowić się, z jakiego rodzaju
zjawiskiem mamy tu do czynienia.
Nowa rewolucja?
Bunt antyglobalistów, w ramach którego mieszczą się epizody przemocy w Genui,
stanowił pierwszą na wielką skalę manifestację tego, co brazylijski myśliciel
katolicki Plinio Corrůa de Oliveira nazywał "neorewolucją".
Właśnie przedrostek "neo" jest punktem wyjścia do refleksji. Mylił się ten, kto
widział w antyglobalistycznej kontestacji jedynie późną manifestację
marksizmu-leninizmu. Mylił się także ten, kto dopatrywał się w tym ruchu
spontanicznego przejawu niezadowolenia manifestowanego wobec pewnych
współczesnych tendencji. Mamy do czynienia z nowym cyklem procesu rewolucyjnego,
zawierającego pewne innowacje, ale kontynuującego w istocie idee poprzedników.
Mimo ogromnej różnorodności jądro ideologii rewolucyjnych jest zawsze to samo.
Jest nim idea "wyzwolenia" z jakiejś "opresyjnej" sytuacji. W marksizmie opresją
był głównie czynnik ekonomiczny, z pomocą którego burżuazja zapewniała sobie
sprawowanie władzy nad proletariatem. Opresje polityczne i społeczne były
postrzegane jako konsekwencje tego zjawiska.
Już od lat 30. myśliciele tacy, jak Antoni Gramsci, oraz przedstawiciele Szkoły
Frankfurckiej zaczęli rozwijać teorię dużo szerszą i bardziej wyrafinowaną, to
znaczy opresję kulturową. Zgodnie z tą teorią, burżuazja stosuje opresję wobec
proletariuszy nie tylko dlatego, że jest posiadaczem środków produkcji, ale
także dlatego, że stwarza ona dominującą kulturę. Nie zdając sobie z tego nawet
sprawy, proletariusze zmuszani są do życia w obrębie tkanki kulturowej
stworzonej przez klasy sprawujące władzę. Dotyczy to całego systemu wartości,
kryteriów i stylu życia, zorientowanych na utrzymanie status quo. W ten sposób,
jako że przedstawiciele burżuazji są "posiadaczami" proletariuszy w sensie
fizycznym – ponieważ korzystają z ich pracy – podobnie poprzez kulturę stają się
także "posiadaczami" ich umysłów. Kultura została zatem przekształcona w
instrument opresji sięgającej dużo głębiej i groźniejszej niż opresja
ekonomiczna, ponieważ ujarzmia samego ducha.
Zgodnie z tą perspektywą, "wyzwolenie" nie będzie pełne dopóty, dopóki
proletariat nie weźmie rozwodu z dominującą nad nim kulturą. A to może nastąpić
dopiero wraz z głęboką zmianą mentalności. Odrzucenie kultury opresyjnej i
nabranie wobec niej "świadomości krytycznej" w sposób naturalny będzie dążyło do
znalezienia ujścia na drodze rewolucji.
Kilka lat później teoretycy ruchów rewolucyjnych – tacy jak Wilhelm Reich i
Herbert Marcuse – zaczęli rozwijać ideę opresji moralnej. Zainspirowani
najbardziej radykalnym freudyzmem utrzymują, że człowiek ma prawo do
zaspokajania każdego swojego impulsu bez konieczności poddawania się
jakimkolwiek ograniczeniom. Są to tak zwani freudomarksiści.
Freudomarksistom nie wystarcza "wyzwolenie się" ze struktur ekonomicznych,
politycznych, społecznych i kulturowych. Stawiają sobie oni za cel
przeprowadzenie innej, dużo głębszej rewolucji: zniszczenia w człowieku całej
jego wewnętrznej hierarchii wartości, w świetle której wiara oświeca umysł,
który kieruje ludzką wolą, która z kolei sprawuje kontrolę nad sferą uczuciową.
Rewolucja ta postuluje radykalne wyzwolenie uczuciowości i instynktów z
wewnętrznych hamulców nałożonych im przez wieki kultury i cywilizacji,
postulujących dominację intelektu i woli nad instynktami. Stawia sobie zatem za
cel przeprowadzenie rewolucji, której zadaniem byłoby doprowadzenie do
zniszczenia instytucji reprezentujących w społeczeństwie ten porządek moralny –
począwszy od rodziny monogamicznej i nierozerwalnej, uważanej za źródło
wszystkich nerwic współczesnych czasów.
W konsekwencji jednym z głównych postulatów rewolucjonistów jest niczym
nieograniczona wolność seksualna. Ze swojej natury eksplozja uczuć, która
realizowanie tej wolności powoduje, wciąga w wir walki z każdą formą autorytetu
i "represji" wszystkie aktywności i stosunki międzyludzkie: w rodzinie, w pracy,
w szkole, w świecie ekonomii, kultury, polityki itd.
Ostatnio wiele mówi się o innej idei, szerszej i bardziej jeszcze mglistej:
opresji psychologicznej. Według niej, nawet w dobrobycie materialnym człowiek
współczesny jest dotknięty głębokim i przybierającym rozmaite formy bólem.
Przyczyn tego bólu można upatrywać w przesyceniu industrialnego społeczeństwa
techniką, która zaczęła naruszać naturalną równowagę, tworząc w konsekwencji
środowisko wrogie człowiekowi. Związane z tym są: stres, strach przed
genetycznie modyfikowaną żywnością, zniszczenie środowiska naturalnego czy
rozmaite formy nerwic, na które cierpią mieszkańcy wielkich miast.
Chęć "wyzwolenia się" z kolei z tego rodzaju cierpień prowadzi do
rozprzestrzeniania się praktyk wschodnich – takich jak np. joga. Ideom tym
ulegają np. przedstawiciele ruchów Zielonych, którzy w swoich
najradykalniejszych formach proponują wprost koniec nowoczesnej cywilizacji i
powrót do prymitywnych form życia, w celu odnalezienia na nowo równowagi
umysłowej i ekologicznej.
Wiele twarzy nowego "proletariatu"
Neorewolucja przekracza schematy marksistowskie, które do tej pory obejmowały
pole ekonomiczne, a zatem także polityczne i społeczne, aby radykalnie
kontestować wszystkie formy autorytetów i ich działań na polu prawa, moralności
i psychologii. W ten sposób wybucha rewolucja totalna.
Według scenariusza marksistowskiego, siłą napędową rewolucji powinni być przede
wszystkim proletariusze występujący przeciwko opresyjnemu społeczeństwu
kapitalistycznemu. W neorewolucji do tegoż proletariatu dołącza się pewien
rodzaj nowych "proletariuszy" socjo-kulturowych składających się z ludzi, którzy
– niezależnie od ich sytuacji ekonomicznej i społecznej, utożsamiają się z
którąś z grup dyskryminowanych na jakimś polu: moralnym, kulturalnym,
psychologicznym, rasowym, religijnym etc.
Zgodnie z tą filozofią, feministki będą się czuły dyskryminowane przez
"zmaskulinizowaną kulturę", homoseksualiści będą się czuli dyskryminowani przez
moralność chrześcijańską, imigranci przez "ksenofobię", osoby uzależnione od
narkotyków – przez prawo zakazujące ich posiadania, prostytutki – przez
odrzucenie ich przez społeczeństwo, mniejszości etniczne – przez "rasizm",
libertyni będą z kolei czuli się prześladowani przez społeczeństwo pełne reguł,
nudyści – przez "uprzedzenia burżuazyjne" itd.
"Oburzeni"
Obecnie, po kilku latach względnego spokoju, stajemy oko w oko z nową falą
rewolucji: tzw. ruchem "Oburzonych", od hiszpańskiego terminu: "indignados".
Nazwa ruchu pochodzi z opublikowanej w 2010 roku we Francji broszury
zatytułowanej "Oburzajcie się!" ("Indignez-vous!"), napisanej przez starego
komunistę Stéphana Hassela, byłego bojownika francuskiego Ruchu Oporu.
Myślę, że nie przypadkiem ruch ten po raz pierwszy pojawił się w Hiszpanii,
gdzie już od lat 80. Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) angażuje
się bardzo głęboko w opisaną wyżej "neorewolucję". Wiele złego powiedziano i
napisano o José Luisie Rodríguezie Zapatero, od 2004 roku premierze rządu
hiszpańskiego. I jest to uzasadnione. Jego rządy były destrukcyjne dla
katolickiej i tradycyjnej Hiszpanii. Zapomina się jednak, że prawdziwa rewolucja
w Hiszpanii dokonała się za sprawą jego poprzednika, socjalisty Felipa Gonzáleza,
sprawującego rządy w latach 1982-1996.
W momencie powierzania rządów w ręce konserwatysty José Maríi Aznara, który
okazał się zwycięzcą wyborów w roku 1996, socjaliści szczycili się
"przeprowadzeniem w Hiszpanii absolutnie wyjątkowej rewolucji. Dziś Hiszpanii
nie poznałaby nawet własna matka, która wydała ją na świat. Odwróciliśmy
Hiszpanię na drugą stronę – tak jak skarpetkę". Słowa te są dość ordynarne,
doskonale opisują jednak sytuację.
Ta kontestacyjna subkultura postulowana przez socjalistów z lat 80., stanowi
glebę, na której rozwija się obecnie fala "oburzenia".
Pomiędzy ruchami z lat 80. a tymi, z którymi mamy do czynienia dzisiaj, istnieje
jednak spora różnica. Jak zauważył na zorganizowanym w Wenecji przez ks. kard.
Angelo Scolę kongresie hiszpański teolog, ojciec Javier Prades López, "Oburzeni"
zwrócili się przeciwko Kościołowi katolickiemu, by w konsekwencji wystąpić także
przeciwko Papieżowi i Światowym Dniom Młodzieży. Jest to duża różnica –
niegdysiejsi działacze ruchów antyglobalistycznych nie byli rzecz jasna
filokatolikami, ale pośród swoich głównych celów działania z pewnością nie
umieścili walki z Kościołem.
Ten antykatolicki szał zamanifestował się także ostatnio w Rzymie, w czasie
ataku na kościół św. Marcelina i Piotra. Obserwowaliśmy z okien parafii wybuch
protestu – opowiada ks. Walter Insero, rzecznik wikariatu rzymskiego. –
Zakapturzona młodzież sforsowała drzwi do salki katechetycznej. Weszli,
powiesili manifest i zniszczyli to, co znajdowało się w sali. Następnie wzięli
figurkę Madonny z Lourdes i krucyfiks, wynieśli je na ulicę i tam roztrzaskali.
Próbowali także dostać się do wnętrza kościoła, jednak im się to nie udało.
W tym kontekście warto przypomnieć analizę socjologa Massimo Introvignego:
"Antyglobaliści – w części: ludzie wyspecjalizowani w sianiu zniszczenia, w
części – przejawiający nostalgię za archaicznymi formami marksizmu –
reprezentują formę przejściową między rewolucją typu komunistycznego a
neorewolucją. "Oburzeni" wydają się jednocześnie przyczyną i skutkiem
neorewolucji, której konsekwencjami są rozbicie tkanki społecznej, samotność
wszystkich wobec wszystkich i przeciwko wszystkim, odmowa przyjęcia
jakiejkolwiek odpowiedzialności, absolutny brak perspektyw i – w głębi – także
brak nadziei. Potrzeba było kolejnych czterdziestu lat neorewolucji, żeby place
znowu wypełniły się "Oburzonymi"".
Polityczna rola katolików
Do tego wszystkiego dochodzi we Włoszech w momencie, kiedy nieuchronny wydaje
się zmierzch rządów Silvio Berlusconiego. Utrzymuje się on na czele rządu z
jednego tylko powodu – nie ma dla niego alternatywy, ani na prawicy, ani na
lewicy. W powszechnej opinii analityków Berlusconi stanowi "anomalię polityczną"
– jako osoba apodyktyczna, która wytworzyła wokół siebie pustkę. Na przestrzeni
ostatnich piętnastu lat włoska debata publiczna została niemal zupełnie
zdominowana przez polemiki za i przeciw Il Cavaliere. Bardzo niewiele miejsca
poświęca się dyskusjom na temat programów politycznych, idei czy szerszych
planów.
Po swoim odejściu – prędzej czy później każde rządy się kończą – Berlusconi
pozostawi po sobie ogromną pustkę. Na scenie politycznej, zarówno na prawicy,
jak i na lewicy, nie istnieje żadna siła zdolna wyłonić stabilny rząd. Nie
powiodła się do tej pory także żadna próba stworzenia koalicji.
I to właśnie świadomość, że ktoś musi przecież zapełnić w końcu tę ogromną
pustkę, w ostatnich tygodniach wzbudza wielką debatę publiczną na temat roli,
jaką powinni przyjąć katolicy w polityce po odejściu Berlusconiego. Prawie
wszyscy rozmawiają o "nowej roli politycznej katolików". Mówi się o tym na
najwyższych szczeblach włoskiej władzy kościelnej – temat ten poruszył ks. kard.
Angelo Bagnasco, przewodniczący Konferencji Episkopatu. Największa włoska gazeta
codzienna – "Corriere della Sera", opublikowała ostatnio artykuł, w którym
pojawia się konstatacja: "Nasz kraj potrzebuje katolików". Ciekawe, że to
właśnie ten dziennik, znany ze swojej laickości, nawołuje teraz do powrotu
katolików do świata polityki…
Właśnie w chwili, kiedy piszę ten artykuł, w Todi odbywa się spotkanie
zatytułowane "Chrześcijanie i polityka" z udziałem 62 liderów włoskiego
katolicyzmu, zarówno kościelnych, jak i świeckich. Zgromadzili się oni, aby
dyskutować na temat przyszłej roli politycznej katolików. Chodzi tu o
znalezienie formuły, dzięki której katolicy będą mogli wypełnić instytucjonalną
pustkę w ramach nowego przedsięwzięcia politycznego, które jeszcze nie zostało
zdefiniowane. W ten sposób wróciliby do odgrywania znowu ważnej roli na włoskiej
scenie politycznej.
I właśnie tutaj manifestują się słabości pewnego nurtu włoskiego katolicyzmu. Do
tej pory najwięcej propozycji oscyluje wokół pomysłu wskrzeszenia starej
Demokracji Chrześcijańskiej (DC), możliwe, że pod inną nazwą, ale z tymi samymi
postulatami, elektoratem i programem. Inni, jak np. minister Maurizio Sacconi,
chcieliby wziąć przykład z ojca Luigi Sturzo (1871-1959) i jego Partii Ludowej
(Partito Popolare), dziedzica idei "katolicyzmu demokratycznego", mocno
podważanej przez św. Papieża Piusa X – np. w jego encyklice "Il fermo proposito"
(1905). To właśnie w czasie długich rządów Chrześcijańskiej Demokracji w latach
1948-1994 – czasem większościowych, kiedy indziej – koalicyjnych, Włochy
przeszły najgorszy okres dechrystianizacji w całej swojej historii. To właśnie
Chrześcijańska Demokracja wprowadziła prawo zezwalające na rozwód i
dopuszczające aborcję. Założyciel Chrześcijańskiej Demokracji, Alcide de
Gasperi, definiował ją jako "centrum, które patrzy w lewo". I rzeczywiście, tak
patrzyło w lewo, że samo się tam znalazło…
Wskrzeszona na nowo Chrześcijańska Demokracja byłaby najgorszą z możliwych form
obecności katolików w życiu publicznym, jaką można sobie wyobrazić. Moim
zdaniem, nie tylko nie udałoby jej się wzbudzić entuzjazmu wśród aktywnych
katolików – mam tu na myśli np. młodzież – lecz także nie stanowiłaby ona
adekwatnej odpowiedzi dla neorewolucji. Tym panom trzeba powiedzieć, że czasy
się zmieniły. Odpowiedzią nie są stare formuły, ale raczej odwaga
zaprezentowania krajowi alternatywy, która byłaby opozycją wobec neorewolucji. A
taką alternatywą byłoby stworzenie społeczeństwa katolickiego, apostolskiego i
integralnego – na każdym poziomie, zarówno instytucjonalnym, jak i w
zagadnieniach dotyczących najdrobniejszych spraw życia ludzkiego.
Julio Loredo
prezes włoskiego Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności
tłum. Agnieszka Żurek
Autor jest publicystą, członkiem zespołu redakcyjnego włoskiego miesięcznika
"Radici Cristiane".
